KONFLIKTY / 08:48,

Wielki płot ukraiński

Planowana wzdłuż całej granicy z Rosją bariera miała być symbolem zmiany, nowego początku, odwrócenia się Ukrainy na Zachód. Stała się ucieleśnieniem utraconych nadziei i porażki w walce ze starym skorumpowanym systemem

Lubow nie wierzy już w politykę. Zza mocnego makijażu wyziera spojrzenie osoby, która wie już wszystko. Jak twierdzi, polityka to wypadkowa szemranych interesów oligarchów i propagandy dla zmylenia społeczeństwa. A ludzie przecież wiedzą, jak jest. Szczególnie tu, w Kozaczej Lopani, wiosce w obwodzie charkowskim na wschodzie Ukrainy, tuż przy granicy z Rosją, gdzie apatia stała się częścią rzeczywistości.

Powyżej: bariera budowana przez Ukraińców na granicy z Rosją ma zostać ukończona w 2020 r.

Popijamy słodką kawę w sklepiku przy głównej drodze we wiosce. Widzimy się po raz drugi. Choć od zeszłego roku, głównie dzięki miejscowej władzy, lokalna infrastruktura uległa poprawie, a wioska nabrała życia, przepaść między Kijowem a zapomnianym wschodnim krańcem kraju pozostała.

Lubow wie, że przyjeżdżam po to, by rozmawiać o ciągle niedokończonych obwarowaniach granicznych między Ukrainą a Rosją. „Europejskim Wale”. „Wielkim ukraińskim murze”. „Projekcie Ściana”. I po raz kolejny macha ręką. – Ja tam nie bywam i nic nie mogę powiedzieć, to po prostu śmiechu warte – mówi bez ukrywanej irytacji. – Zachciało się tym w Kijowie, a nie naszym. Po co niby nam ten mur?

A miało być tak pięknie.

Gdy we wrześniu 2014 r. na fali patriotycznej gorączki pierwszej pomajdanowej kampanii wyborczej premier Arsenij Jaceniuk ogłosił projekt fizycznego oddzielenia Ukrainy od Rosji, miało to być flagowe przedsięwzięcie przyszłego rządu.

CHERGINSKY KONSTANTIN/TASS/FORUM
Premier Arsenij Jaceniuk z gospodarską wizytą w obwodzie charkowskim przy granicy z Rosją, gdzie wystartował właśnie "Projekt Ściana", październik 2014 r.
CHERGINSKY KONSTANTIN/TASS/FORUM

– Rozpoczynamy „Projekt Ściana” - mówił premier, robiąc teatralną pauzę. – Budowę prawdziwej państwowej granicy między Ukrainą a Rosyjską Federacją. 

Ściana miała zatrzymać nielegalną migrację, przepływ kontrabandy i broni. Miała stać się pierwszą linią obrony w przypadku ataku z Rosji. Miała pomóc Ukrainie w integracji z NATO i Unią Europejską. 

Przede wszystkim jednak miała być symbolem zmiany, nadziei i reform oraz ostatecznego odcięcia Ukrainy od wschodniego sąsiada. Oraz tego, co ów sąsiad utożsamiał: korupcji, niesprawnych instytucji i postsowieckiej apatii.

Ściana miała być ucieleśnieniem dążeń Rewolucji Godności. 

Budowa szybko stała się priorytetem nowo wybranego rządu. We wrześniu 2014 r. na konstrukcję muru wydzielono 235 mln hrywien, z których część miała wrócić do budżetu państwa w postaci podatków. Ambitny plan zakładał konstrukcję elektronicznego systemu kontroli granicznej, metalowego zaboru, drogi patrolowej i rowu przeciwpancernego na odcinku 2167 kilometrów wzdłuż granicy z Rosją. I wszystko to z wykorzystaniem najnowszych technologii.

Wielka klapa

Wkrótce okazało się jednak, że ambitne plany władzy i patriotyczna retoryka mają mało wspólnego z rzeczywistością. W styczniu 2017 r. konstrukcja granicy została tymczasowo wstrzymana z powodu braku środków, które już w poprzednich latach wypłacane były jedynie częściowo. 

W lipcu natomiast Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) wszczęło śledztwo w sprawie defraudacji funduszy z „Projektu Ściana”. Rozpoczęły się pierwsze aresztowania, a w lipcu 2018 r. NABU podało do wiadomości, że o zawłaszczenie 16,7 mln hrywien podejrzewa osiem osób.

Ukończenie budowy, początkowo przewidywane w 2018 r., przełożono na 2020 r. W styczniu br. strona internetowa straży granicznej podawała, że zabór rozciąga się na przestrzeni 83 km, głównie w obwodzie charkowskim. Choć na stronie inwestycji nadal widnieje slogan „Nie ma narodu bez granicy”, na razie naród będzie się musiał obejść bez niej. Strona nie podaje już również dokładnych danych o stanie budowy.

CHERGINSKY KONSTANTIN/TASS/FORUM
Żołnierze ukraińscy patrolują granicę wzdłuż pierwszych, dopiero ukończonych kilometrów Wielkiej Ściany, obwód charkowski, październik 2014 r.
CHERGINSKY KONSTANTIN/TASS/FORUM

W świetle korupcyjnego skandalu pompatyczna retoryka Jaceniuka pozostawiła niesmak, a mur zamiast być symbolem zmiany i nowego początku stał się ucieleśnieniem utraconych nadziei i porażki w walce ze starym skorumpowanym systemem. Dziś „Projekt Ściana” jest przedmiotem gorzkich żartów, nazywany „płotkiem Jaceniuka” czy „zagródką dla królików”, co odnosić się ma do jego wątpliwej efektywności. 

Płotek Jaceniuka

Obwarowania granicy rozciągają się wzdłuż szerokich pól słoneczników, uschłych od letniego skwaru. Dwumetrowy zielony płot zakończony drutem kolczastym odgradza je od drogi patrolowej, po której suną motocykle i samochody straży granicznej. Po drugiej stronie drogę wieńczy dwumetrowy przeciwpancerny rów, a kilkaset metrów dalej zaczyna się Rosja. Jeśli spojrzeć ze szczytu 17-metrowej wierzy obserwacyjnej, zabór wydaje się maleńki.

Służba pogranicza nie używa terminów ze słownika Jaceniuka, a na moje pytania o ścianę odpowiada z nieukrywaną irytacją. Funkcjonariusze przyznają, że zabudowania graniczne nie będą w stanie obronić Ukrainy przed rosyjską inwazją. Pomogą za to zdobyć cenny czas, co w przypadku otwartej granicy między dwoma krajami było niemożliwe.

Choć budowa ściany potrwa jeszcze długo, mieszkańcy przygranicznych wiosek w obwodzie charkowskim już odczuli jej obecność. Tak jak w Kozaczej Lopani. Wcześniej jednak przyszła wojna. Gdy po zajęciu Krymu przez Rosję na terenie wioski pojawiła się ukraińska armia, lokalna społeczność pospieszyła żołnierzom z pomocą, sprawnie organizując jedzenie i wsparcie.

CHERGINSKY KONSTANTIN/TASS/FORUM
Ukraiński patrol pieszy na granicy, obwód charkowski, październik 2014 r.
CHERGINSKY KONSTANTIN/TASS/FORUM

- My, miejscowi, żyliśmy razem z żołnierzami, pomagaliśmy im kopać okopy, umacniać bunkry - wyjaśnia Wiaczesław Zadarenko, przewodniczący rady Kozaczej Lopani. – Przyjemnie było widzieć, że niezależnie od tego, że wielu mieszkańców ma rosyjskie korzenie, gotowi byli bronić integralności i niepodzielności swojego kraju. 

Ciężki sprzęt wojskowy poważnie naruszył lokalne drogi, ale dopiero budowa „Projektu Ściana” sprawiła, że ich stan pogorszył się na dobre. Jak twierdzi Zadarenko, oba projekty zostały przyjęte ze zrozumieniem jako konieczne dla obrony ukraińskich granic.

Dziury w szosie

- W 2015 r. zaczęli budować płot… Bo inaczej nazwać tego nie można. Zwozili materiały budowlane, używając do tego naszej drogi - mówi Zadarenko. – Gdy przyjechała komisja z Kijowa popatrzeć na płot, a generałowie i inni wysocy rangą oficjele zapytali, jak czują się mieszkańcy za ścianą, czy czują się bezpiecznie, miejscowi gotowi byli roześmiać się im w twarz. Przecież ścianą tego nazwać nie można… 

Choć Zadarenko wielokrotnie występował do władz o pomoc w naprawie dróg, we wrześniu br. nie było decyzji o rozpoczęciu robót, choć pomoc obiecano jeszcze w 2017 r. Miejscowi na własną rękę załatali część dziur, lecz kompleksowa naprawa drogi nie leży w kompetencji ani możliwościach władz wsi.

Skandal korupcyjny związany z budową granicy i kryzys ekonomiczny dodatkowo wzmogły poczucie izolacji we wsi. 

– Ceny rosną, w poprzednim miesiącu podwyższali je trzy razy: za chleb, za masło, jajka, mąkę. A wypłaty i emerytury jakie były, takie są. Nikt nie myśli o tym, by je podwyższyć. Emeryci nie mają nawet na chleb - mówi Lubow.

EFREM LUKATSKY/AP/EAST NEWS
Szkolenie z pierwszej pomocy na boisku w Kijowie, październik 2017 r.
EFREM LUKATSKY/AP/EAST NEWS

Sytuację dodatkowo pogorszyło wstrzymanie ruchu pociągu na trasie do Biełgorodu w 2014 r., którym mieszkańcy okolicznych wiosek codziennie przekraczali granicę. Z Rosji do Kozaczej Lopani przyjeżdżali ludzie na zakupy, wspierając lokalny biznes, a ze wsi wielu ludzi jeździło do pracy do Rosji. Ludzie po obu stronach odwiedzali rodziny i znajomych w sąsiednim kraju. 

Kiedyś granicę przekroczyć można było rowerem. Dziś, by odwiedzić rodzinę po drugiej stronie, należy przejść przez oficjalne przejście graniczne, co nieraz trwa godzinami. Dla ludzi starszych jest to często bariera nie do pokonania. Jak mówi mi Ludmiła, mieszkanka wsi, Rosjanie przyjeżdżają dziś do Kozaczej Lopani tylko na cmentarz.

Za Ruskich było lepiej

Wielu mieszkańców wsi z nostalgią wspomina czasy rządów Wiktora Janukowycza jako okres względnego spokoju i dobrobytu. 

– W przygranicznych wioskach w mniejszym stopniu popiera się politykę zacieśniania reżimu granicznego, mieszkańcy tych wiosek nie chcą się odgradzać od Rosji - mówi mi Oleksij Krysenko, historyk z Charkowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Wasyla Karazina. – Granica to ogromna liczba drobnych przemytników, pracowników sezonowych i codziennej migracji. 

Jak tłumaczy Wiktoria Szewczuk z analitycznego centrum Obserwatorium Demokracji, dotychczas granica nie była postrzegana w sensie psychologicznym. 

– Choć istnieje podział na dwa różne kraje, granica między nimi nie do końca była zauważana. Dla każdego pogranicza charakterystyczne jest, że miejscowi mają konkretne korzyści z wizyt po drugiej stronie, np. odwiedzają krewnych. W tym zakresie granica ukraińsko-rosyjska jest szczególnie aktywna - mówi Szewczuk.

VADIM SAVITSKY/TASS/FORUM
Wspólne manewry żołnierzy rosyjskich i chińskich, Zabajkale, wrzesień 2018 r.
VADIM SAVITSKY/TASS/FORUM

Wioski w obwodzie charkowskim przy granicy z Rosją ucierpiały na skutek budowy ściany również w innym sensie. W Pylnej granica wirtualnie wytyczona jeszcze w czasach Janukowycza przecina ogródki działkowe i poletka lokalnych mieszkańców. Już wkrótce wedle wyznaczonej linii zbudowany zostanie zabór oddzielający oba kraje. 

Wiera Własowa, deputowana lokalnej rady wsi Pylna, od miesięcy walczy o zmianę linii granicznej, która, według niej, pozbawi dostępu do ziemi 80 mieszkańców wsi. Ustanowiona w 2008 r. linia została przeprowadzona w taki sposób, że 60 ha ziemi należącej do mieszkańców w dole rzeki znajdzie się poza ich zasięgiem.

Oddajcie moje hektary

- Mamy nadzieję, że uda nam się coś osiągnąć, choć już w czerwcu traktor wjechał nam na łąkę, usłyszeliśmy, że to, co mówimy, to jedno, a oni mają gotowe dokumenty, zaplanowany projekt i wydzieloną granicę - mówi Własowa. – Żyjemy sobie po cichutku, chcemy tylko mieć gdzie wypasać krowy. 

W podobnej sytuacji jest więcej wsi w rejonie Charkowa. W paru z nich już postawiono zabór. 

Walentin Kryłowiecki, prawnik z Fundacji Rozwoju Społecznego Regionu Charkowskiego, od miesięcy pomaga właścicielom zabranej ziemi dochodzić swoich praw i należnej rekompensaty. Mówi o przynajmniej stu przypadkach we wsiach takich jak Milowoje i Rublino w charkowskim obwodzie, choć, jak twierdzi, z pewnością jest ich więcej.

PAVLO PAKHOMENKO/NUR PHOTO/ZUMA PRESS/FORUM
Ukraińscy żołnierze chronią konsulat rosyjski w Charkowie, gdzie obywatele Rosji mogli głosować w wyborach parlamentarnych, wrzesień 2016 r.
PAVLO PAKHOMENKO/NUR PHOTO/ZUMA PRESS/FORUM

Według Kryłowieckiego ziemie jego klientów w oficjalnym rejestrze do tej pory figurują jako własność prywatna, a ich właściciele nadal płacą podatki od gruntów, choć na swoich polach nie tylko nie mogą już nic sadzić, ale nawet na nie wejść, bo wedle prawa nikt bez zezwolenia nie może przekraczać linii granicznej. 

- Któregoś dnia po prostu przyjechały maszyny budowlane i na terytorium, które jest własnością prywatną, wykopano rów i postawiono płot. Nie można teraz tego kawałka ziemi uprawiać, zasiewać czy zbierać plonów - mówi mecenas Kryłowiecki. – Po prostu, przyjechali i zaczęli budowę bez pytania właścicieli ziemi o zdanie.

Nic nie wskóramy

Jak tłumaczy prawnik, choć mieszkańców poinformowano wcześniej, że przez ich ziemie przechodzić będzie granica, właścicielom nie przedstawiono decyzji na piśmie, nie wprowadzono też zmian do oficjalnego rejestru. Nie podjęto żadnych rozmów na temat rekompensaty finansowej czy przydzielenia zastępczej ziemi w innym rejonie. 

 Ci, którzy postanowili działać na własną rękę, zgłaszając sprawy do sądu, zazwyczaj słyszą, że póki plan przeprowadzenia granicy nie zostanie zakończony, nie mogą liczyć na żadną rekompensatę. A końca budowy nie widać. 

Na razie Kryłowiecki i jego organizacja przygotowują pozew zbiorowy: gromadzą dowody i szukają poszkodowanych chętnych, by dochodzić sprawiedliwości w sądzie. To jednak nie zawsze jest proste. 

 – Z osób, z którymi już rozmawialiśmy, 20 proc. jest gotowa walczyć o swoje prawa. Pozostałe 80 proc. przyjmuje to jako nieszczęście, które im się przydarzyło - tłumaczy prawnik. – A jeśli próbujesz im wytłumaczyć, że nie wszystko stracone, że można iść do sądu i otrzymać odszkodowanie, ludzie zazwyczaj odpowiadają: „Jaki to sens? Wiemy, że nic z tego nie będzie i nic nie wskóramy”.

SOFIA BOBOK/ANATOLU AGENCY/AFP/EAST NEWS
Granica rosyjsko-ukraińska przy przejściu Goptiwka w obwodzie charkowskim, październik 2014 r.
SOFIA BOBOK/ANATOLU AGENCY/AFP/EAST NEWS

Większość zatem pozostaje bierna. Jak tłumaczy Szewczuk, poziom wykluczenia z polityki we wschodnich regionach Ukrainy tradycyjnie był wyższy niż w centrum kraju, a tym bardziej na zachodzie. Apatia, którą wykazują mieszkańcy, ma również związek z obecną sytuacją w kraju. 

– Ukraina żyje wedle cyklicznego scenariusza. Rewolucja-kontrrewolucja-rewolucja – mówi Szewczuk. – Gdy oczekiwania w społeczeństwie osiągają najwyższy poziom, następuje ożywienie, a potem z powodu niezrealizowanych oczekiwań – wycofanie i apatia. Teraz znowu jesteśmy w takiej sytuacji, ponieważ nadzieje, które zostały rozbudzone w 2014 r., nie zostały zrealizowane. 

Według sondażu przeprowadzonego przez Międzynarodowy Instytut Republikański w 2018 r. w nadchodzących wyborach większość mieszkańców regionu charkowskiego będzie głosować na frakcje polityczne wywodzące się z Partii Regionów Wiktora Janukowycza. 

 Aż 71 proc. respondentów z Charkowa uważa, że wydarzenia na Ukrainie idą w złym kierunku. A tylko 32 proc. popiera integrację z Europą. Prawie tyle samo, bo 27 proc., uważa, że Ukraina powinna raczej integrować się z Rosją, czyli dołączyć do kierowanej przez nią unii celnej. 

Podczas gdy Charków się rozwija, a lokalne władze mają jeden z najwyższych poziomów poparcia w kraju, zaufanie do rządu centralnego wśród mieszkańców miasta i okolic jest jednym z najniższych na Ukrainie. Rozczarowanie brakiem zmian, korupcją i obłudną, skoncentrowaną na sobie elitą polityczną jest szczególnie silne. 

- Ludzie są wściekli na rząd. Za ceny gazu, niskie emerytury, wynagrodzenia, za podatki - mówi Lubow. – Elita nigdy nie uderza w siebie, tylko zawsze w biednych ludzi.

***

Reportaż powstał dzięki grantowi od Lviv Media Forum, które wspierane jest przez Fundusz Wyszehradzki

MACIEJ KONRAD
KONFLIKTY
Karolina Anna Kuta

Tylu ludzi nam przyjechało

Często w nocy jest tak zimno, że ludzie nie mogą spać. Palą ogniska. Gdy słońce wstaje, wtedy idą spać – opowiadają uchodźcy żyjący w ruinach akademika w Bośni, przez którą prowadzi nowy szlak do Europy
ALEKSIEJ WITWICKI/FORUM
KONFLIKTY
Karolina Anna Kuta

Bośnia w stanie hibernacji

Państwo, które wymyślono w 1995 r. w Dayton, żeby ugasić wojnę domową, jest sztuczne, organizacyjnie skomplikowane, niewydolne i rządzone przez elity, którym taki stan rzeczy odpowiada. Październikowe wybory to potwierdziły
ANDREY KRASNOSCHEKOV/AFP/EAST NEWS
KONFLIKTY
Wiktor Cyrny

Ukraińscy rolnicy giną od strzałów

– Strzelali do nas, kiedy sialiśmy pszenicę. Zaminowano nasze pola. Plony spłonęły – mówi rolnik z ukraińskiej wsi Hnutowe. Z piętnastu gospodarzy zostało już tylko dwóch
HEDAYATULLAH AMID
KONFLIKTY
Holistic News    

Reportaże spisane krwią

- Kiedy wychodzimy z domu do pracy, nigdy nie wiemy, czy wrócimy żywi - przekonuje Hamid Haidary, dziennikarz z Afganistanu. To najniebezpieczniejszy kraj świata dla przedstawicieli tego zawodu
Więcej
Ta strona używa plików cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia.
OK

Logowanie

0 %