Prawda i Dobro
Stare obrazy, nowe emocje. Dlaczego propaganda działa po latach
13 maja 2026

Miłość w internecie miała być łatwiejsza. Aplikacje randkowe miały upraszczać życie, eliminować przypadkowość i pomagać znaleźć drugą połówkę. Tymczasem algorytmy, zamiast ułatwiać budowanie więzi, wpychają nas w pętlę przelotnych kontaktów, z których rzadko wynika coś trwałego.
Od wieków próbowaliśmy oswoić to, co losowe, językiem przeznaczenia: „tak miało być”, „musi gdzieś czekać ta jedna osoba”. W epoce cyfrowej tę rolę przejmuje inny porządek. Zamiast „los tak chciał”, mówimy „tak nas dobrał algorytm”. Zamiast liczyć na szczęśliwy zbieg okoliczności, oddajemy nasze pragnienia w ręce algorytmów, które mają „wiedzieć lepiej”. A jednak, im więcej osób randkuje w aplikacjach, tym częściej w ich opowieściach pojawia się nie spokój, lecz emocjonalny chaos.
Badania pokazują, że im większy katalog potencjalnych partnerów, tym więcej lęku przed przegapieniem „kogoś lepszego” i tym większe zmęczenie decyzyjne. To paradoks wyboru: gdy opcji jest za dużo, zamiast cieszyć się wolnością, czujemy paraliż. W aplikacjach randkowych ten mechanizm działa z pełną mocą. Zamiast skupić się na jednej osobie, mózg zaczyna porównywać, analizować, szukać „czegoś lepszego”. Efekt? Rośnie lęk, że coś umknie i pojawia się zmęczenie od ciągłych decyzji.
W obliczu tego przeciążenia wiele osób zaczyna jeszcze mocniej ufać algorytmowi. Zrzuca na niego odpowiedzialność za selekcję, traktuje go jak filtr, który „odwali za nich brudną robotę”. Problem w tym, że algorytm w aplikacji randkowej ma inne cele niż my. System nie jest projektowany po to, byśmy jak najszybciej znaleźli miłość w internecie i wyszli z platformy. Ważniejsze jest, byśmy wracali, klikali i płacili za dodatkowe opcje.
W tym sensie nie jest to niedoskonałość algorytmów, ale ich funkcja. Są zaprojektowane tak, by maksymalizować czas spędzony w aplikacji, a nie głębię kontaktu. Głębsza przyczyna leży w samych użytkownikach. Technologia jedynie wzmacnia to, co już w nich tkwiło: lęk przed zobowiązaniem w świecie, który nagradza elastyczność i indywidualizm.
Prawdziwa miłość zawsze wymagała ryzyka – rezygnacji z części wolności na rzecz drugiej osoby. Poszukując miłości w internecie minimalizujemy to ryzyko do zera. Nie musimy wychodzić z domu, nie musimy ryzykować odrzucenia twarzą w twarz, nie musimy nawet kończyć rozmowy – wystarczy zamknąć aplikację.
Łatwość osłabia zaangażowanie. Im więcej opcji, tym słabsza wola, by przy jednej zostać. Dzisiejsze aplikacje tworzą niekończącą się listę potencjalnych osób, które zawsze mogą okazać się minimalnie lepsze od aktualnej.
Miłość w internecie wprowadza nową ontologię relacji: to już nie „ktoś naprzeciw mnie”, ale „ktoś z puli”. Człowiek staje się opcją, którą można przetestować, odłożyć, zastąpić inną. W takim świecie zobowiązanie przestaje być decyzją o pozostaniu z konkretną osobą, a staje się raczej rezygnacją z nieograniczonej przestrzeni alternatyw.
Jeszcze zanim Tinder zdominował rynek Zygmunt Bauman w Płynnej miłości opisywał, jak w kulturze konsumpcyjnej relacje stają się „płynne” – lekkie, tymczasowe, łatwe do przerwania. Użytkownicy mogą randkować z pewnością, że zawsze mogą wrócić na rynek na „kolejną sesję zakupów”. Dokładnie tak działa dziś algorytm: nieustannie podsuwa nowe profile, jakby miłość była towarem, który można wymienić na lepszy model.
Taki układ u wielu osób wyrabia bardzo specyficzny nawyk. Zamiast uczyć się wytrzymywać fazę niepewności i stopniowego oswajania się z drugą osobą, uczą się wycofywać przy pierwszym zgrzycie. Zamiast budować intymność, uczą się szybkiego odrzucania. Wystarczy jeden niezręczny żart, drobne rozczarowanie – i już mechanicznie sięgają po gest odrzucenia: w lewo, usuń, kolejny.
Czy zatem kryzys bliskości wynika z niedoskonałości algorytmów, czy z tego, że łatwość przewijania ludzi osłabia naszą zdolność do zobowiązania? Badania sugerują, że jedno splata się z drugim. Algorytmy tworzą środowisko, w którym relacje są traktowane jak zasób do optymalizacji. My z kolei, zmęczeni niepewnością i podatni na obietnicę łatwiejszego wyboru, pozwalamy, by to środowisko kształtowało nasze oczekiwania wobec siebie i innych.
Poszukiwanie miłości w internecie odsłania więc nie tylko moc technologii, ale i nasze własne lęki: przed utratą, przed odrzuceniem, przed tym, że wybierając kogoś, rezygnujemy z wszystkich pozostałych. Algorytmy nie stworzyły tych lęków, ale nadały im wygodną formę – taką, którą można obsługiwać kciukiem. Rozwiązanie nie leży w kolejnej aktualizacji aplikacji, lecz w odwadze powrotu do tego, co od zawsze definiowało człowieka: zdolności do zobowiązania, nawet gdy świat oferuje tysiąc łatwiejszych opcji.
Przeczytaj również: Idealny partner na kliknięcie. Tak się kończą romanse z AI
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: