Poprzedni
Następny

Wirtualny ślad po upadłym „imperium”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
GETTY IMAGES
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 4 minut

Spacerując niedawno po Moskwie, minąłem furgonetkę firmy sprzątającej. Na bocznych drzwiach widniał jej numer telefonu i witryna internetowa. Ta ostatnia nie była zarejestrowana w domenie .ru czy nieco mniej popularnej cyrylicznej .рф, a w domenie .su.

W Rosji to nic dziwnego. Rozwinięcie domeny .su to Soviet Union. Pomyli się jednak ten, kto założy, że w ten sposób do Związku Radzieckiego nawiązują wyłącznie nostalgiczne stowarzyszenia czy organizacje o imperialistycznych ciągotach. Wśród zarejestrowanych w tej domenie jest wiele prężnie działających firm. Kosmetyki i chemia gospodarcza? Grass.su. Materiały metalowe? Kasus.su. Centrum rehabilitacyjne dla narkomanów? Nadejda.su. Odzież dziecięca z Nowosybirska? Smallcity.su. Lista jest bardzo długa.

Symbol nowoczesności u progu upadku imperium

W tym roku wypada 30-lecie powstania radzieckiej domeny. Niemal przez cały czas swojego istnienia jest bezdomna, będąc oznaczeniem kraju, którego nie ma.

Gdy rejestrowano ją we wrześniu 1990 r. Związek Radziecki chylił się ku upadkowi. Litwa, Łotwa, Estonia i Armenia ogłosiły już niepodległość, gospodarka leżała w gruzach, konflikty narodowościowe eskalowały, a za kilkanaście miesięcy z Kremla miała zniknąć czerwona flaga z sierpem, młotem i gwiazdą. W tym czasie fakt, że anachroniczny Związek Radziecki otrzymał ów symbol nowoczesności, wyglądał jak ironia losu. Ironiczne wydawać mogło się również to, że radziecka domena stanowiła anagram swojego amerykańskiego odpowiednika i zimnowojennego rywala – .us.

GETTY IMAGES

Zabawnie z dzisiejszego punktu widzenia wyglądają też inne domeny demoludów. Jugosławia otrzymała na przykład .yu, która przeżyła 20 lat. BBC żegnało ją jesienią 2009 r. Musiał dokonać się wówczas szybki exodus tych, którzy wciąż w niej tkwili (strony internetowe, skrzynki pocztowe), choć były to symboliczne liczby w porównaniu z dzisiejszą liczbą użytkowników .su. Upadły też wschodnioniemiecka .dd czy czechosłowacka .cs, choć ta ostatnia przetrwała nieco dłużej, niż było jej pisane. Przez jakiś czas była jeszcze wykorzystywana jako adres Serbii i Czarnogóry. Okazało się, że kraje mogą dziedziczyć po sobie domeny.

Zresztą – podobnie było z .su. Federacja Rosyjska symbolicznie odziedziczyła po ZSRR bowiem nie tylko medale olimpijskie czy arsenał jądrowy, ale de facto również domenę internetową. Przez kilka pierwszych lat po rozpadzie imperium rosyjskiego (a także pochodzące z innych krajów poradzieckich) strony internetowe chętnie się w niej rejestrowały. .Ru pojawiło się dopiero w 1994 r., ale nie oznaczało to automatycznego zlikwidowania jej poprzedniczki.

Ta trwała w najlepsze. Na początku XXI w., niedługo po dojściu Władimira Putina do władzy, internauci zaprotestowali przeciwko inicjatywie likwidacji radzieckiej domeny wzorem innych adresów nieistniejących państw (według niektórych protestować miał również sam Kreml). .Su udało się obronić. Okazało się, że choć nie może istnieć kraj bez adresu, to może istnieć adres bez kraju.

Kariera poradzieckich domen

Według danych amerykańskiej firmy Domain Tools na świecie istnieje ponad 128 tys. stron zarejestrowanych w domenie .su. O oczko wyprzedza ona w ten sposób swój odpowiednik z Białorusi – bądź co bądź blisko
10-milionowego kraju – i nieco ustępuje kazachstańskiej .kz. Niemal wszystkie poradzieckie domeny zarejestrowane są w Rosji, na drugim miejscu plasuje się Ukraina. Tak wysoka liczba stron z sufiksem .su sprawia, że dziś zamknięcie jej, tak jak zamknięto niegdyś domeny jugosławiańską czy enerdowską, niosłoby za sobą spore koszty.

Porównuję cenniki firm hostingowych z różnych krajów. Sprawdzam ofertę jednego z czołowych polskich serwisów. Tu przebicie jest znaczne – za roczne używanie domeny .ru należy zapłacić 99 zł, ale za .su już 899 zł. Rosyjskie firmy nie windują aż tak bardzo ceny radzieckich witryn, ale i tak są one na ogół dwukrotnie–trzykrotnie droższe niż zwykły adres .ru. Gdyby .su kosztowała więc tyle, ile pozostałe rosyjskie domeny, najpewniej korzystałoby z niej znacznie więcej podmiotów.

Na rosyjskim forum Linux.org.ru użytkownik Spoofing tłumaczy: „.Su biorą ci, którzy bardzo chcieli zademonstrować, że są z Rosji, ale domeny .ru i/lub .рф były już zajęte. W reklamach w telewizorze lub na billboardach wzdłuż dróg dość często widzę witryny zarejestrowane w tej domenie. Sam mam stronę sosnovoborsk.su – to nazwa miasta, w którym żyję. Adresy .ru i .рф już należą do administracji miasta, więc ja proszę, zająłem sobie .su =)”.

Sprawdzam też statystyki w serwisie Statdom.ru poświęcone rosyjskim domenom. Tylko w trzech pierwszych tygodniach marca pojawiło się blisko 1,5 tys. nowych stron z adresem .su (choć liczne też znikają). Najszybciej przybywało ich w latach 2011 – 2013 – pojawiło się około 34 tys. nowych. Część jest związana z rosyjskim imperializmem, prawosławiem czy nacjonalistami. Na domenę radziecką zdecydowała się na przykład nazywana Putinjugend kremlowska młodzieżówka Nasi.

„Guardian” zwraca z kolei uwagę, że nagły wzrost liczby stron w domenie .su po 2011 r. był związany z zaostrzeniem reguł użytkowania rosyjskiej domeny .ru. .Su stało się dobrą przystanią dla hakerów chcących wyłudzić pieniądze czy wysyłających spam. „Myślę, że więcej niż połowa cyberprzestępców w Rosji i byłych republikach Związku Radzieckiego używa tej domeny” – mówił cytowany przez brytyjski dziennik specjalista od cyberbezpieczeństwa Oren David.

Parapaństwa w wirtualnej rzeczywistości

Z poradzieckiego internetowego parasola po rewolucji godności chętnie skorzystało też kontrolowane przez Rosję parapaństwo Doniecka Republika Ludowa. Krym nie ma takiego problemu, przerzucił się prędko z .ua na .ru, ale w Doniecku domenę ukraińską uznano za przeszłość, rosyjską za ewentualną przyszłość, a jako że symbolikę donbaskiego tworu i tak zbudowano w dużej mierze na symbolach Imperium Rosyjskiego, a w szczególności Związku Radzieckiego, domena .su okazała się jak znalazł.

Większość najważniejszych witryn internetowych DNR jest zarejestrowanych właśnie w .su – tamtejszy „parlament”, „sąd najwyższy”, strona „ogólnokrajowa” czy serwis informacyjny. Próbuję skontaktować się z Donieckiem, żeby spytać, czym się kierowali, dokonując takiego wyboru, ale bezskutecznie.

Podobnie poradzić muszą sobie inne regionalne twory, które nie są powszechnie uznawane i nie posiadają przyznawanej w Stanach Zjednoczonych rządowej domeny .gov. Abchazja do niedawna w osobliwy sposób próbowała wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Witryna tamtejszego prezydenta zarejestrowana była pod adresem Abkhaziagov.org – wymarzone „gov” sprokurowano samodzielnie, na kropkę w Suchumi wciąż czekają.

Abchazowie, Południowi Osetyńczycy czy Naddniestrzanie swoje oficjalne witryny chętnie umieszczają w neutralnej domenie .org. Wyjątkiem wśród poradzieckich parapaństw jest Górski Karabach, którego organy takie jak prezydent czy parlament swoje strony rejestrują w domenie sąsiedniej Armeni – .am – która jednocześnie jest patronem Karabachu i jego reprezentantem w rozmowach pokojowych.

***

Oglądam zdjęcia z jubileuszu 20-lecia narodzin domeny .su, który odbył się w hotelu Sowiecki w Moskwie. Oglądam i zastanawiam się, czy koronawirus pokrzyżuje szyki organizatorom 30. rocznicy, która już za pasem.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES