Nauka
Znaleźli ją ciemnościach oceanu. Złota kula wreszcie zdradziła sekret
11 maja 2026

Zamknij na moment oczy. Pomyśl o kilkuletnim dziecku z cukrzycą. Jego rodzice mają w telefonie aplikację, która w czasie rzeczywistym śledzi poziom glukozy we krwi i wysyła alarm, gdy tylko dzieje się coś niepokojącego. Pewnego dnia rząd ogłasza blokadę sieci internetowej. Powód? Czysto polityczny: środki bezpieczeństwa, suwerenność informacyjna państwa, ochrona przed zewnętrznymi wpływami. Aplikacja przestaje działać. Rodzice tracą dostęp do danych, a ich dziecko wkrótce trafia na izbę przyjęć.
Przez trzy dekady internet był nam sprzedawany jako projekt cywilizacyjny. Tim Berners-Lee, projektując w 1989 roku World Wide Web, marzył o narzędziu dla naukowców – o natychmiastowej, poziomej wymianie wiedzy ponad granicami. W ciągu kolejnych dekad projekt ten wyrósł poza wszelkie wyobrażenia: według danych ITU z listopada 2025 roku z sieci korzysta już 6 miliardów ludzi, czyli trzy czwarte populacji Ziemi. Problem w tym, że jednego, wspólnego internetu już dawno nie ma.
Chiny były pierwsze. Złota Tarcza to system filtrowania i blokowania treści, wbudowany w architekturę sieci, który działa od początku lat dwutysięcznych. Facebook, X (dawny Twitter), YouTube czy Google są tam po prostu nieobecne. W zamian Pekin wyhodował własny ekosystem: Weibo, WeChat, Baidu. To równoległy internet z własną logiką, hierarchią wartości i – co najważniejsze – wersją rzeczywistości skrojoną pod dyktando partii.
Rosja wybrała inną drogę, choć cel pozostał ten sam. Ustawa o „suwerennym internecie” z 2019 roku stworzyła zaplecze do pełnej izolacji rosyjskiej sieci. RuNet formalnie pozostaje połączony z globalną pajęczyną, ale posiada „wyłącznik bezpieczeństwa”. Podczas inwazji na Ukrainę Rosja systematycznie przekierowywała ruch z ukraińskich łączy na rosyjskie serwery. Mieszkańcy okupowanych terytoriów budzili się i ze zdumieniem odkrywali, że ich internet opisuje zupełnie inną wojnę.
Zachód nie buduje murów w tak toporny sposób, ale i on przestał być neutralny. Stany Zjednoczone postawiły na architekturę zdominowaną przez gigantyczne platformy i model reklamowy. To nie jest cenzura państwowa, lecz bezwzględna selekcja treści pod kątem emocji. Algorytmy podsuwają nam to, co nas poruszy, bo tylko gniew lub ekstaza trzymają nas przed ekranem wystarczająco długo, by generować zyski. Europa z kolei próbuje okiełznać sieć regulacjami, ale i te nie są wolne od kontrowersji.
Splinternet to pojęcie, którym badacze określają postępujący rozpad globalnej sieci na odizolowane, lokalne strefy wpływów. Julien Nocetti z Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych wskazuje na trzy płaszczyzny, na których dokonuje się ta secesja.
Pierwsza to warstwa techniczna: protokoły routingu, systemy nazw domenowych, standardy połączeń. Chiny aktywnie lobbują w międzynarodowych ciałach standaryzacyjnych za nową architekturą internetu z wbudowanym protokołem „stop”, który pozwala centralnej jednostce odciąć dowolny adres IP od reszty sieci. Druga warstwa to geopolityka: lokalizacja danych, wyłączenia sieci, wykluczanie firm z infrastruktury. Trzecia jest warstwa komercyjna: Wielkie platformy budują zamknięte, cyfrowe ogrody (tzw. walled gardens), w których użytkownik jest traktowany jak zasób do monetyzacji, a nie jak obywatel posiadający prawa.
W 2026 roku do tej listy musimy dopisać czwartą warstwę: algorytmiczną. To stan, w którym miliardy ludzi w danej strefie wpływów są karmione treściami precyzyjnie przesianymi przez algorytmy zaprojektowane przez jeden rząd lub jeden krąg korporacyjny. Efekt? Brak wspólnej bazy faktów. Zamiast niej otrzymujemy równoległe światy zbudowane z danych, które nigdy się ze sobą nie zetkną.
Weźmy konkretny przykład. Pandemia COVID-19 była zdarzeniem globalnym, takim samym wirusem, tymi samymi danymi epidemiologicznymi. Ale w chińskiej strefie informacyjnej była dowodem na skuteczność państwowej dyscypliny i wyższość zbiorowego dobra nad indywidualną wolnością.
W zachodniej strefie stała się polem bitwy między wolnością jednostki a obowiązkiem wobec wspólnoty, z algorytmami wzmacniającymi oba bieguny w zależności od tego, który był bardziej angażujący. W rosyjskiej strefie dowodem na niewydolność zachodnich systemów i moralną wyższość rosyjskiego modelu. Ten sam wirus. Trzy krańcowo różne wnioski o tym, jak powinniśmy żyć.
Jest takie pojęcie, które zrobiło w ostatnich latach błyskawiczną karierę w kręgach geopolitycznych: suwerenność kognitywna. Państwa nie mówią już tylko o suwerenności terytorialnej czy ekonomicznej. Zaczynają mówić o suwerenności nad sposobem, w jaki ich obywatele rozumieją rzeczywistość.
W kwietniu 2026 roku chińska komisja ds. rozwoju zablokowała przejęcie przez Meta startupu Manus, chińskiej firmy zajmującej się sztuczną inteligencją. Kwota transakcji miała wynieść dwa miliardy dolarów. Powód blokady?
Ten oficjalny to bezpieczeństwo państwa, mniej formalny mógłby brzmieć tak: modele AI, talenty inżynierskie i własność intelektualna algorytmów stały się niezbywalnym aktywem strategicznym, czymś, czego nie można sprzedać wrogiemu obozowi, bo sprzedałoby się przy okazji coś znacznie cenniejszego. Nie o miliardy dolarów była więc ta gra, a o percepcję milionów obywateli.
Przez ostatnie lata nauczyliśmy się rozmawiać o dezinformacji. Fact-checking, algorytmy walczące z nieprawdziwymi informacjami, sięganie do sprawdzonych źródeł zamiast ślepej wiary w to, co zobaczymy w social mediach, to wszystko jest ważne, ale niewystarczające.
Fake news zakłada, że istnieje wspólna przestrzeń informacyjna, w której krążą prawdziwe i fałszywe wiadomości, a my musimy tylko nauczyć się je odróżniać. Splinternet usuwa tę wspólną przestrzeń. Nie musisz kłamać ani niczego udawać, jeśli kontrolujesz, jakie pytania w ogóle ludzie zadają w sieci.
Uczestnicy paryskiej konferencji SplinterCon w 2025 roku postawili sprawę jasno: fragmentacja sieci dawno przestała być wyłącznie domeną geopolityki. To proces, który przeniósł się do naszych głów. Dziś podziały nie przebiegają tylko na mapach, lecz w strukturze naszej psychiki. Systemy rekomendacyjne przestały być jedynie narzędziem doboru treści, stały się inżynierią uwagi, projektującą pętlę emocjonalnych uzależnień.

W cyfrowym starciu systemów panuje brutalna asymetria. Autokracje (Pekin, Moskwa czy Teheran) szczelnie zamknęły swoje podwórka, jednocześnie swobodnie infekując zachodnią sieć dezinformacją i algorytmiczną presją. Jak zauważa politolożka Asma Mhalla, ta „porowatość” demokracji pozwala reżimom na tanią ingerencję w nasze społeczeństwa. Zachodnie próby budowy „czystych sieci” to tylko kolejna faza fragmentacji: stawianie murów w obronie wolności, które upodabnia nas do tych, przed którymi się bronimy.
Historia dziecka chorującego na cukrzycę i jego wyłączonej aplikacji jest istotna w swej banalności, bo może dotknąć każdego. Rozpad internetu to nie cyberpunkowa wojna, lecz suma biurokratycznych decyzji, które odcinają nas od wspólnej bazy faktów.
Przez dekady wierzyliśmy, że sieć będzie uniwersalnym językiem, który zburzy wieżę Babel. Dziś, gdy stoimy przed globalnymi kryzysami, wyzwaniami klimatycznymi, czy regulacją AI, odkrywamy, że nie mamy z kim rozmawiać. Splinternet nie odbiera nam głosu, lecz odbiera nam rozmówcę.
Żyjemy nie tylko w epoce dezinformacji. To czas radykalnego zerwania łączności. Po drugiej stronie muru jest ten sam wirus, ta sama planeta i ta sama susza. Tyle że przestaliśmy o tym wiedzieć.
Polecamy również: Kto to naprawdę pisał? Literatura z procesora AI






***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: