Prawda i Dobro
Cyfrowe getta. Dlaczego internet przestał być wspólnym językiem
12 maja 2026

Przewodnicząca Rady Nowych Mediów przy Prezydencie RP prof. Klaudia Cymanow-Sosin powiedziała w „Dobrym Podcaście Holistic" coś, czego większość rodziców nie chce słyszeć – i zrobiła to bez cienia moralizowania. Według medioznawczyni uzależnienie dzieci od ekranów zaczyna się na długo przed zetknięciem się dziecka z urządzeniem.
Kiedy prof. Klaudia Cymanow-Sosin zaczęła mówić o uzależnieniu dzieci od ekranów, trudno było się spodziewać, że cofnie się aż do wieku niemowlęcego.
Medioznawczyni przywołuje termin z badań pediatrycznych: technoferencja. To moment, w którym uwaga rodzica – np. matki karmiącej piersią – przesuwa się z twarzy dziecka na ekran smartfona. Z pozoru drobiazg. W rzeczywistości – pierwszy etap uzależnienia.
Uzależnienie nie rozpoczyna się wtedy, kiedy dziecko otrzymuje telefon do ręki. Ono zaczyna się wtedy, kiedy rodzic wyrabia w maleńkim dziecku odstawianie swojej uwagi i przyglądanie się smartfonowi.
Badania na dzieciach od pierwszego do piątego roku życia, na które powołuje się medioznawczyni, opisują cztery kolejne etapy: odseparowanie fizyczne, odseparowanie mentalne, frustracja, a na końcu – naśladowanie. Dziecko uczy się, że ekran jest ważniejszy niż ono. Wyraża to albo agresją, albo cichym wycofaniem. To drugie bywa groźniejsze – bo potrafi być niewidoczne latami.
Prof. Cymanow-Sosin nie operuje ogólnikami, ale mówi o danych. Pierwszy kontakt z treściami o charakterze seksualnym – w tym tymi pojawiającymi się w ramach patostreamingu – następuje statystycznie w jedenastym roku życia. Ponad 40 proc. dzieci w wieku od 7 do 14 lat ma z takimi treściami kontakt ciągły, nie incydentalny. Spośród tej grupy 30 proc. to dzieci między 5. a 12. rokiem życia.
To nie jest pytanie o to, czy jest taka potrzeba w człowieku, nawet młodym człowieku, bo ona jest. Tylko to jest inne pytanie – kto za to odpowiada i gdzie są rodzice?
Przewodnicząca prezydenckiej Rady Nowych Mediów mówi to z pełną odpowiedzialnością – nie tylko jako badaczka, ale jako matka czworga dzieci. Jej najmłodsze dziecko ma 4 lata i od urodzenia nie ma dostępu do bajek na ekranie. Nasza rozmówczyni przyznaje wprost: to najtrudniejsze zadanie wychowawcze, jakie sobie wyznaczyła.
Jak podkreśla Cymanow-Sosin, polska debata o patostreamingu toczy się od 2018 roku. Środowiska psychiatryczne, psychologiczne i medioznawcze formułują postulaty, ale zmian jak nie było, tak nie ma.
Cymanow-Sosin wskazuje dwa systemowe kliny. Pierwszy – prawnicy nie są w stanie domknąć katalogu patostreamingu, bo rzeczywistość go wyprzedza. Dziś patostreaming obejmuje coraz więcej treści generowanych przez sztuczną inteligencję. Drugi klin jest techniczny: prezentowanie patologicznych treści czy zachowań to emisja na żywo, którą twórca często usuwa zaraz po zakończeniu.
Jeśli nawet zdążymy namierzyć fragment takiej patotreści i zaniesiemy go do prokuratury, spowoduje to, że patostreamer będzie rozliczany tylko i wyłącznie z tego fragmentu, a nie z całości.
Jest też głębszy problem, który profesor nazywa schematem kabiny pilota. Ktoś, kto ogląda przemoc na ekranie, czuje się mniej winny niż gdyby bezpośrednio w tym uczestniczył. Ekran przesuwa granicę. Normalizuje to, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia.
Tu Cymanow-Sosin dotyka sedna problemu nowych mediów. Platformy wypłacają wynagrodzenia twórcom na podstawie popularności. Logiczna konsekwencja jest jedna:
Jeżeli klikalność jest podstawą dla zysku – to znaczy, że znika autorytet. Bo jeżeli ktoś jest mądry i powie wartościową rzecz, przegra z osobą, która powie rzecz sensacyjną.
Nie jest zarzut moralny wobec twórców, ale opis mechanizmu, który platformy wbudowały w swoją architekturę. Kto jest popularny – wygrywa. Kto jest mądry – niekoniecznie. Jednym z głównych zadań powołanej przez prezydenta Rady Nowych Mediów ma być właśnie dialog z platformami w tej sprawie – tym bardziej że w Radzie zasiadają ich przedstawiciele.
Prof. Cymanow-Sosin nie kończy na diagnozie, nie rzuca gromami, ale proponuje konkretne wskazówki dla rodziców, bazując na własnym doświadczeniu jako badaczki mediów i matki.
Po pierwsze – aktywność fizyczna jako substytut. Nie odbierajmy ekranu, lecz zastąpmy go czymś, co angażuje silniej. Gdy dziecko zdobywa górski szczyt – nawet niewielki – uruchamia się inny rodzaj dopaminy niż przy przewijaniu rolek. Badania potwierdzają: dzieci uzależnione od ekranów są przywracane do równowagi przez długotrwały fizyczny kontakt z naturą.
Po drugie – otwarte drzwi. Dosłownie. Prosta zasada w domu: dzieci spędzają czas przy otwartych drzwiach pokoju. Nie chodzi o kontrolę czy inwigilację. Świadoma bliskość działa lepiej niż jakikolwiek filtr rodzicielski.
Po trzecie – zacznijmy od siebie. Prof. Cymanow-Sosin proponuje test, który można zrobić dziś:
Wchodzę w ustawienia swojego urządzenia i sprawdzam podsumowanie tygodniowego czasu przed ekranem. Niekiedy pozytywnie się zaskakuję, a niekiedy mnie to zatrważa. Jeżeli jako osoba dorosła mogę tego wymagać od siebie – to potem uczulam na to dzieci, a sama staję się dla nich pozytywnym przykładem.
Dziecko modeluje się na rodzicu. Nie na tym, co rodzic mówi – ale na tym, co robi, gdy myśli, że nikt nie patrzy.
Prof. Cymanow-Sosin mówi o sprawach, które nauka zna od lat – ale które rzadko przebijają się do codziennej rozmowy rodziców. Technoferencja, wiek inicjacji do szkodliwych treści, syndrom kabiny pilota – to nie są jedynie pojęcia z akademickich konferencji, ale też opis tego, co dzieje się w polskich domach każdego wieczoru. A pytanie, które zostawia ta rozmowa, jest bardzo konkretne: ile godzin tygodniowo spędzasz przed ekranem – i czy twoje dziecko to widzi?
Warto przeczytać: Odcięcie od ekranów nie wystarczy. Dzieci tracą ważną umiejętność






***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: