Kto powinien walczyć ze zmianami klimatycznymi?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Inuit w tradycyjnym ubraniu na Grenlandii (ROBERT HARDING / EAST NEWS)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 2 minut Choć ludy tubylcze w najmniejszym stopniu odpowiadają za globalne ocieplenie, to one odczuwają jego największe skutki. Co więcej, podobnie jak mniejszości etniczne, czują się wykluczone z walki ze zmianami klimatu

Ich doświadczenie już na wstępie jest odmienne: „Nie jestem działaczką ani ekologiem. Nie lubię etykietek, zależy mi na naszej ziemi i zwierzętach. Czuję, że nasz głos jest ważny, ale to nie jest praca – to coś bardziej osobistego. Stawka jest bardzo wysoka i trudno to wytłumaczyć komuś, kto mieszka w Nowym Jorku czy Waszyngtonie” – mówiła w rozmowie z dziennikiem „Guardian” Bernadette Demientieff, przedstawicielka Gwich’in, jednego z ludów Indian Ameryki Północnej. Podkreślała, że czuje się adwokatką praw człowieka.

Zmiany klimatu zagrażają rdzennej ludności

Z powodu zmian klimatycznych prawdopodobnie, najbardziej cierpi rdzenna ludność, żyjąca najbliżej natury. ONZ podaje długą listę przykładów – z powodu ciągle rosnących temperatur mieszkańcy pustyni Kalahari w Afryce zostali zmuszeni do osiedlania się wokół wywierconych przez rząd otworów na wodę , a w ten sposób przetrwanie stało się kwestią politycznej decyzji. Globalne ocieplenie spowodowało już utratę wielu gatunków roślin, utrudnia im też hodowlę zwierząt.

Podobnie jest z ludnością tubylczą w regionie arktycznym, która poluje na niedźwiedzie polarne, morsy, foki czy zajmuje się wypasem reniferów i łowieniem ryb. W związku ze zmianą klimatu inwentarz gatunków zwierząt, które stanowią element ich diety, a także tożsamości kulturowej z miesiąca na miesiąc się kurczy. Dodatkowo, przez ciągłe gwałtowne zmiany pogody czeka na nich mnóstwo dodatkowych niebezpieczeństw.

Krąg wykluczonych z walki ze zmianami klimatu

Lista jest bardzo długa i niestety ciągle otwarta. A ruch ekologiczny walczący z globalnym ociepleniem wydaje się być elitarnym klubem, dostępnym nie dla wszystkich. W USA zgodnie z raportem organizacji Green 2.0 z 2014 r. ludzie należący do mniejszości etnicznych stanowili 36 proc. populacji kraju, ale tylko ok. 12 proc. pracowników organizacji ekologicznych.

Powodów jest wiele – na pewno pokutuje polityka kolonialna. Do XXI w. świat postrzegał rdzennych mieszkańców jedynie jako ofiary zmian klimatycznych wyrządzonych przez białego człowieka, nie dając im prawa do działania we własnej sprawie.

Julian Brave NoiseCat, analityk polityczny organizacji 350 walczącej ze zmianą klimatu, uważa, że ruch ekologiczny historycznie był oparty na „imperializmie, kolonizacji i wykluczeniu rasowym”. Jak powiedział w rozmowie z dziennikiem „Guardian”, ojcowie założyciele ekologii w Stanach Zjednoczonych, tacy jak prezydent Theodore Roosevelt i John Muir, jeden z pierwszych rzeczników ochrony dzikiej przyrody, „mieli zasadniczo rasistowskie poglądy”. Tworzyli parki narodowe, zależnie od usuwania z tych terenów rdzennej ludności.

Obecnie wiele organizacji próbuje podejmować kroki w kierunku równościowym. Przykładem jest fundacja Solutions Project, która ogłosiła niedawno, że będzie dofinansowywać głównie dyskryminowanych: mniejszości i kobiety, ale obraz całości nie zmienia się w zdecydowany sposób. Najbardziej wrażliwe grupy, ze względu na bariery prawne czy instytucjonalne, wciąż nie zabierają głosu.

Badania pokazują również dyskryminację kobiet i mniejszości narodowych. Solutions Project podaje, że w USA aż 95 proc. funduszy przeznaczonych na ochronę środowiska trafia do organizacji posiadających białych liderów, z czego 70–80 proc. otrzymują organizacje kierowane przez mężczyzn.

Źródła: „Nature”, „Guardian”

]]>
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Zobacz również

IN THE ARTICLES