Nauka
Czasoprzestrzeń jak kryształ. Tak rodzi się mikroskopijna czarna dziura
12 czerwca 2026

Jedni stawiają im pomniki, inni pamiętają groby. W felietonie prowadzącym od antycznych wodzów po współczesne spory o UPA Jacek Piekara pokazuje, jak łatwo narodowa legenda przestaje czcić szlachetność i odwagę, a zaczyna usprawiedliwiać zbrodnię.
Jesteśmy jako gatunek cywilizacją wojny. Nasza historia to nieprzerwane pasmo konfliktów: międzygatunkowych, międzyrasowych, religijnych, ideologicznych, państwowych, społecznych. Walczono o ziemie, o bogactwa naturalne, o prawo do handlu, o niewolników, ale także z powodu urażonej dumy, nadwyrężonego prestiżu, czy po prostu, aby szukać chwały wojennej.
Bohaterowie wojen i bitew byli opiewani przez wszystkie cywilizacje. W wierszach ślepych poetów, recytujących eposy w greckich karczmach, w pieśniach nordyckich skaldów, w utworach prowansalskich bardów, ale również w hinduskich, japońskich czy chińskich dziełach.
Jak nasza planeta długa i szeroka, bohaterstwo było tożsame z wojenną chwałą i pognębieniem wrogów. Bitwy plemienne toczono już w epoce kamienia łupanego, a w epoce brązu przybierały one często już kształt wielkich, długoletnich wojen z użyciem dziesiątków tysięcy żołnierzy.
Z bohaterami wojennymi sprawa nie jest jednak prosta. Bowiem, dla jednej cywilizacji ich cesarz, generał czy książę będzie herosem opiewanym przez poetów i kronikarzy, a dla cywilizacji z nią rywalizującej ten sam wojownik zostanie w pamięci jako najgorszy szubrawiec o długim rejestrze występków oraz zbrodni. Każdy, kto studiuje historię, wie, jak różne są opinie o władcach czy wodzach w zależności od tego, kto owe opinie pisał: czy przyjaciel, czy wróg, czy rodak, czy cudzoziemiec. Jedni idealizują czyny takiego bohatera, inni je deprecjonują.
Pamięć o dawnych, wielkich herosach nadzwyczaj często jest wybiórcza. Pamiętamy wielkie bitwy Aleksandra Macedońskiego czy Juliusza Cezara, nie pamiętamy czy zwracamy mniejszą uwagę na ich zbrodnie oraz katastrofy, do których doprowadzili. Kiedy wspominamy antyczny Rzym, to najczęściej przez pryzmat życia i dokonań poszczególnych cesarzy i ich zwycięstw, ewentualnie teorii sztuki wojennej, mitologii, dzieł historycznych czy literackich, zabytków kultury materialnej, czy wreszcie, w wielu aspektach aktualnej do dzisiaj, teorii prawa.
Rzadziej jednak mówimy o ludobójstwie czy niewoleniu całych narodów, o pustoszeniu nieposłusznych Rzymowi miast i krain, o setkach tysięcy ofiar na arenach cyrkowych, o powszechności i okrucieństwie systemu niewolniczego. Tak to już jest, że w wielu przypadkach pamiętamy pozytywną spuściznę danego czasu i danej cywilizacji, a zapominamy o wydarzeniach z dzisiejszego punktu widzenia, haniebnych.

Kiedy mówimy o dawnych państwach i dawnych bohaterach, to zazwyczaj wieki, które upłynęły od ich narodzin i śmierci pozwalają nam nie podchodzić aż tak emocjonalnie do ich uczynków. Owszem, znam osoby, które reagują alergicznie na to, że w Mongolii czci się pamięć Czyngis-chana, jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości, autora i wykonawcę planowych ludobójstw obejmujących całe państwa.
Ale powiedzmy sobie szczerze, że u znakomitej większości ludzi pomniki Czyngis-chana czy innych mongolskich wodzów nie wywołają niczego poza zaciekawieniem. Po pierwsze, zbyt wiele pokoleń upłynęło od ich zbrodni, a po drugie zdajemy sobie sprawę, iż historia niemal wszystkich państw obfitowała w masowe rzezie, w tym rzezie ludności cywilnej.
I być może Mongołowie czynili to z największym rozmachem i wzbudzali największe przerażenie z uwagi na ogrom swego imperium i bezwzględność wojenną, lecz jednak oceniamy ich jako przedstawicieli swojej epoki – epoki, w której niewyobrażalne okrucieństwo stanowiło powszechne doświadczenie.
Im bardziej zbliżamy się do czasów nam współczesnych, tym gorętsze stają się dyskusje dotyczące kwestii etycznych. I chociaż życie generała (a później cesarza) Napoleona Bonaparte zwykle omawiamy przez pryzmat jego wojen i niezwykłej sztuki dowodzenia, to jednak coraz więcej zarówno historyków, jak i zwykłych ludzi, niezbyt chętnie zapatruje się na kult, jakim jest w wielu kręgach otoczony ten władca.
Wskazują na zrujnowanie Europy, na wyginięcie całych pokoleń, na sięgające setek tysięcy ludzi straty bitewne, wreszcie na bestialskie traktowanie ludności cywilnej przez francuską armię (np. w czasie okupacji Hiszpanii). Stąd też ów kult wydaje im się przede wszystkim nieetyczny.
Prawdziwe problemy zaczynają się wtedy, kiedy w jednym narodzie pamięć o krzywdach zadanych przez wodza drugiego narodu jest bardzo, bardzo świeża. Wyobrażam sobie, że Ormianom trudno patrzeć na niemal boską cześć, jaką w Turcji jest otaczany Kemal Ataturk, polityk i generał, który starał się tuszować i bagatelizować ludobójstwo półtora miliona Ormian (w latach 1915-1917). I chociaż nie odpowiadał za nie osobiście, to jednak później prowadził podobne działania zarówno przeciwko Ormianom, jak i Grekom, w czasie których masowo torturowano i zabijano bezbronną ludność cywilną.
Żyjąc w cywilizacji, w której wszyscy ciągle toczyli wojny ze wszystkimi, trzeba pogodzić się z faktem, że nasi sąsiedzi i dawni wrogowie będą czcić ludzi, którzy z nami walczyli, a z kolei my będziemy otaczać szacunkiem i pamięcią naszych wodzów.
Tak na przykład w Rosji świętem państwowym jest data wyzwolenia Moskwy spod polskiej okupacji (było to w 1612 roku). Tak samo my mamy prawo cieszyć się z polsko-litewskiego zwycięstwa nad Krzyżakami pod Grunwaldem, chociaż dla Niemców jest to gorzka pigułka do przełknięcia.
Jest jednak pewna granica, po której przekroczeniu musimy wyrazić najostrzejszy sprzeciw i oburzenie. Granicą to jest uznawanie za bohaterów ludzi odpowiedzialnych za współczesne ludobójstwo. Trudno mi sobie wyobrazić, że dzisiejsi Niemcy nagle uznają za bohaterów Hitlera, Himmlera, czy Eichmanna, budują im pomniki, nazywają ich imieniem ulice, czy czynią z nich patronów jednostek wojskowych lub instytucji publicznych. A niestety dokładnie taka właśnie rzecz dzieje się obecnie na Ukrainie.
Ukraińcy są narodem z ubogą historią państwową, niewiele mają rodzimych wzorców etycznych, militarnych czy kulturowych, by z nich czerpać. Niestety, zamiast zbudować nową pozytywną mitologię opartą na bohaterach obecnej wojny z Rosją, zdecydowali się postawić na najbardziej haniebną, ludobójczą przeszłość związaną z Ukraińską Powstańczą Armią. Była to organizacja militarna, nie narodowa, nie nacjonalistyczna czy nawet nie szowinistyczna, ale po prostu nazistowska.
Stworzona do jednego celu: planowego oczyszczenia etnicznego terenów, które Ukraińcy uważali za swoje. Zadaniem UPA nie była bynajmniej walka z Sowietami, lecz wymordowanie wszystkich ludzi obcego pochodzenia (Polaków, Rosjan, Żydów): dorosłych, kobiety, dzieci, niemowlęta, starców.
I również wymordowanie własnych rodaków, którzy będą się temu ludobójstwu sprzeciwiać. I właśnie takiej masakry UPA dokonała, zabijając (często po okrutnych torturach) co najmniej 120 tysięcy bezbronnych polskich cywili.
Oczywiście, można powiedzieć, że każde państwo ma suwerenne prawo do hołdowania kogo chce. To prawda. Ale jego sąsiedzi mają wtedy również suwerenne prawo do wyciągnięcia konsekwencji wobec podobnego postępowania. I w przypadku Ukrainy powiedzenia, że w europejskiej cywilizacji nie ma miejsca dla państwa i narodu, który czci ludobójstwo oraz zbrodniarzy.
Nie zbrodniarzy antycznych, czy historycznych, lecz całkowicie współczesnych. Których zbrodnie są jeszcze pamiętane przez naocznych świadków. Dlatego ustępstwa wobec budowanej na ludobójstwie, ukraińskiej polityki historycznej oznaczają pogardę dla pamięci ofiar.
Nieustępliwa postawa wobec nazistowskich sympatii współczesnej Ukrainy powinna być obowiązkiem każdej polskiej władzy, niezależnie czy wywodzi się ona z prawej, czy lewej strony. Wynika to nie tylko z obowiązku politycznego, lecz przede wszystkim z obowiązku moralnego.
Przeczytaj również: „Stare dobre czasy”? Jacek Piekara przypomina, jak było naprawdę




***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: