Kultura
Polska muzyka klasyczna jak Titanic. Co poszło nie tak?
04 stycznia 2026

Pomyśl o ekonomii, a przed oczami staną ci wykresy, równania i ludzie w garniturach mówiący o procentach. To jednak tylko połowa obrazu. Drugą połowę widać w Buenos Aires, gdzie prezydent Javier Milei prowadzi swój radykalny eksperyment gospodarczy. Co ma wspólnego matematyczny model z żywiołowym politykiem w Argentynie? Więcej, niż się wydaje. Oba te światy walczą o duszę ekonomii – nauki, która nie może zdecydować, czy jest fizyką społeczeństwa, czy filozofią ludzkiego działania.
Wyobraź sobie dwóch ekonomistów patrzących na tę samą kolejkę po chleb w Wenezueli. Pierwszy od razu sięga po tablet: „Inflacja 270 proc., bezrobocie 30 proc., kurs waluty w dół o 80 proc.”. Klik, enter – model wyrzuca elegancką krzywą przewidującą, że za trzy miesiące będzie jeszcze gorzej.
Drugi odkłada notatnik. Patrzy na twarze w kolejce i pyta: „A dlaczego ci ludzie tu stoją? Co myślą? Czego się boją?”.
To nie różnica zdań. To wojna światów. Z jednej strony ekonomia jako matematyka życia społecznego – precyzyjna, elegancka, nieludzko logiczna. Z drugiej – ekonomia jako logika ludzkiego działania – nieuporządkowana, subiektywna, pełna nieprzewidywalności.
Przez dekady akademicki mainstream rozkochał się w równaniach i modelach. Według tego nurtu ekonomia miała być nauką ścisłą. Jak chemia. Stworzono więc koncepcję „homo oeconomicus”, czyli racjonalny ludzki kalkulator, którego każdy wybór da się opisać wzorem.Świat w oczach zawodowych ekonomistów zamienił się w gigantyczny układ matematyczny. A w nim wszystko dąży do stanu równowagi.
Problem w tym, że ludzie nie są równaniami. Ich preferencje zmieniają się pod wpływem nastroju, pogody, reklamy. Co oznacza, że działają we mgle niepewności, podejmują decyzje pod wpływem emocji. A rynek? Rynek nigdy nie jest w równowadze. To żywy organizm w ciągłym ruchu, w stanie nieustannego niedopasowania i korekt. Matematyka ekonomii jest zatem jak idealnie dokładna mapa… nieistniejącego kraju.
Przeciwko tej matematycznej iluzji buntowała się od zawsze szkoła austriacka. Ludwig von Mises, jej najważniejszy myśliciel, miał radykalne stanowisko: ekonomia nie jest nauką o danych, ale nauką o działaniu. Punktem wyjścia nie jest „homo oeconomicus”, tylko proste spostrzeżenie: człowiek działa celowo. To nie hipotezy do przetestowania – to logiczna konieczność.
Z tego jednego faktu ekonomiści szkoły austriackiej budują cały gmach ekonomii metodą czystej logiki. Jeśli działasz, znaczy cenisz cel wyżej niż koszt. Jeśli wybierasz kawę zamiast herbaty znaczy, że w tej chwili subiektywnie wartościujesz ją wyżej.
Friedrich Hayek, drugi gigant austriackiej szkoły, poszedł dalej. Jego zdaniem rynek to nie maszyna do alokacji zasobów, ale mechanizm odkrywania wiedzy. Ceny to nie „sygnały” w modelu – to żywe komunikaty niosące informację o milionach indywidualnych preferencji, niedoborach, oczekiwaniach. Matematyczny model nigdy nie uchwyci tej złożoności.
Paradoksalnie, to właśnie laureaci Nagrody Nobla w ekonomii w ostatnich dekadach zaczęli przywracać ekonomii jej ludzki wymiar – często potwierdzając austriackie intuicje, ale innymi metodami.
Vernon L. Smith (Nobel 2002) wziął „Austriaków” do… laboratorium. W swoich eksperymentach pokazał, jak zwykli studenci, kierujący się własnym interesem, spontanicznie tworzą działające rynki. Ceny się stabilizowały, zasoby trafiały do tych, którzy ich potrzebowali – wszystko bez centralnego planisty. Smith udowodnił coś niezwykłego: można badać proces rynkowy metodą naukową, potwierdzając filozofię Hayeka. Rynek działał nie dzięki racjonalności uczestników, ale dzięki zasadom gry, które koordynowały ich działania.
Inni nobliści (laureaci z 2025 roku), Daron Acemoglu i James A. Robinson, dodali do tego trzeci wymiar: historię. Ich przełomowa książka Dlaczego narody przegrywają? stawia tezę, że o sukcesie gospodarczym nie decydują zasoby czy geografia. Ich zdaniem czynnikiem decydującym są instytucje. Kraje z instytucjami „włączającymi” – chroniącymi prawa własności, zapewniającymi rządy prawa – rozwijają się. Te z instytucjami „wyzyskującymi” – służącymi wyzyskowi większości przez elitę – trwają w stagnacji.
Analiza tych autorów spotyka się z austriacką intuicją w punkcie końcowym: państwo musi stworzyć ramy, ale nie może zastępować rynku. W tym zresztą różnią się od wychowanych na „Austriakach” libertarian, którzy uważają, że państwo jest tyleż szkodliwe, co po prostu zbędne.
I tu wracamy do Buenos Aires. Dzisiejsza Argentyna to laboratorium, gdzie te teorie spotykają brutalną rzeczywistość. Dla ekonomisty-matematyka Argentyna to przede wszystkim suchy zbiór danych: hiperinflacja X proc., deficyt Y proc., dług Z proc.. Dla ekonomisty-„Austriaka” te same liczby to już logiczna konsekwencja określonych działań: państwo drukujące pieniądze niszczy oszczędności poprzez inflację; kontrolując ceny, tworzy niedobory; a nadmiernie regulując gospodarkę, systematycznie zabija przedsiębiorczość. Ostatecznym skutkiem tego wszystkiego jest zubożenie całego społeczeństwa.
Właśnie dlatego prezydent Javier Milei, otwarcie inspirujący się austriacką szkołą, nie „testuje” żadnego akademickiego modelu. Jego celem jest fundamentalna zmiana – przekształcenie samej logiki instytucjonalnej państwa. W tym sensie jego radykalne cięcia wydatków deregulacja i próba dolaryzacji stanowią gigantyczny eksperyment w realnym czasie. Eksperyment, który ma odpowiedzieć na kluczowe pytanie: czy możliwe jest gwałtowne przejście od instytucji wyzyskujących do włączających? Bezwzględu na wynik, sukces lub porażka tej próby będzie ważną i bolesną lekcją dla wszystkich szkół ekonomicznych.
Matematyka w ekonomii jest jak latarka w ciemnym lesie. Oświetla mały wycinek rzeczywistości, daje iluzję kontroli. Austriacka ekonomia to próba zrozumienia całego lasu – jego ekologii, rytmów, nieprzewidywalnego życia.
Ekonomia jest nauką, ale specyficzną nauką społeczną. Potrzebuje matematycznego rygoru, by nie popaść w pobożne życzenia. Ale potrzebuje też filozoficznej głębi, by pamiętać, że opisuje świat ludzi, nie cząstek elementarnych.
Sedno tego odwiecznego sporu znakomicie streszczał sam Friedrich Hayek w swoim wykładzie noblowskim The Pretence of Knowledge. Noblista przestrzegał w nim przed niebezpieczeństwem „pozorów wiedzy”, czyli iluzji, że skomplikowany, żywy proces rynkowy da się uchwycić w sztywne równania i przewidzieć jak ruch planet. Prawdziwe zrozumienie ekonomii, jak dowodził, zaczyna się od uznania fundamentalnej niewiedzy i nieprzewidywalności ludzkiego działania.
Ekonomia dojrzewa jako nauka wtedy, gdy przestaje naśladować fizykę, a zamiast tego zaczyna odważnie mierzyć się z prawdziwą naturą swojego przedmiotu – czyli z człowiekiem, który jest zarazem logiczny i nieprzewidywalny, racjonalny i emocjonalny, a także poddający się pewnym prawidłowościom, ale jednak wolny. Właśnie dlatego to taka trudna nauka.
Jednocześnie jest to nauka niezwykle fascynująca. I przede wszystkim wciąż bardzo potrzebna – zarówno w eleganckich modelach akademickich, jaki na ulicach Buenos Aires oraz wszystkich innych miast świata, gdzie abstrakcyjna teoria ostatecznie spotyka się z życiem.
Przeczytaj również: Rok 2025 w polskiej edukacji w 5 odsłonach
Oczywiście!
Oto kod na DARMOWĄ dostawę– wpisz w koszyku: MIKOLAJ
Udanych zakupów!
Księgarnia Holistic News