Cavatina Group - Tworzymy inwestycje, które zmieniają miasta

Nie taki bufet straszny. Jacek Piekara o wakacyjnych trendach

Para odpoczywa na leżakach przy turkusowym morzu podczas wakacji all inclusive

Są takie wakacje, z których łatwo żartować. Hotelowy bufet, opaska na ręku, drink w plastikowym kubku i ręcznik rzucony o świcie na leżak. All inclusive obiecuje święty spokój, ale od lat budzi też podejrzenie, że to urlop trochę zbyt łatwy, zbyt wygodny, może nawet trochę obciachowy. Jacek Piekara sprawdza, ile prawdy kryje się w wakacyjnych stereotypach.

Lato dla większości z nas jest okresem dłuższych lub krótszych podróży wakacyjnych i zwyczajowym terminem „ładowania baterii”. Zastanawiamy się dokąd jechać, w jaki sposób podróżować, z kim i wreszcie, kiedy już wybierzemy punkt docelowy, myślimy, co ciekawego możemy w danym miejscu zobaczyć. A w tym wszystkim mamy jedno wielkie, gigantyczne i przeogromne szczęście: pomoc Internetu!

Najpierw sprawdź w sieci

Pisząc „Internet” nie myślę bynajmniej o tym, aby zamknąć się w pokoju i spędzić lato na surfowaniu po sieci. Myślę tu o roli informacyjnej Internetu, która umożliwia nam zminimalizowanie zagrożeń, jakie czekają na każdego podróżnika. Nawet, jeśli jest to tylko podróż w polskie góry, czy nad polskie morze, a nie daleka zagraniczna wyprawa połączona z poznawaniem obcych kultur. 

Internet jest w stanie opowiedzieć nam o wszystkim i mając w ręku tak potężne narzędzie byłoby wielkim, naprawdę wielkim wstydem i lekkomyślnością z niego nie korzystać. Bowiem dzięki pozyskaniu odpowiednich informacji o miejscu do którego wyjeżdżamy, o jakości hoteli, o plażach, o sąsiednich atrakcjach, o wyżywieniu, czy, przede wszystkim, o bezpieczeństwie, możemy oszczędzić sobie rozczarowań, a nawet poważnego stresu, choroby czy utraty pieniędzy. 

W końcu, jeśli wydajemy już te kilka czy kilkanaście tysięcy złotych na odpoczynek, to warto, aby był to prawdziwy relaks, a nie upiorna walka z przeciwnościami losu.

Źródeł pozyskania informacji mamy mnóstwo, bo podobni nam podróżnicy i wakacjusze chętnie dzielą się opiniami na stronach hoteli oraz biur podróży. Ba, należy również sprawdzać YouTube, gdyż często może się zdarzyć, że miejsce do którego się wybieramy zostało przez jakiegoś życzliwego człowieka (lub nawet wielu ludzi) dokładnie sfilmowane oraz omówione, a wtedy nie jedziemy już w nieznane, mogące nas czymś zaskoczyć, lecz do miejsca, które świetnie obejrzeliśmy na własnym smartfonie lub telewizorze. 

Bardzo dziwię się, że trafiają się ludzie, którzy jeszcze takiego zwiadu nie robią. Bo potem to właśnie oni często są tymi rozpaczającymi klientami, ślącymi zażalenie za zażaleniem na złe warunki, w jakich przyszło im odpoczywać. A trzeba było sprawdzić!

Wakacje all inclusive bez miejskich legend

Jedną z najbardziej popularnych formuł wypoczynku jest formuła „all inclusive”, czasami jeszcze w wzbogacona dodatkami „light” lub „plus” lub „24h”. Polega ona na tym, że krótko mówiąc jesteśmy rozpieszczani wliczonymi w cenę licznymi posiłkami (w niektórych dużych hotelach wręcz można byłoby jeść bez przerwy, przenosząc się tylko z lokalu do lokalu), przekąskami, deserami oraz napojami i alkoholami, które też w zależności od hotelu bywają lepsze i bardziej urozmaicone albo gorszej jakości.

Za czasów mojej młodości formuła „all inclusive” była albo niedostępna albo potem niezbyt popularna. Pamiętam jednak, że sporo się o niej mówiło. Historie o niemieckich turystach, którzy wypoczynek na Dominikanie (w Niemczech w swoim czasie bardzo popularnej i dla Niemców atrakcyjnej cenowo) spędzali głównie przy darmowych barach, upijając się w sztok. Potem zaczęło się mówić o Rosjanach, z kręgu tak zwanych „nowych Ruskich” (czyli jakbyśmy powiedzieli po polsku: nowobogackich), którzy słynęli z wynoszenia posiłków poza restauracje (czego w all inclusive robić nie wolno i co jest naprawdę gigantycznym obciachem).

Turyści fotografują słonie podczas safari w ramach wycieczki all inclusive
Fot. Depositphotos

Skąd wzięła się zła opinia

Sądzę, że zła opinia, jaką u niektórych osób ma formuła all inclusive pochodzi raczej z miejskich legend, ewentualnie jest wspomnieniem z tych dawniejszych czasów, kiedy możliwość zjedzenia i wypicia wszystkiego, co znajduje się w wielkiej sali restauracyjnej wydawała się wielu gościom obłędnie atrakcyjna i decydowali się iść za dziecięcą rymowanką mówiącą: „wilcze oczy, wilcze gardło, co zobaczy, to by zżarło” (znałem jeszcze drugą wersję: „popie oczy, popi wóz, co zobaczy, to by wiózł”).

Pijani turyści to nie reguła 

Ale z własnego doświadczenia, jako uczestnik kilkunastu wyjazdów all inclusive w Europie, Azji i Afryce, wyobraźcie sobie, że nie mogę przypomnieć sobie żadnych koszmarów. Nigdy nie widziałem pijanych, awanturujących się gości (lekko podchmielonych czy głośniej mówiących – owszem, ale to przecież żadna zbrodnia), bardzo rzadko widziałem ludzi wynoszących coś z sal restauracyjnych (ostatnio była to sCzeszka w podeszłym wieku, która wypełniła torebkę pomarańczami). Ba, wśród pasażerów samolotów tylko raz widziałem, aby stewardesa zwróciła komuś uwagę na złe zachowanie i była to młoda Greczynka, popijająca cichcem własne wino z flaszki.

Mieszkałem zarówno w dużych, jak i nieco mniejszych hotelach, za współtowarzyszy miałem ludzi przeróżnych nacji (czasami Polaków było mało, czasami więcej) i o nikim nie mogę powiedzieć, że zachowywał się tak nagannie, że odechciewało się wakacji. Nie widziałem również żadnych zachowań agresywnych, wulgarnych czy obscenicznych. Naprawdę ludzie nie są tacy źli, jak niektórzy sobie to wyobrażają. I nawet, jeśli oferować im możliwość nieskończonego picia nieograniczonych ilości alkoholu, to wcale z niej nie korzystają!  

Wojna o leżaki

Jest jedna kwestia, która budzi od wielu, wielu lat bardzo duże emocje. To rezerwacja leżaków. Często internauci szydzą z gości, którzy budzą się z samego rana i pędzą na basen albo plażę, żeby przykryć leżak ręcznikiem i w ten sposób zarezerwować go. Oczywiście może to wywołać potem awantury, kiedy ktoś inny, widząc taki pusty leżak, zrzuci z niego ręcznik i sam usiądzie.

Ten zwyczaj rezerwowania leżaków wcale nie jest polską domeną, bo w ten sposób postępować starają się przedstawiciele wszystkich nacji. Hotele z owym kłopotem radzą sobie jedne, lepiej drugie gorzej. W niektórych jest tak wiele miejsc leżakowania, że po prostu problem nie istnieje, skoro podaż przewyższa popyt, w innych z kolei fantastycznie działa obsługa, która z takiego „zarezerwowanego” leżaka bardzo szybko zdejmuje wszystkie rzeczy i zanosi je do schowka. Tak więc, kiedy czytam na forach internetowych o problemie leżakowym, to wydaje mi się on częstokroć nadmiernie demonizowany.

Hotel to nie więzienie turysty

Wiele osób słysząc sformułowanie „all inclusive” od razu odpowiada: „nic nie robią poza żarciem, chlaniem i siedzeniem na basenie”. I znowu jest to spore przekłamanie (chociaż nie mówię, że takich osób nie ma!). Przede wszystkim all inclusive nie oznacza, że musimy siedzieć cały czas na terenie hotelu. 

Jako częsty uczestnik wakacji w tej formule przyznam, że harmonogram dwutygodniowego pobytu mam zwykle tak zapełniony różnymi fajnymi wydarzeniami (czy to sportowymi, czy turystycznymi), że zwyczajnie czasami tęsknię za tym, żeby spokojnie poleżeć na plaży lub na basenie. 

Ale nie wyobrażam sobie, żeby robić to cały czas i żeby nie poświęcić czasu na aktywności pozahotelowe. Bo to przecież z nimi zazwyczaj wiążą się najciekawsze wspomnienia, tak jak w moim przypadku brawurowe pokonanie kilkunastokilometrowego górskiego wąwozu Samaria, kilkudniowe zwiedzanie Wysp Kanaryjskich kabrioletem (z podziwianiem tych fantastycznych plenerów, jakby wyjętych z filmu science-fiction), czy odważne dowodzenie łodzią raftingową na górskiej rzece lub wiele nurkowań w różnych miejscach na świecie (zwłaszcza interesujące było to, w którym instruktor wyciągał mnie z głębiny, bo zacząłem tonąć). A nie mówię już o zwiedzaniu miast, czy muzeów, co może się wydawać banalne, ale ja to naprawdę lubię i zawsze mam uwzględnione w planach.

Wakacje all inclusive: z dala od kuchni

Dlaczego doceniam wczasy all inclusive? Bo nie muszę marnować czasu na własnoręczne przyrządzanie posiłków albo na chodzenie do restauracji (co w niektórych miejscach bywa zresztą bardzo kłopotliwe z powodów logistycznych). A poza tym samo korzystanie z obficie zaopatrzonego szwedzkiego stołu zawsze uważałem za przyjemne, gdyż można spróbować przeróżnych dań i potem w podzielić się w rodzinie uwagami, co jest pyszne, a co niejadalne, co nam się wydało dziwaczne, a co pozytywnie zaskoczyło smakiem i tak dalej i tak dalej.

Niestety w bardzo ograniczonym stopniu korzystam z tej fantastycznej opcji, jaką jest w „all inclusive” darmowy alkohol.  Myślę, że kiedy byłem w liceum czy na studiach, to z kolegami i koleżankami byśmy w takiej sytuacji rzadko odchodzili od baru! Ale teraz? Jakoś perspektywa całodniowego picia i następnego dnia leczenia kaca kolejnym całodniowym piciem wydaje mi się dzisiaj naprawdę mało pociągająca. Zwłaszcza, kiedy przyjechało się do miejsca, gdzie jest tak wiele interesujących rzeczy do zobaczenia czy zbadania. Ech, starość…

Male biura, większa przygoda

Jak Państwo widzicie, staram się odczarować trochę to szydercze podejście do „all inclusive” i udziału w turnusach organizowanych przez wielkie biura podróży. Ale chętnie przyznaję, że istnieje wiele równie atrakcyjnych form spędzania wakacji. 

Do tych, które wydają mi się najciekawsze należy udział w wycieczkach organizowanych przez małe, wyspecjalizowane firmy, które koncentrują się konkretnym kraju czy regionie. Organizują one często wczasy dla zaledwie kilkunastu osób, ale prowadzone przez świetnych przewodników i z atrakcyjnym programem, zazwyczaj dużo mniej standardowym i banalnym niż programy wielkich biur podróży.

Tak czy inaczej, niezależnie czy wybierzecie wielką agencję, małą firmę czy wyjazd indywidualny, to bawcie się dobrze i przywieźcie dobre wspomnienia! Lato tak krótko trwa…

Przeczytaj również: Jacek Piekara: podróżujemy wszędzie. Ale czy jeszcze widzimy świat?


Zapraszamy do: ksiegarnia.holistic.news

Życzymy udanych zakupów!
Redakcja

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Jacek Piekara

Dziennikarz


Jacek Piekara: jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy fantasy, dziennikarz i publicysta. Autor głośnego „Cyklu Inkwizytorskiego”, kilkudziesięciu książek, całego szeregu opowiadań. Współpracował również z prasą branżową i popularną, w tym z czasopismami „Click!” i „Gambler”. Poza literaturą Piekara zajmuje się scenariuszami do gier komputerowych i publicystyką.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.