Prawda i Dobro
Dbanie o siebie czy kult wydajności? Pułapki biohackingu
02 czerwca 2026

Na mapach wyglądają jak błąd w druku: kawałek ziemi, flaga bez miejsca przy stole, granica, której część świata udaje, że nie widzi. W rzeczywistości potrafią blokować potęgi, drażnić sojusze i wciągać mocarstwa w konflikty. Quasi państwa wracają do światowej polityki, bo wielcy gracze odkryli, że ich niejasny status bywa bardzo pomocny w rozgrywkach.
Do grudnia zeszłego roku ani jedno państwo członkowskie ONZ nie uznawało tego skrawka terytorium w Rogu Afryki. W Europie byłoby to całkiem pokaźne państwo (połowa terytorium Polski, liczące ok. 5 mln mieszkańców), ale w Afryce to mikrus. Gdyby nie jego lokalizacja, zapewne nie czytalibyśmy o nim w głównych światowych mediach. Właśnie położenie sprawia, że Somaliland, które oderwało się od Somalii jeszcze w 1991 r., stało się ostatnio miejscem, o którym dyskutują geopolitycy.
Leżące nad Zatoką Adeńską, u południowych „wrót” do Morza Czerwonego (po przeciwnej stronie jest Kanał Sueski) Somaliland stało się naturalną bazą dla sił chcących pełnić funkcję przeciwwagi dla rebeliantów Huti ze znajdującego się po drugiej strony zatoki Jemenu. Odkąd w 2023 r. ataki ze strony rebeliantów sparaliżowały ruch na tym kluczowym dla światowego handlu akwenie, jasnym się stało, że z terenu Somaliland można lewarować wpływy w regionie.
I dlatego w grudniu 2025 r. Izrael jako pierwsze państwo na świecie uznał Somaliand, wywołując falę niezadowolenia w regionie, a także daleko poza nim. Co łączy Państwo Żydowskie z tym muzułmańskim niby-państwem? Właściwie nic, poza wspólnym interesem w wąskich, ale kluczowych obszarach. Somaliland, które zbudowało dosyć sprawnie działające struktury państwa, liczy na inwestycje zagraniczne i uznanie ze strony kolejnych krajów, a Izrael chce mieć „bazę wypadową” do przeciwdziałania rebeliantom Huti, którzy są sojusznikami jego stałego wroga – Iranu.
Jest to ważne szczególnie dziś, gdy Izrael i Ameryka starają się „znokautować” Iran. Ale jest to również element rywalizacji z wielkim przeciwnikiem Izraela z północy – z Turcją, która bardzo blisko współpracuje z Somalią i jest tam obecna militarnie.
W celu ograniczania wpływów Iranu w regionie Izrael założył np. bazę marynarki wojennej na należącym do Erytrei archipelagu Dahlak (w 2023 r. została ona zaatakowana przez Hutich)
– pisze w swojej analizie Polski Instytut Spraw Międzynarodowych.
Somaliland, geograficznie położony bardzo blisko części Jemenu kontrolowanej przez Hutich, był z tej perspektywy atrakcyjnym partnerem, który mógłby zgodzić się na goszczenie instalacji wojskowych w zamian za pomoc w przełamaniu izolacji. Wskazywało na to zawarcie przez Somaliland porozumienia z Etiopią w styczniu 2024 r., w ramach którego zgodził się na dzierżawę fragmentu wybrzeża etiopskiej marynarce wojennej. W tym samym roku podobną umowę zaczął negocjować Izrael. Równolegle w przestrzeni publicznej trwało testowanie ewentualnej zgody Somalilandu na przyjęcie wysiedlanych Palestyńczyków.
W ten sposób uznanie dyplomatyczne, które jawić się może jako wzniosły akt, budujący relacje między dwoma narodami, staje się cynicznym ruchem mającym realizować partykularne interesy.
Reakcje na to posunięcie zależą oczywiście od perspektywy geopolitycznej. Ameryka, choć sama nie uznała Somaliland, przekonuje, że w tej decyzji Izraela nie ma niczego niebezpiecznego. Państwa regionu, a także zdecydowana większość krajów arabskich, potępiły jednak ten ruch. Izrael wkraczając na obszar kluczowego Rogu Afryki wysyła kolejny sygnał, że interesuje go przemodelowanie mapy politycznych wpływów w tamtym regionie świata i kontrolowanie Morza Czerwonego.
Somalia twierdzi, że ten ruch to początek przymusowego eksodusu Palestyńczyków z Gazy. Wbrew zaprzeczeniem drugiej strony, prezydent Somalii przekonuje, że Bliski Wschód czeka prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi: w zamian za uznanie dyplomatyczne Somaliland miało się zgodzić na przyjęcie Palestyńczyków z Gazy oraz otwarcie baz przez Izrael.
Co istotne, uznanie Somalilandu przez Izrael mocno skrytykowały Chiny. Rzecznik tamtejszego MSZ Lin Jian powiedział, że każdy kraj „spoza regionu powinien powstrzymać się przed niewłaściwym wtrącaniem się. Żaden kraj nie powinien pomagać i wspierać sił separatystycznych w innych państwach dla osiągnięcia własnych, egoistycznych zysków”. Chiny są szczególnie zainteresowane, by „niby-państwa” nie były uznawane, ale o tym za chwilę.
W naszej części świata to Rosja najbardziej wyspecjalizowała się w wykorzystywaniu niby-państw. W jej przypadku chodzi głównie o „infekowanie” sąsiadów uznanych przez Kreml za zagrożenie. Jeden z takich tworów odwiedziłem niedługo przed wybuchem pełnoskalowej wojny na Ukrainie. Chodzi o Naddniestrze. Było to doświadczenie z pogranicza absurdu i groteski.
Ten wąski pas terenu o długości ok. 200 km wcina się niczym rosyjski nóż w pogranicze ukraińsko-mołdawskie. To nieuznawane przez nikogo na świecie, nawet Rosję, niby państwo ma być krwawiącą raną, która utrudnia Mołdawii integrację z Zachodem (Naddniestrze oderwało się od Mołdawii jeszcze w 1990 r.), a ponadto ma stanowić straszak na Ukrainę – w Naddniestrzu stacjonują wojska rosyjskie, które pilnują, by władza na tym terytorium nie trafiła w „niepowołane” ręce.
Naddniestrze funkcjonuje dzięki gospodarczemu wsparciu z Moskwy, a właściwie wszystkie ważniejsze gałęzie tutejszej gospodarki kontroluje jedna firma – Sheriff, którą założyli „bezpieczniacy”. Sheriff ma więc swoje supermarkety, stacje benzynowe, media, firmy budowlane, salony samochodowe, a nawet klub piłkarski.
Wszędzie dokoła widzimy same „Sheriffy”, co pokazuje dobitnie, że to quasi-państwo to czysty absurd, oligarchiczna republika bananowa, która ma dbać przede wszystkim o interes Rosji. W połowie maja Kreml przypomniał Europie, że Naddniestrze to karta w jego talii – Putin podpisał dekret, dzięki któremu mieszkańcy tego niby-państwa łatwiej będą mogli wejść w posiadanie rosyjskiego paszport. A nie od dziś wiadomo, że rozdawanie rosyjskich paszportów zwiastuje problemy dla sąsiadów…
Żadne oficjalne państwo nie uznaje Naddniestrza, ale czy to oznacza, że absolutnie nikt nie ma z nim oficjalnych relacji? Otóż uznają go inne nieuznawane niby-państwa jak choćby Osetia Południowa czy Abchazja. Swoją drogą Rosja zrobiła bardzo wiele, by te dwa terytoria separatystyczne powstały i utrzymały się, komplikując sytuację Gruzji. Przede wszystkim utrudniając temu państwu integrację z Zachodem. Oba te quasi-państwa odgrywają więc w strategii Rosji podobną rolę jak Naddniestrze.
Jak może się skończyć rosyjska gra quasi-państwami, zobaczyliśmy na przykładzie tzw. Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republik Ludowej. Stworzone przez Rosjan w 2014 r. „republiki ludowe” przez kolejne osiem lat zatruwały wschód Ukrainy, realizując interesy Kremla. W końcu we wrześniu 2022 r. Rosja uznała, że oba twory spełniły swoje zadanie i zwyczajnie je anektowała.
Ostatnio spora nerwowość pojawiła się w tym kontekście na północy – w Estonii. W Rosji rozpoczęła się w tym roku kampania internetowa, przedstawiająca estońskie miasto Narwa jako „Ludową Republikę Narwy”. To miasto liczy 50 tysięcy mieszkańców, leży na samej granicy z Rosją i od lat wskazywane jest przez zachodnich analityków jako jeden z potencjalnych głównych punktów zapalnych w przypadku konfliktu Rosji i NATO.
Kreml swoje nadzieje w sprawie Narwy wiąże z faktem, że ok. 90 proc. jej mieszkańców to ludzie rosyjskojęzyczni. Wielu Estończyków wyraża obawę, że kampania pt. „Ludowa Republika Narwy” to w istocie początek operacji, mającej na celu oderwanie Narwę od ich państwa i stworzenie kolejnego quasi-państowego tworu, który „infekowałby” północno-wschodnią flankę NATO. Rosja pokazała już, że takie scenariusze należy na poważnie brać pod uwagę – Kreml wyspecjalizował się w używaniu quasi-państw w charakterze geopolitycznej broni.
Na koniec wróćmy do stanowczego sprzeciwu Chin w sprawie uznania przez Izrael Somalilandu. Pekin dba tu oczywiście o własny interes, czyli przyłączenie Tajwanu do ChRL. Dlatego Chińczycy od lat przedstawiają się jako przeciwnicy separatyzmów. I robią bardzo wiele, by zniechęcić inne państwa do uznawania Tajpej.
Tajwan bywa zaliczany do quasi-państw, chociaż w porównaniu z wymienionymi wyżej rosyjskimi tworami wygląda jak w pełni stabilna struktura państwowa. Sęk w tym, że rząd w Tajpej uznawany jest jedynie przez 12 (!) państw. Większość z nich to maleńkie państewka, o których mało kto słyszał.
Do jednego z nich, leżącego w południowej Afryce Eswatini (dawniej Suazi) poleciał na początku maja prezydent Tajwanu. Jego podróż do Afryki dała „amunicję” wszystkim tym, którzy uważają Tajwan za quasi-państwo. Lai Ching-te musiał bowiem lecieć do tego jedynego afrykańskiego partnera Tajwanu „sposobem”, po tym, jak dwa tygodnie wcześniej Chiny wymogły na państwach regionu zamknięcie swojej przestrzeni powietrznej dla jego samolotu. Odwołanie wizyty było sporym ciosem wizerunkowym dla Tajpej. Wyglądało na to, że prezydent Tajwanu jest de facto uwięziony na wyspie i nie może odwiedzać partnerów.
Dlatego Lai Ching-te zrobił wszystko, by postawić na swoim i jednak odwiedzić Eswatini. W końcu – w operacji przypominającej fragment scenariusza filmu szpiegowskiego – udało się Tajwańczykom wywieźć w pole Chińczyków. Tajpej triumfowało, Pekin szalał z wściekłości. Ale czy to taktyczne zwycięstwo Lai Ching-te ma realne znaczenie?
Ostatni pekiński szczyt Xi-Trump pokazał, jaką wagę ma Tajwan w rozgrywce między oboma supermocarstwami. Prezydent Chin wprost oznajmił swojemu amerykańskiemu odpowiednikowi:
Przy nieodpowiednim podejściu [do kwestii Tajwanu] oba państwa mogą wejść w kolizję, a nawet konflikt, co popchnie całe relacje chińsko-amerykańskie w bardzo niebezpieczne obszary.
Amerykanie zrozumieli tę groźbę. USA nie uznają wprawdzie dyplomatycznie Tajpej (nie mają tam ambasady, a jedynie Instytut Amerykański na Tajwanie, działający jak quasi-ambasada), ale traktują Tajwan jako swego rodzaju sojusznika, który ogranicza Chinom możliwość swobodnej ekspansji w kierunku Pacyfiku.
Dziś to quasi-państwo staje się najważniejszym punktem w relacjach dwóch najpotężniejszych państw świata. Chiny wyraźnie dają znać Ameryce, że niejasny status Tajwanu, dalsze istnienie wyspy na pograniczu państwowości, jest nie do utrzymania. Quasi-państwo ma zniknąć, stając się prowincją ChRL.
Przecztaj również: Kto kontroluje wodę, kontroluje strach




***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: