Pokolenie płatków śniegu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
SIMONE GOLOB / GETTY IMAGES
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 5 minut

Wychowujemy coraz mniejszą liczbę coraz bardziej doinwestowanych dzieci. Nadopiekuńczość i zapobiegliwość rodziców drugiej połowy lat 90. stworzyła generację niesamodzielnych, bojaźliwych młodych ludzi, którzy nie radzą sobie z wyzwaniami dnia codziennego

„Jesteśmy nadopiekuńczy i rozpieszczamy nasze dzieci. To właśnie przez to wychowujemy pokolenie bojaźliwych, wątpiących we własne możliwości płatków śniegu” – mówi prof. Jonathan Haidt z Uniwersytetu Nowojorskiego, współautor książki The Coddling of American Mind (Rozpieszczanie amerykańskiego umysłu), z wymownym podtytułem Jak dobre intencje i złe pomysły przygotowują generację porażki.

Określenie snowflakes odnosi się do osób o słabej kondycji psychicznej, które zbyt emocjonalnie reagują na otaczające ich środowisko, np. zmiany polityczne lub sytuację społeczną.

„W poprzednich pokoleniach rodzice rozumieli, że ich »pracą« jest jak najszybsze pozbycie się tej »pracy«, czyli przygotowanie dzieci do opuszczenia domu i samodzielności” – mówi prof. Haidt w wywiadzie dla Studia 10. „Wygląda na to, że teraz rodzice szukają dla siebie stałego zatrudnienia” – dodaje.

Największe zmiany w mentalności młodych Amerykanów zauważono w 2014 r. To właśnie wtedy pierwsi przedstawiciele tzw. generacji Z pojawili się na amerykańskich kampusach. Studenci nagle stali się pełni obaw – prosili o ostrzeżenia przed „niebezpiecznymi” treściami oraz o tworzenie bezpiecznych stref.

Profesor Haidt wyjaśnia, że bezpośrednią przyczyną tego stanu rzeczy było pojawienie się mediów społecznościowych. „Między 2009 a 2011 r. życie społeczne nastolatków zmienia się z interakcji bezpośrednich na kontakty wirtualne. W 2012 r. wszyscy są już online. Niedługo później, szczególnie wśród dziewczynek, liczba przypadków depresji, stanów lękowych i samookaleczeń gwałtownie rośnie” – tłumaczy.  

Przyciągająca siła porównania

Media społecznościowe dostarczają nie tylko nowych sposobów komunikacji, ale pozwalają śledzić celebrytów, gwiazdy i internetowych influencerów, którzy dają przykład doskonałego wyglądu i stylu życia. Z drugiej strony, w internecie aż roi się od hejterów i agresywnych komentatorów. Nagle okazuje się, że w nowym pokoleniu to słowa ranią bardziej niż akty fizycznej przemocy.

Profesor Haidt zwraca uwagę, że problem z nadmiernym porównywaniem się do wirtualnych wzorców znacznie częściej dotyka dziewczynek. Chłopcy chętniej grają w gry komputerowe i wpływ social mediów jest u nich mniej widoczny.

Nadopiekuńczy rodzice zapewniają dzieciom doskonałe środowisko – pozbawiają ich możliwości odniesienia porażki, zapewniają o wyjątkowości i klepią po plecach, nieważne, czy im się udało, czy nie. Dlatego młode pokolenie nie jest przyzwyczajone do jakiegokolwiek krytycyzmu.

„Stopniowo wzmacniamy poczucie własnej wartości u naszych dzieci, co samo w sobie jest okropnym pomysłem. Zamiast sztucznie pompować ich wysoką samoocenę, powinniśmy dać im narzędzia i umiejętności, dzięki którym same zdobędą szacunek u innych” – zaznacza Haidt.

Młode osoby, które opuszczają bezpieczną i przyjazną strefę, pierwsze co napotykają w prawdziwym świecie to niedoścignione wzorce i agresywne ataki. I nie są na to gotowe.

Pułapka dziecięcych potrzeb

Współcześni rodzice dostarczają swoim pociechom wszystkiego, czego one potrzebują. A czasem nawet więcej. Towarzyszą dzieciom przez cały czas, chroniąc je i zabezpieczając przed całym złem tego świata.

W 2011 r. stworzono nawet nowe pojęcie opisujące taki model wychowania. Jak pisze Kate Byless w serwisie Parents.com, „helikopterowi rodzice” (helicopter parents) przedkładają potrzeby dzieci ponad wszystko inne i często wyręczają je w czynnościach, które mogłyby wykonać same.

Helikopterowi rodzice przez cały czas podążają za dzieckiem, organizują mu czas i bawią się z nim, bez przerwy instruując, co ma ono robić. Nie zostawiają swoim pociechom nawet chwili „sam na sam ze sobą”.

„Rodzice nie rozumieją, że dzieci potrzebują stresu, potrzebują frustracji” – mówi Haidt. „Nie chodzi o długotrwałe, chroniczne napięcie, a o wiele małych, pojedynczych stresowych sytuacji” – dodaje.

Naukowiec proponuje schemat, dzięki któremu dzieci mogą nabyć odporność na codzienne komplikacje. „Wyzwanie, porażka, regeneracja, wnioski. Wyzwanie, porażka, regeneracja, wnioski – i właśnie wtedy uczymy się, jak w końcu osiągnąć sukces” – podkreśla.

Cały szkopuł polega na tym, by pozwolić dzieciom uczyć się na własnych doświadczeniach, a nie tylko podążać za bezpośrednimi instrukcjami rodziców. Jeśli tego zabraknie, nastolatkowie wkraczający w dorosłość nie będą gotowi na wyzwania prawdziwego świata. Pierwsze poważne kłopoty zaczynają się tuż po opuszczeniu rodzinnego domu, gdy trafiają na studia.

Zostawić dzieci w spokoju

Każdy współczesny rodzic traktuje bezpieczeństwo i szczęście swoich dzieci jako priorytet. W poprzednich pokoleniach, sześcio- czy siedmiolatki bawiące się w parku i grające w piłkę na ulicy stanowiły normalny widok nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale we wszystkich rozwiniętych krajach Zachodu.

Teraz pozostawienie dziecka bez opieki jest uznawane za przykład skrajnej nieodpowiedzialności i może być penalizowane. We wszystkich mediach pojawiają się informacje o przestępstwach, morderstwach i porwaniach, dlatego rodzice ze strachu nie chcą pozwolić dzieciom na samodzielność.

„To prawda, ludzie stają się czasem ofiarami morderstw. Ale to zdarza się bardzo rzadko. Z drugiej strony, dzieci masowo popełniają samobójstwa i to zjawisko jest znacznie częstsze. To do nas, rodziców, należy decyzja, które ryzyko jesteśmy skłonni na siebie przyjąć” – zauważa prof. Haidt.

Słowa psychologa potwierdzają statystyki. Raport opublikowany w 2015 r. przez JAMA Pediatrics wskazał, że 1,12 mln dzieci i nastolatków wykazuje skłonności lub zachowania samobójcze. W Polsce samobójstwa są drugą – po wypadkach – najczęstszą przyczyną śmierci wśród dzieci i nastolatków. 

Jeszcze pokolenie milenialsów pamięta, że momentem rozpoczęcia samodzielnej zabawy było ukończenie siedmiu lat. Ten próg znacząco się podwyższył i obecnie rodzice nie wypuszczają dzieci z domu przez dodatkowe trzy lata.

Profesor Haidt twierdzi, że „brak pozwolenia na samodzielną zabawę ośmiolatków i starszych dzieci powinien być traktowany jak niezamierzone, nieświadome znęcanie się nad nimi”. Wydłużanie wieku, w którym dziecko potrzebuje stałej opieki, sztucznie wydłuża dzieciństwo i infantylizuje młodych dorosłych. W dodatku osoby wychowane przez nadopiekuńczych rodziców, powielą schemat nadmiernego rozpieszczania dzieci we własnych rodzinach w przyszłości.

„Musimy przerwać to błędne koło. W Stanach Zjednoczonych fala przestępstw została znacząco obniżona, a jednak wciąż wychowuje się dzieci w przekonaniu, że świat jest bardzo niebezpieczny. To poczucie trwałego lęku sprawia, że kortyzol jest na wysokim poziomie, co działa destrukcyjnie na młode umysły” – podkreśla naukowiec.

Kolejne pokolenia w jeszcze większym stopniu będą borykały się z depresją, stanami lękowymi i całą masą innych dolegliwości psychicznych.

Odwrócić niepożądany proces

Na szczęście dla rodziców, którzy rozpoznają u swoich dzieci objawy typowe dla „płatków śniegu” i nadwrażliwość na codzienne fluktuacje, jest jeszcze szansa na odwrócenie tego procesu.

Jako że dużą rolę w pojawieniu się problemów z przystosowaniem się nastolatków odgrywają media społecznościowe, warto zadbać o to, by najmłodsze dzieci nie miały szansy zderzenia z wirtualną rzeczywistością.

„Po pierwsze, trzeba ustalić godzinę, po której dziecko przestaje korzystać z urządzeń elektronicznych. Nikt nie musi odpisywać na wiadomości czy sprawdzać profili społecznościowych w nocy” – proponuje profesor.

„Po drugie, możliwość aktywnego korzystania z social mediów powinny mieć nastolatki powyżej 14 lat. Dla młodszych dzieci jest na to za wcześnie. Po trzecie, trzeba ustalić z dzieckiem tygodniowy limit czasu, podczas którego może korzystać z dobrodziejstw najnowszej techniki” – wylicza.

Haidt zaznacza również, że istotną rolę w wychowaniu niezależnych młodych ludzi mają kary, które następują od razu po zachowaniu, którego chcemy oduczyć. Nie chodzi mu bynajmniej o przemoc fizyczną, a o drobne upomnienia i wyciąganie konsekwencji tuż po niepożądanym czynie.

Problem społeczeństwa „doinwestowanych dzieci”

Opisywane przez prof. Haidta zjawiska kiedyś odnosiły się głównie do potomków klasy średniej, w której dobro dziecka stanowiło najwyższy priorytet. Teraz ta nadopiekuńczość dotyczy już każdej grupy społecznej i ekonomicznej, również w Polsce.

Już w 2001 r. naukowcy Lippitz i Heike zauważyli, że „dobro dziecka stało się nadrzędnym celem rodziny, a obowiązki rodziców wobec niego zaczęły górować nad prawami”. W rezultacie otrzymaliśmy społeczeństwo „doinwestowanych” i dobrze wykształconych dzieci, którzy nie radzą sobie w realiach szarej codzienności.

Ilość czasu, pieniędzy i uwagi, jakie poświęcamy pociechom, powoduje, że rodzice inwestują coraz więcej w coraz mniejszą liczbę dzieci i nie zauważają zagrożeń płynących z nadopiekuńczości.

Ta tendencja stawia nowe wyzwania nie tylko przed uczelniami i pracodawcami, ale również przed systemem opieki zdrowotnej. Już teraz zapotrzebowanie na pomoc psychiatryczną i psychologiczną rośnie z roku na rok i nic nie wskazuje na to, by ten trend można było szybko zahamować lub odwrócić.

Jak podaje Forum Przeciw Depresji, w Polsce na kliniczną postać depresji może cierpieć nawet do 20 proc. nastolatków. Jednocześnie aż 30–70 proc. dzieci z depresją spełnia również kryteria diagnostyczne zaburzeń lękowych.

Profesor Haidt ostrzega, że kolejne pokolenia będą jeszcze bardziej narażone na destrukcyjne działanie zewnętrznych czynników właśnie ze względu na nadmierną troskę ich rodziców.

Źródła: The Coddling of American Mind, YouTube, Parents.com, Forum Przeciw Depresji, Dziecko jako inwestycja współczesnych rodziców z klasy średniej

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES