Nauka
Myślisz, że AI „wie”, co robi? To złudzenie może być groźne
28 kwietnia 2026

Pasja, która pochłania całe życie – i często odbiera je rodzinie. Dariusz Jaroń, autor książek o polskich himalaistach, mówi o tym, co pcha ludzi ku najwyższym szczytom świata, dlaczego granica między marzeniem a egoizmem jest cienka jak lina na grani i czego zwykły człowiek może się nauczyć od ludzi, którzy idą tam, gdzie stawką jest życie.
Jarosław Kumor: Chcę zacząć od sceny z filmu Everest. Dziennikarz Jon Krakauer pyta uczestników wyprawy z 1996 roku: „dlaczego?”. Dlaczego ryzykują życie, dlaczego zostawiają wszystko i idą? Odpowiedzi są początkowo powierzchowne, aż w końcu Beck Weathers mówi po prostu: „bo ta góra tam jest”. Niby banalne, a może głębsze, niż się wydaje?
Dariusz Jaroń: To nawiązanie do słów George’a Mallory’ego, pierwszego wspinacza, który poważnie mierzył się z Everestem w latach dwudziestych. Gdy dziennikarze po raz enty zadawali mu to pytanie, powiedział krótko: „idę na Everest, bo góra jest”. I uznał to za odpowiedź ostateczną. Pewnie każdy uczestnik słynnej wyprawy z 1996 roku miał inną motywację. Ta historia jest o tyle przejmująca, że wydarzyła się naprawdę – a Beck Weathers, którego wspominasz, żyje do dzisiaj, mimo że kto czytał książkę Krakauera, wie, że mogło się to skończyć zupełnie inaczej. I to nie raz.
Weathers mówi później w filmie coś ważnego – w namiocie, na dużej wysokości, to pytanie nie daje mu spokoju. Dzieli się z towarzyszem czymś, co mnie bardzo uderzyło. Że w domu chodzi za nim czarna chmura – depresja. Tak ją nazywa. A tutaj, w środowisku obiektywnie śmiertelnie niebezpiecznym, na kilku tysiącach metrów, czuje się bezpiecznie. Czuje się odrodzony.
Paradoks jest tu bardzo wyraźny. Z jednej strony ucieczka od problemów, od codzienności, która przytłacza. Z drugiej – może nadzieja, że zdobycie szczytu coś zmieni. Choć te problemy domowe raczej nie znikną. Może człowiek wróci bardziej spełniony, ale dłuższą metę to nie zadziała lecząco. Wiele osób, które wybiera się w wysokie góry, może mieć podobne motywacje: pragnienie zrobienia czegoś niezwykłego, wyrwania się ze zwykłego życia. Pytanie zawsze brzmi: jakim kosztem własnym i jakim kosztem tych, którzy zostają i czekają na dole.
Pisałeś o Januszu Majerze. Fascynuje mnie napięcie między zostawieniem rodziny a gonieniem za marzeniem. Jak to było u Majera?
Janusz jest tu przypadkiem szczególnym. Dla niego szczyt nigdy nie był najważniejszy. Podtytuł jego biografii to Góry w cieniu życia – i to mówi wszystko. Życie, czerpanie z niego pełnymi garściami, było dla niego priorytetem. Zabierał w góry żonę, zabierał syna – nie po to, żeby ich narażać na coś ekstremalnego, ale żeby być razem i zobaczyć kawałek świata. Rafał Fronia kiedyś mi mówił, że jemu wystarczy dojechać do bazy, rozbić namiot, zaparzyć kawę w spartańskich warunkach, usiąść z kabanosem i on jest szczęśliwym człowiekiem. To pokazuje, że spełnienie związane z górami można znaleźć na różnej wysokości. Niekoniecznie musi to być szczyt.
A jednak wielu himalaistów żyje do następnej wyprawy. Jeśli szczyt pozostał niezdobyty, cały wyjazd jest rozczarowaniem.
Tacy ludzie mają pewnie większą motywację i większe sukcesy, bo to pcha ich do zdobywania kolejnych szczytów. Ale nie jestem przekonany, czy są szczęśliwsi od tych, którzy to spełnienie znajdują dużo niżej.
Zostają mi w głowie legendy takie jak Wanda Rutkiewicz, Krzysztof Wielicki czy Jerzy Kukuczka. Wielicki mówi wprost: ta pasja to wielki egoizm – wada i zaleta jednocześnie. Kukuczka zginął, bo po zdobyciu Korony Himalajów i Karakorum szukał kolejnych wyzwań – coraz poważniejszych. Wanda Rutkiewicz nie zawróciła, choć wielokrotnie była taka możliwość. Nie da się z tej pasji wyjść?
Wydaje mi się, że u pewnej grupy ludzi rzeczywiście się nie da. Można to porównać do sytuacji właścicieli wielkich firm, którzy tworzyli je od zera i w wieku osiemdziesięciu lat wciąż trzymają ster, bo wiedzą, że bez tego po prostu by umarli. Albo do Michaela Jordana – w dokumencie o nim widziałem człowieka, u którego potrzeba rywalizacji nie wyłączała się nigdy: ani na boisku, ani poza nim. Himalaiści, którzy nie potrafią powiedzieć sobie dość, mają podobny mechanizm. To nie przemija. I rzeczywiście, Kukuczka miał już Koronę Himalajów i Karakorum. Mógł powiedzieć: wystarczy. Nie powiedział.
Wielicki mówi, że zaczął wyjeżdżać w nocy, bo gdy wyjeżdżał za dnia – dzieci płakały.
Nie mógłbym tak zrobić. Nie wyjechałbym. Natomiast trudno mi oceniać kogoś o takim dorobku, nawet jeśli widzę jak bardzo namacalna jest ta cena. Te rodziny nie zawsze to przetrwały. Szczególnie w latach osiemdziesiątych wyprawa himalajska trwała kilka dobrych miesięcy.

Jest jeden wątek, który pomaga mi jakoś zrozumieć tę pasję. Tam, wysoko, działasz instynktownie. Wszystkie wewnętrzne hamulce puszczają. Możesz stanąć przed wyborem: ratować siebie czy kogoś innego. Monika Witkowska opowiadała, że musiała zakomunikować jednej z osób, że ją zostawiają – bo nie było innej możliwości. To jest miejsce, w którym człowiek może poznać siebie absolutnie do końca.
I sprawdzić rzeczy, do których w zwykłym życiu nigdy byśmy się nie doprowadzili. Pomijam już fizjologię – problemy z oddychaniem, obrzęk mózgu – ale to, jak zmienia się percepcja na ekstremalnej wysokości. Znam relacje wspinaczy, którzy szli sami, a mieli wrażenie, że ktoś podpowiada im każdy ruch. Mózg tak funkcjonuje, że bardzo trudno to odtworzyć na dole i zrozumieć, z czym człowiek się naprawdę tam mierzy.
Pamiętam akcję ratunkową po Elisabeth Revol i Tomka Mackiewicza na Nanga Parbat. Denis Urubko i Adam Bielecki dotarli do niej. Ją udało się uratować. Do Tomka, wyżej – już nie byli w stanie dojść. Trzeba podjąć decyzję: wiemy, że nie uratujemy człowieka, mimo że umiera kilkaset metrów od nas. Bo jeśli tam pójdziemy, zginiemy wszyscy. Takich wyborów na dole po prostu nie mamy.
I znowu wraca pytanie: po co? Nie idźmy tam. Zostańmy.
Pewnie jest dużo więcej wspinaczy, którzy tę granicę ryzyka oceniają zdrowo i wracają cali. Natomiast zawsze będzie grupa, dla której szczyt jest ponad wszystko. Jak się nie uda – ok, zakładam to. Ale cel jest najważniejszy.
Beck Weathers mówił, że czarna chmura zostaje w domu. Tam jej nie ma. Jesteś tu i teraz, cały czas idąc w górę. Chciałbym to umieć w codzienności – idąc do pracy, będąc z bliskimi. Być tu i teraz, nie rozpamiętywać, nie wybiegać myślami. Góry widocznie to dają.
Pytanie, czy do tego trzeba sytuacji ekstremalnej – czy dopiero postawienie się na granicy życia i śmierci pozwala naprawdę odciąć się od wszystkiego i skupić na chwili obecnej. Ja też staram się to robić w swojej mikroskali: najlepiej mi się myśli gdy biegam. Gdy jeździłem w góry i po prostu po nich chodziłem – nic niebezpiecznego – od razu było mi łatwiej. Nawet wyjazd z rodziną sto kilometrów od Krakowa daje mi ten dystans, który oddziela mnie od codzienności. Rozumiem, że dla kogoś taką odskocznią mogą być właśnie te wyprawy – miejsca, w których mail z pracy, telefon czy cokolwiek innego nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko następny ruch, kolejny dzień w górach.
Czy gdyby Himalaje były jedyną receptą – pojechałbyś?
Nie. Ale też szczerze nie wiem, czy to tak łatwo działa. Może ta adrenalina sprawia, że trzeba się postawić na granicy życia i śmierci, żeby bardziej docenić to, co ma się na co dzień. Chciałbym to robić lepiej – naprawdę. Tylko że Himalaje raczej nie są dla mnie odpowiedzią.
Warto przeczytać: Jak natura może nauczyć nas tolerancji i lepszego zrozumienia drugiego człowieka



***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: