Rozmowy
„Dzieci płakały, więc wyjeżdżał w nocy”. Pisarz o cenie himalaizmu
29 kwietnia 2026

Maj w PRL nie był tylko miesiącem konwalii i pierwszych upałów. Był też czasem przymusowych pochodów, wszechobecnej propagandy i wydarzeń, o których oficjalnie milczano. Jacek Piekara wraca do wspomnień, które dziś brzmią jak opowieść z zupełnie innej rzeczywistości.
Maj zawsze był dla mnie miesiącem wyjątkowym, gdyż w maju obchodzę urodziny. Co prawda kiedyś uważałem go z tego powodu za miesiąc radosny i imprezowy, a teraz spoglądam na każdą taką datę raczej z ogromnym smutkiem, gdyż mknące lata i ciągle rosnące cyferki nie są powodem do radości.
Niemniej, obiektywnie patrząc, maj w Polsce jest świetnym miesiącem. Przyroda już gwałtownie i na wszystkich polach podnosi się do życia (konwalie, ach, konwalie!), lato nadchodzi pełną parą, bo temperatury potrafią dochodzić do 30 stopni.
Krótko mówiąc, po zimowej i wczesnowiosennej szarówie i chlapówie, maj często bywa jasnym, orzeźwiającym podmuchem zbliżającego się lata. Ale w maju, oprócz tej wybitnej daty, jaką są moje urodziny, miały miejsce przeróżne inne wydarzenia, silnie wpływające na życie ludzi do niedawna lub nawet do dzisiaj.
Jako „dziecko komuny”, a więc osoba wychowana i dorastająca w PRL, nie mogłem nie zauważyć pochodów pierwszomajowych z okazji Święta Pracy. Ba, jako uczeń szkoły podstawowej chętnie w nich uczestniczyłem, gdyż wiązały się z miejską zabawą i wielkim jarmarkiem. Dla dzieci nie był to tylko nudny pochód polityczny, czy manifestacja systemowej lojalności, lecz możliwość fajnej rozrywki i kupienia różnych przedmiotów, zazwyczaj niedostępnych czy trudno dostępnych w sklepach.
Z kolei w szkole średniej (i oczywiście na studiach), kiedy byliśmy napiętnowani i naznaczeni stanem wojennym oraz rozumieliśmy w pełni zbrodnie komunistycznej dyktatury, uczestnictwo w pochodzie pierwszomajowym stanowiło dla nas nie tylko wstydliwy „obciach”, ale wręcz widzieliśmy w tym pochodzie narodową zdradę, a przynajmniej przejaw tchórzliwego oportunizmu.
W latach 80. popieranie władzy, która pałowała i zabijała ludzi na ulicach, tysiące aresztowała, zwalniała z pracy, czy prześladowała na wiele innych sposobów, która całkowicie zlikwidowała wolność słowa, która zamknęła granice państwa, wydawało nam się wyjątkową podłością. Ale to nie znaczy, że od pochodu łatwo było się wymigać.
Z pierwszej klasy liceum pamiętam nawet organizowane na lekcjach wychowawczych próby pochodów, w czasie których maszerowaliśmy po boisku i wznosiliśmy entuzjastyczne okrzyki. Warto też nadmienić, że nieobecność na pochodzie pierwszomajowym (tak samo, jak nieobecność na pracach społecznych) była karana obniżeniem oceny z zachowania.

Dla osób wychowanych w PRL maj kojarzy się również z kolarskim Wyścigiem Pokoju. W dzisiejszych czasach jest to nie do uwierzenia, ale w epoce PRL kolarstwo było wręcz sportem narodowym, a zmagania kolarzy cały kraj śledził z ogromnym napięciem. Co roku, od 1948 roku, w Polsce, Niemieckiej Republice Demokratycznej i Czechosłowacji organizowano Wyścig Pokoju, w którym zmagania trwały kilkanaście majowych dni i prowadziły przez kilkanaście etapów (trasy sięgały ok. 2 tysięcy kilometrów).
Transmisje telewizyjne i radiowe z wyścigu trwały non stop. Wyobrażacie sobie, jak bardzo nudne jest oglądanie przez cztery godziny z hakiem kolarzy jadących w peletonie? Tymczasem w czasie tych transmisji przed telewizorami zastygały miliony Polaków. Ale zastyganie przed telewizorami to jeszcze nic!
Tłumy kibiców ustawiały się na całej trasie przejazdu, a następne tłumy wypełniały stadiony, na których przygotowywano mety etapów. Specyficzną formą bombardowania obywateli relacjami była instalacja głośników na przystankach tramwajowych czy autobusowych. Kibice zbierali się przed działającymi na zewnątrz głośnikami, by na żywo wysłuchiwać relacji z zawodów.
Można bez żadnej przesady powiedzieć, że każdego maja Wyścig Pokoju dominował w PRL jako wydarzenie medialne i społeczne. Szczególne zainteresowanie kibiców budziły odbywające się na stadionach wyścigi na czas oraz tak zwane etapy górskie, które prowadziły przez Karpaty lub Sudety i na których cała dotychczasowa klasyfikacja potrafiła zupełnie się odwrócić.
W Wyścigach Pokoju, obok niezłych kolarzy z Polski, ZSRR, Czech czy NRD, brali też udział amatorzy z Zachodu lub kolarze z takich krajów, jak Kuba czy Mongolia, którzy często przyjeżdżali na metę etapów z wielogodzinnym opóźnieniem. Ponadto do historii przeszły też bitwy na pompki toczone pomiędzy nieznoszącymi się kolarzami polskimi i sowieckimi.
Oczywiście, nie wolno było o tym mówić, gdyż teoretycznie był to wyścig przyjaźni, w którym wszyscy się kochali, a najbardziej należało kochać Rosjan. W praktyce jednak Rosjan i Niemców serdecznie nie znoszono, a polscy kolarze często wdawali się z nimi w bijatyki na trasie,o których dziennikarzom nie wolno było informować.
Kiedy do mojego ojca przyjechał jego kolega, francuski profesor i prawnik, żywo interesujący się kolarstwem, spytałem go, czy widział kiedyś Wyścig Pokoju i pamiętam, jak byłem zdumiony, kiedy zrobił wielkie oczy, bo nigdy o takim wyścigu nawet nie słyszał.
On, tak jak pasjonaci kolarstwa na Zachodzie, śledził Tour de France czy La Vuelta a España, a jakieś prowincjonalne zawody w komunistycznym kraju, w których startowali głównie kolarze z krajów demokracji ludowej i w których nie brał udziału żaden prawdziwy zawodowiec, kompletnie go nie interesowały.
No ale polskich kibiców Wyścig Pokoju angażował bez reszty, a z kolei o zawodowych kolarzach startujących w wyścigach na Zachodzie, nigdy nie słyszeli. Po prostu: dwa światy… A w tym naszym świecie najjaśniej świeciły dwie gwiazdy: Ryszard Szurkowski i Stanisław Szozda. Byli niekwestionowanymi idolami dla wszystkich adeptów kolarstwa, a w czasie podwórkowych wyścigów każdy dzieciak ogłaszał się albo Szurkowskim, albo Szozdą.

Maj w PRL wiązał się z jeszcze jedną datą, tym razem zakazaną. Otóż nie wolno było obchodzić rocznicy Konstytucji 3-go Maja. Obchodów takich zabroniono jeszcze w latach stalinowskich i tego zakazu twardo się trzymano. Z dwóch powodów: po pierwsze Konstytucja była buntem przeciwko hegemonii Rosji, a po drugie była ulubionym, hucznie obchodzonym świętem w II RP. Władze PRL chciały się więc odciąć od narodowej oraz patriotycznej tradycji i 3 maja zakazywano nie tylko pochodów, akademii, czy demonstracji, lecz nawet wywieszania flag narodowych.
Ja sam jestem zdecydowanym przeciwnikiem nadmiernego entuzjazmowania się Konstytucją 3-go Maja. Owszem, jako akt prawny była nowoczesna oraz naprawiała wiele karygodnych błędów popełnionych w epoce I Rzeczpospolitej, wprowadzała rozwiązania mogące znacznie unowocześnić państwo zarówno od strony ustrojowo-politycznej, jak i od społecznej czy ekonomicznej.
Ale te próby reform zakończyły się największą tragedią w dziejach państwa polskiego, a więc rozbiorami i utratą niepodległości na 123 lata. Historycy są zgodni co do tego, że gdyby nie zamieszanie związane z Sejmem Czteroletnim i próbami reform politycznych oraz próbami wyrwania się państwa polskiego spod dominacji rosyjskiej, to do II i III zaboru by nie doszło.
A wtedy doczekalibyśmy epoki napoleońskiej, nadal dysponując wielkim państwem. Przecież po I rozbiorze mieliśmy jeszcze 530 tysięcy kilometrów kwadratowych, a więc ponad 200 tysięcy więcej niż dzisiaj! To jeszcze był kawał solidnego kraju, który przetrwałby nienaruszony do okresu wojen napoleońskich i mógł, nawet jeśli nie odegrać dużą rolę w tych wojnach, to przynajmniej ocalić własną niepodległość. A przyznacie, że Polska bez zaborów, bez tej ponad stuletniej katastrofalnej i krwawej dziury w naszych dziejach, byłaby zupełnie innym krajem również dzisiaj.
Różne były więc te nasze, polskie maje. Warto jeszcze przypomnieć takie daty, jak zamach majowy z 1926 roku, który odcisnął piętno na całej historii II Rzeczpospolitej, czy również majowe zakończenie wojny 1939-1945, które dla niemal całego świata oznaczało wolność i pokój, a dla Polaków kolejną po niemieckiej, tym razem sowiecką, okupację. A poza tym, ze spraw weselszych, 26-maja jest Dzień Matki i nie zapomnijcie o tym święcie pamiętać!
Przeczytaj również: „A może nikogo nie ma?” Jacek Piekara o samotności wśród gwiazd
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: