Prawda i Dobro
Finansowali wroga, by móc go zwalczać. Biznes „walki ze złem”
01 maja 2026

Donald Trump przez lata budował wizerunek polityka brutalnie szczerego: niepoprawnego, ostrego, ale prawdziwego. Wojna z Iranem uderzyła w ten mit. Dla wielu jego własnych wyborców nie jest to już spór o strategię, lecz o to, czy prezydentowi USA można jeszcze wierzyć.
2-milionowa Tijuana od lat utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej niebezpiecznych miast świata. Statystycznie rzecz biorąc 100 razy łatwiej zginąć na ulicach Tijuany niż przeciętnego polskiego miasta. Jednak działalność tamtejszych karteli rzutuje nie tylko na życie mieszkańców Tijuany. Chodzi oczywiście o przemyt narkotyków i przerzut nielegalnych imigrantów, z czym przez lata nie radzili sobie Amerykanie. Szczególnie za kadencji Joe Bidena sytuacja wygląda na tym polu wyjątkowo źle.
Gdy w lutym tego roku przyjechałem do tego przygranicznego (po drugiej stronie leży San Diego), najbardziej na północny-zachód wysuniętego miasta Meksyku, usłyszałem od jego mieszkańców, że od roku sytuacja na granicy wygląda już zupełnie inaczej – spokojniej.
Eduardo, taksówkarz z Tijuany, wioząc mnie z plaży w kierunku centrum miasta, opowiadał o życiu w cieniu muru granicznego
Kiedyś widziało się, jak ludzie przeskakują przez barierę. Nie było z tym większych problemów. Amerykanie mieli za mało „Migry” (straży granicznej)
– mówił Eduardo.
Ale teraz to już historia, już się tak nie da, bo szybko cię złapią. Jeżeli chcesz próbować szczęścia, to musisz go szukać gdzieś daleko na pustyni, gdzie nie ma ludzi i ten mur jest gorzej zabezpieczony.
W ten właśnie sposób Donald Trump spełnił najważniejszą ze swoich obietnic wyborczych dotyczących kwestii krajowych. W trakcie kadencji Joego Bidena, czyli w szczycie kryzysu na granicy, gdy w kierunku USA ciągnęły istne karawany migrantów, zachęconych informacjami o faktycznej kapitulacji tamtejszej straży granicznej, rocznie dokonywano ponad 2 mln zatrzymań.
Tak naprawdę ciężko oszacować liczbę ludzi, którym udało się nielegalnie dostać do USA. Jak wskazywała niedawno U.S. Customs and Border Protection (służba chroniąca granice), w pierwszych miesiącach prezydentury Trumpa ta liczba spadła o 92 proc.
Administracja Trumpa zainwestowała w straż graniczną, ale skończyła również z liberalnymi przepisami, dzięki którym złapani nielegalni imigranci mogli na wolności czekać w USA na rozpatrzenie swoich wniosków azylowych. Wysłanie takich sygnałów sprawiło, że siłą rzeczy spadła liczba ludzi, którzy zainteresowani są nielegalnym przekraczaniem granicy. A była to przecież jedna z najważniejszych spraw w oczach amerykańskich wyborców.
„Zwykli” Amerykanie nie mogli bowiem zrozumieć, jak to możliwe, że najpotężniejsze państwo świata nie jest w stanie skutecznie kontrolować swojej południowej granicy, przez którą przelewały się miliony nielegalnych przybyszów, destabilizując sytuację wewnętrzną. Z drugiej strony Trump ewidentnie przeszarżował w tej polityce, gdy wysłał na ulice amerykańskich miast agencję ICE, by wyłapywać nielegalnych imigrantów.
Agenci prowadzili te działania tak ostro, że w stanie Minnesota zginęło z ich rąk dwóch protestujących przeciw tej polityce. Trump poniekąd przyznał, że sprawy zaszły tu za daleko, zapowiadając, iż dokona „deeskalacji”. I rzeczywiście, działania ICE nie są już aż tak bezpardonowe.

Trump wprowadził też zapowiadane wyższe cła na produkty zagraniczne. Celem tej polityki celnej miało być działanie w imieniu interesu społecznego – sprawienie, że w Ameryce znów będzie się opłacało produkować różne towary i część miejsc pracy w sektorze produkcyjnym wróci do USA z Azji. Tu jednak bilans nie jest jednoznaczny.
Z jednej strony trzykrotnie (w porównaniu z poprzednim rokiem) wzrosły dochody z tytułu cel i niektóre branże (np. producenci stali i aluminium) dzięki tej ochronie wzmocniły swoją pozycję, ale jednak – wbrew zapowiedziom – to amerykańscy konsumenci w znacznej mierze pokryli wzrost stawek celnych. To na nich przerzucono ten koszt.
Inna kwestia, że Sąd Najwyższy – ku nieskrywanej wściekłości prezydenta USA – stwierdził ostatecznie, że wprowadzony przez niego mechanizm celny jest niezgodny z konstytucją i w związku z tym skarb państwa będzie musiał zwrócić importerom 166 mld dolarów (konsumenci raczej nic nie otrzymają z tej kwoty).
Następcę Bidena w zdecydowany sposób wprowadził też w życie antywoke’ową kontrrewolucję, rugując z rządu instytucje, które promowały różne odcienie polityki „równościowej”. Symbolem tej zmiany były słowa Trumpa z jego przemówienia inauguracyjnego:
Od dziś oficjalną polityką Stanów Zjednoczonych będzie to, że istnieją tylko dwie płcie: męska i żeńska.
Kontrrewolucja dotknęła również amerykańskie uniwersytety, które zostały postawione przed jasnym wyborem: albo zrezygnujecie z wdrażania skrajnie lewicowej agendy w duchu woke, albo stracicie dotacje federalne. Jednak był tu haczyk. Starając się oczyścić najbardziej znane amerykańskie uniwersytety z efektów skrajnie lewicowej rewolucji (m.in. przedstawiania białych ludzi jako problemu dla społeczeństwa), administracja Trumpa dba też o to, by na uniwersytetach nie było antysemityzmu. Tyle, że termin ten pojmowany jest na tyle szeroko, że podpada pod niego właściwie każdy rodzaj krytyki pod adresem państwa Izrael.
W kwestii antywoke’owej kontrrewolucji dobrym przykładem jest Matthew Lohmeier, emerytowany oficer US Air Force, który został usunięty ze służby w czasie kadencji Bidena. Powodem wykluczenia Lohmeiera z szeregów amerykańskich sił zbrojnych był fakt, że ten oficer napisał książkę Zniewalająca rewolucja. Marksistowski Plan Podboju i Rozbrojenia Amerykańskich Sił Zbrojnych.
Lohmeier przestrzegał w niej, że skrajna lewica indoktrynuje młodych żołnierzy i sprawia, że w wojsku USA pojawiają się podziały na tle rasowym, co wcześniej nie miało miejsca. Jego zdaniem było to niebezpieczne zjawisko, bowiem żołnierze nie koncentrowali się już całkowicie na swoich podstawowych zadaniach – trenowaniu walki w celu obrony USA – lecz rozpraszali uwagę np. uczestnicząc w „szkoleniach” na temat „problemów związanych z białym kolorem skóry”.
Lohmeier z pasją opowiadał o tym zagrożeniu, o czym przekonałem się, przeprowadzając z nim wywiad. W zeszłym roku ten wyrzucony z wojska oficer US Air Force został powołany do Pentagonu na stanowisko… podsekretarza US Air Force, odpowiadając m.in. za usunięcie z wojska elementów ideologii woke.

Kwestia prawdy w życiu politycznym Donalda Trumpa dużo gorzej wygląda w sprawach zagranicznych. Symbolem może tu być najgłośniejszy polityczny „rozwód”. Tucker Carlson nie jest wprawdzie politykiem, tylko publicystą z wielomilionowymi zasięgami, ale zajmuje się polityką. I wspierając przez lata bardzo jednoznacznie Donalda Trumpa, siłą rzeczy wyszedł poza czysto medialną rolę.
Tak jak często bywa w przypadku rozwodów, również i to rozstanie pełne jest złych emocji i gorzkich słów. Amerykański prezydent nazwał słynnego publicystę „ćwierćinteligentem” (w oryginale: „Low IQ”), a Carlson określił swojego niegdysiejszego politycznego guru mianem „niewolnika” (Izraela). Publicysta kilka dni później poszedł jeszcze dalej: oficjalnie przeprosił konserwatywnych wyborców za to, że wcześniej trzykrotnie namawiał ich do głosowania na Trumpa.
Co było przyczyną tego wielkiego rozłamu? Carlson przekonuje dziś swoich fanów na amerykańskiej prawicy, że Trump w spektakularny sposób okłamał wszystkich Amerykanów w sprawie wojny z Iranem. Jego zdaniem to nie było „zwykłe” lawirowanie polityczne, ale sprzeniewierzenie się głoszonym wcześniej hasłom, które były fundamentem ruchu Make America Great Again. Ameryka Trumpa miała trzymać się z dala od dalekich, niepotrzebnych wojen, które nie realizowały jej żywotnych interesów.
Już wcześniej Carlson zwracał uwagę na absurdalnie wielki wpływ lobby izraelskiego na politykę zagraniczną Waszyngtonu, ale od 28 lutego słynny publicysta stawia już sprawę jasno: w Iranie Trump realizuje interes narodowy Izraela, szkodząc równocześnie pozycji Ameryki.
Prawicowi krytycy Trumpa wytykają mu, że w kolejnych kampaniach napiętnował on poprzednich prezydentów USA, którzy wikłali Amerykę w niepotrzebne wojny. Wojny, których Amerykanie – mimo błyskotliwych zwycięstw na polu walki – nie byli w stanie wygrać na najważniejszym polu: politycznym. I mimo że Trump wprost zapowiadał na kampanijnym szlaku: „W przyszłości będziemy trzymać nasz kraj z daleka od niekończących się wojen”, to rok po rozpoczęciu drugiej kadencji kazał amerykańskim siłom zbrojny po raz kolejny walczyć na Bliskim Wschodzie.
Mało tego, w trakcie swojego przemówienia inauguracyjnego w styczniu 2025 r. podkreślał:
Będziemy jak żaden inny naród: pełni współczucia, odwagi i wyjątkowości. Nasza potęga będzie powstrzymywała wojny i wprowadzi nowy duch jedności na świecie, który był wściekły, brutalny i kompletnie nieprzewidywalny.
Dziś, gdy z powodu decyzji Donalda Trumpa o zaatakowaniu Iranu całemu światu grozi zawierucha gospodarcza, a USA mogą ponieść sromotną klęskę o dalekosiężnych konsekwencjach, te słowa brzmią jak ponury żart. I właśnie dlatego Trump musi się dziś mierzyć z rekordowo niskim poparciem – według ostatnich sondaży ok. 2/3 Amerykanów uważa, że prezydent źle kieruje państwem.
Mieszkańcy USA szczególnie wyraźnie widzą efekty tej zawieruchy przy dystrybutorach paliwa – jego cena wzrosła w ciągu ostatnich dwóch miesięcy do poziomów z czasów administracji Bidena, co ówczesny kandydat Trump wskazywał notabene jako jedną z największych porażek demokratycznego prezydenta.

Tak spektakularne podeptanie obietnic złożonych wyborcom w kwestii polityki zagranicznej i rozpętanie trudnej do zakończenia wojny z Iranem to jednak nie koniec problemów związanych ze stosunkiem Trumpa do własnych słów – i szerzej: rzeczywistości – w kontekście zawieruchy na Bliskim Wschodzie.
Od dwóch miesięcy świat widzi bowiem, jak prezydent USA lawiruje, nagina rzeczywistość, ale często też po prostu kłamie, starając się pokazać za wszelką cenę, że Ameryka kontroluje sytuację i „wielkie zwycięstwo” jest tuż za rogiem. Celem jest oczywiście uspokojenie rynków i sprawienie, by cena ropy naftowej choć trochę spadła.
Do tej pory bowiem biznes generalnie wierzył prezydentowi USA, który mówił, że Iran jest już na łopatkach i zależy mu na porozumieniu, więc zniesienie blokady Cieśniny Ormuz to jedynie kwestia dni. Jednak kolejne takie zapewnienia, które krótko potem są wyśmiewane przez Iran, sprawiają, że – delikatnie mówiąc – oszczędne gospodarowanie prawdą przez prezydenta największego światowego mocarstwa, lidera Zachodu, może mieć fatalne konsekwencje. Świat biznesu po prostu dojdzie do wniosku, że komunikaty gospodarza Białego Domu… niewiele znaczą.
W sytuacji, gdy słowa amerykańskiego prezydenta tak szybko się dewaluują, naruszony zostaje też fundament wszelkich negocjacji i porozumień – bo czy z człowiekiem tak jawnie mijającym się z rzeczywistością można na serio rozmawiać i liczyć, że ustalenia będą honorowane?
John Bolton, który w czasie pierwszej kadencji Trumpa był jego doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego, a następnie popadł z nim w ostry konflikt, ma tu swoją własną teorię.
Trump nie rozumie różnicy między tym, co jest prawdziwe, a tym, co jest nieprawdzie
– powiedział Bolton na antenie CNN w czasie ostatniej kampanii prezydenckiej.
– To niej jest tak, że on często kłamie, bo żeby kłamać, trzeba to robić ze świadomością. A on po prostu nie zna tej różnicy.
Bolton nawiązywał tu do sytuacji, gdy Trump podczas konferencji prasowej utrzymywał, że to inni ludzie z jego otoczenia domagali się kary więzienia dla Hillary Clinton, a on sam nigdy nie formułował takich myśli, a nawet był wobec niej „bardzo opiekuńczy”. Tymczasem w internecie łatwo znajdziemy nagrania z wieców Trumpa, podczas których mówił on wprost, że Clinton powinna trafić za kratki.
Jakby nie wyglądała tu prawda: czy Trump świadomie posługuje się kłamstwem, czy też rację ma Bolton i z jakichś przyczyn Trumpowi rzeczywistość miesza się z jego wyobrażeniami, faktem jest, że stosunek prezydenta USA do prawdy może mieć groźne konsekwencje.
Było to już widać na długo przed lutym tego roku, tj. przed atakiem na Iran. Po przegranych wyborach w listopadzie 2020 r. Donald Trump sięgał przecież po nieprawdopodobne teorie spiskowe, chwytając się każdej szansy na odwrócenie demokratycznego werdyktu Amerykanów. I choć nie da się wskazać wypowiedzi, w której Trump wzywał swoich zwolenników do zaatakowania Kongresu, to ostatecznie wielu spośród ludzi, którzy wdarli się w styczniu 2021 r. na Kapitol, zrobiło to, ponieważ uwierzyło w kłamstwo o „ukradzionych” wyborach.
Przeczytaj również: Zaczęło się od tragedii. Jak Delta Force stała się niepokonana
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: