Nauka
Mózg chory, ale pamięć działa. Nowy trop w chorobie Alzheimera
15 maja 2026

Jeszcze sto lat temu wojna miała swój ponury, ale jednak rozpoznawalny rytuał. Schemat był następujący: wróg, mobilizacja, ultimatum albo deklaracja wojny. Państwo mówiło obywatelom: od dziś jesteśmy w stanie wojny. W języku prawa, dyplomacji i polityki oznaczało to swoiste przekroczenie Rubikonu. Dziś Rubikon nadal się przekracza, tylko nikt nie chce przyznać, że właśnie stoi po drugiej stronie rzeki.
Żyjemy w epoce „niby wojen”: konfliktów prowadzonych bez formalnego wypowiedzenia wojny, za pomocą dronów, cyberataków, rakiet, sankcji, sabotażu, najemników (nie tak dawno temu tzw. zielonych ludzików), prowokacji i operacji psychologicznych. Państwa uderzają, ale „nie eskalują”. Bombardują, ale „odpowiadają proporcjonalnie”. Wysyłają wojska, ale „nie prowadzą wojny”. Atakują infrastrukturę, ale „nie biorą odpowiedzialności”. Finansują zbrojne bojówki, ale „nie są stroną konfliktu”.
To właśnie tu przebiega najważniejsza granica współczesnej wojny. Nie między frontem a zapleczem, lecz między sprawstwem a odpowiedzialnością. Formalnie wojny nie ma, ale jej skutki ponoszą dziesiątki tysięcy ludzi.
Można tu przywołać klasyczne, żartobliwe powiedzenie z Radia Erewań mówiące, iż „Wojny naturalnie nie będzie, ale rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie kamień na kamieniu”. Najbardziej klasyczny przykład dała Rosja, która pełnoskalową inwazję na Ukrainę nazwała „specjalną operacją wojskową”. 24 lutego 2022 roku Władimir Putin ogłosił działania wojskowe przeciw Ukrainie, mówiąc o „demilitaryzacji” i wzywając ukraińskich żołnierzy do złożenia broni — ale nie wypowiadając wojny państwu, które właśnie zaatakował.
To nie tylko gra słów. To nowy model wojny, w którym język stał się elementem uzbrojenia. „Operacja”, „odpowiedź”, „denazyfikacja”, „misja”, „uderzenie prewencyjne”, „działanie antyterrorystyczne”, „akcja stabilizacyjna” — wszystkie te pojęcia mają osłabić moralną i polityczną wagę przemocy. Nie chodzi o to, by nie prowadzić wojny. Chodzi o to, by prowadzić ją tak, aby możliwie długo unikać ceny, jaką trzeba zapłacić za jej nazwanie.
Formalnie stary porządek jeszcze istnieje. Konwencja haska z 1907 roku stanowiła, że działania wojenne między państwami nie powinny rozpoczynać się bez uprzedniego i jednoznacznego ostrzeżenia: wypowiedzenia wojny albo ultimatum z warunkowym wypowiedzeniem wojny. Po II wojnie światowej Karta Narodów Zjednoczonych poszła jeszcze dalej: państwa członkowskie mają powstrzymywać się od groźby lub użycia siły przeciw integralności terytorialnej i politycznej niezależności innych państw.
W teorii więc wojna została prawnie ujarzmiona, zdelegalizowana. W praktyce — została semantycznie przemianowana. Inna sprawa, że wiara w powstrzymanie wojen kartą ONZ od początku musiała wydawać się naiwna i skazana na porażkę.
Paradoks polega na tym, że im bardziej prawo międzynarodowe delegitymizowało agresję, tym bardziej agresorzy nauczyli się udawać, że agresji nie ma. Kiedyś państwo wypowiadało wojnę, ponieważ wojna była dopuszczalnym instrumentem polityki. Dziś państwo wojny nie wypowiada, ponieważ wojna ofensywna stała się prawnie i moralnie podejrzana. Zamiast zrezygnować z przemocy, reżimy zrezygnowały z uczciwego języka.
Bliski Wschód jest dziś laboratorium tej epoki. Konflikt nie mieści się już w prostym schemacie: Izrael kontra Hamas, USA kontra Iran, sunnici kontra szyici, państwo kontra organizacja terrorystyczna. To wielowarstwowa sieć przemocy, w której Liban, Syria, Irak, Jemen, Zatoka Perska i globalne szlaki handlowe tworzą jeden system naczyń połączonych. Iran przez lata budował sieć pełnomocników: Hezbollah w Libanie, bojówki w Iraku, Hutich w Jemenie, struktury operujące w Syrii.
Dzięki temu może prowadzić presję strategiczną, nie zawsze występując jako formalna strona wojny. Izrael odpowiada uderzeniami punktowymi, nalotami, operacjami specjalnymi i atakami na infrastrukturę wojskową przeciwnika. Każdy udaje, że kontroluje eskalację. Każdy gra na granicy pożaru.
W kwietniu 2024 roku Iran przeprowadził bezprecedensowy atak na Izrael z użyciem dronów, pocisków manewrujących i rakiet balistycznych. Według izraelskich danych skala ataku obejmowała około 170 dronów, 30 pocisków manewrujących i 120 rakiet balistycznych; broń nadlatywała nie tylko z Iranu, lecz także z kierunków powiązanych z Irakiem, Libanem i Jemenem. Iran przedstawiał uderzenie jako odwet za atak na irański obiekt dyplomatyczny w Damaszku.
To modelowy przykład „niby wojny”: państwo atakuje inne państwo, ale przedstawia to jako ograniczoną, niemal proceduralną odpowiedź. Uderzenie ma być wystarczająco duże, by wysłać sygnał, ale nie tak duże, by wymusić pełnoskalową wojnę. W praktyce jest to wojna komunikatów prowadzona środkami wojskowymi.
Jeszcze bardziej charakterystyczny jest przypadek Morza Czerwonego. Huti, jemeński ruch wspierany przez Iran, od końca 2023 roku atakowali statki handlowe, oficjalnie przedstawiając swoje działania jako presję związaną z wojną w Gazie. Skutek wykroczył jednak daleko poza region: zaburzone zostały szlaki handlowe przez Morze Czerwone i Zatokę Adeńską, armatorzy zaczęli omijać Kanał Sueski, a globalny handel otrzymał kolejny koszt politycznej niestabilności.
Międzynarodowa Izba Żeglugi wskazywała, że ataki na Morzu Czerwonym dołączyły do zakłóceń w basenie Morza Czarnego i Kanale Panamskim, zmieniając przepływy handlu morskiego w 2024 roku. Tu wojna nie potrzebuje już zajęcia stolicy ani przełamania frontu. Wystarczy dron, rakieta, mina morska albo groźba uderzenia w kontenerowiec, aby zaburzyć rytm globalizacji.

Dron jest zresztą symbolem naszych czasów. Tani, dostępny, trudny do przypisania, łatwy do użycia przez państwo, milicję, grupę terrorystyczną albo półprywatną strukturę zbrojną. Dron demokratyzuje przemoc, ale zarazem zamazuje odpowiedzialność. Rakieta wystrzelona przez państwową armię ma adres zwrotny.
Dron odpalony przez „lokalnych bojowników” może być politycznie bezpański, nawet jeśli technologia, pieniądze i instruktorzy przyszli z zewnątrz. Doświadczyła tego między innymi Polska, która musiała zmagać się z identyfikacją pocisków i dronów, które naruszały naszą przestrzeń powietrzną, niekiedy powodując dramatyczne szkody (Przewodów i śmierć dwóch ludzi), do których nikt nie chciał się przyznać. W tym sensie nowoczesna wojna przypomina spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością: zyski strategiczne są realne, ale odpowiedzialność księgowana jest poza bilansem.
Nie jest to jednak zjawisko całkowicie nowe. Historia zna wojny bez nazwy, wojny zastępcze i konflikty prowadzone w cieniu oficjalnej dyplomacji. Wojna koreańska przez administrację Harry’ego Trumana była określana jako „policyjna akcja” pod auspicjami ONZ, a nie klasyczna wojna wypowiedziana przez Kongres USA.
Wojna w Wietnamie również rozrosła się na podstawie polityczno-prawnych konstrukcji, zwłaszcza rezolucji tonkińskiej, która pozwoliła prezydentowi USA używać siły bez formalnej deklaracji wojny. Zimna wojna była z kolei jednym wielkim systemem konfliktów zastępczych: Korea, Wietnam, Afganistan, Angola, Nikaragua, Bliski Wschód. Supermocarstwa rzadko walczyły bezpośrednio, bo bezpośredniość groziła końcem świata.
Różnica polega na skali, prędkości i rozproszeniu. Dawniej wojna zastępcza była zwykle geograficznie ograniczona i politycznie czytelna. Dziś konflikt jest jednocześnie lokalny i globalny. Rakieta spada w Donbasie, ale jej konsekwencje widać w cenach gazu, budżetach obronnych i inflacji żywności. Atak Hutich na statek w pobliżu Jemenu wpływa na koszty transportu w Europie. Cyberatak na ukraińską infrastrukturę staje się testem odporności całego Zachodu. Uderzenie w rafinerię, port albo kabel podmorski może być jednocześnie aktem wojskowym, ekonomicznym i psychologicznym.
Wojna na Ukrainie pokazała to szczególnie wyraźnie. Rosja prowadzi klasyczną agresję terytorialną: zajmuje ziemię, niszczy miasta, atakuje infrastrukturę, morduje cywilów. Ale opakowała ją w język „operacji specjalnej”, „denazyfikacji”, „obrony rosyjskojęzycznej ludności” i rzekomej walki z NATO. To nie tylko propaganda wewnętrzna.

To narzędzie prawne i psychologiczne. Skoro nie ma wojny, nie ma też pełnej mobilizacji odpowiedzialności. Skoro to „operacja”, można ją przedstawiać jako techniczne zadanie aparatu państwa. Skoro to „obrona”, można agresję sprzedać jako reakcję.
Ten model ma jeszcze jedną cechę: wojna psychologiczna staje się równie ważna, jak wojna kinetyczna. Celem nie jest wyłącznie zniszczenie infrastruktury przeciwnika, lecz także zmęczenie jego społeczeństwa, skłócenie sojuszników, zniechęcenie opinii publicznej, rozbudzenie paniki na rynkach i wytworzenie wrażenia nieuchronności.
Rosja straszy eskalacją nuklearną, Iran demonstruje zasięg swoich rakiet, Hezbollah testuje izraelską obronę, Huti pokazują, że nawet biedny, zniszczony wojną Jemen może zakłócić globalny handel. W tym świecie informacja, obraz i strach są amunicją.
Czy zniknął kodeks wojny? W pewnym sensie tak. Nie chodzi o to, że dawniej wojny były rycerskie, czyste i uczciwe. To sentymentalna bajka. Wojny zawsze były brutalne, cyniczne i pełne kłamstw. Ale istniały pewne formalne progi: deklaracja, mobilizacja, traktat pokojowy, kapitulacja, okupacja, granica między wojną i pokojem. Dziś ten próg się rozmył. Nie ma pokoju, ale nie ma też wojny. Jest „stan pomiędzy”: permanentna presja, dozowana eskalacja, szantaż energetyczny, cybernetyczny i migracyjny, sankcje, kontrsankcje, ataki na łańcuchy dostaw, operacje dezinformacyjne.
To odpowiada duchowi epoki. Żyjemy w świecie, który nie lubi odpowiedzialności i niechętnie nazywa rzeczy po imieniu. Politycy wolą „wyzwania” od kryzysów, „korekty” od porażek, „relokacje” od przymusu, „incydenty” od ataków. W dyplomacji ten język staje się szczególnie niebezpieczny. Jeżeli wszystko jest incydentem, nic nie jest agresją. Jeżeli wszystko jest operacją, nic nie jest wojną. Jeżeli każdy sprawca ma pięć warstw pośredników, nikt nie jest winny.
Ale byłoby naiwnością uznać to wyłącznie za przejaw słabości moralnej naszych czasów. To także wyrachowana strategia. Wojna bez wypowiedzenia daje agresorowi trzy korzyści. Po pierwsze, opóźnia reakcję przeciwnika, bo demokracje długo spierają się, czy dana granica została już przekroczona. Często te dysputy odbywają się ze szkodą dla ofiary – warto przypomnieć sobie jak długo Europa deliberowała nad przekazywaniem Ukrainie broni dalekiego zasięgu, a USA długo nie dawało Ukrainie zielonego światła na uderzanie w głąb Rosji zmuszając obrońców jedynie do parowania ciosów.
Dziś to wszystko odeszło do lamusa — niedawno Ukraina zniszczyła kilka nowoczesnych rosyjskich samolotów tysiące kilometrów od granicy ukraińsko-rosyjskiej. I co? I nic. Po drugie, wspomniana taktyka utrudnia zastosowanie prawa międzynarodowego, bo sprawca chowa się za „ekspozyturami”, „separatystami”, „ruchem oporu” albo „niezidentyfikowanymi sprawcami”. Po trzecie, pozwala prowadzić eskalację schodkową: krok po kroku, testując próg bólu przeciwnika.
Największym ryzykiem „niby wojen” jest właśnie błąd kalkulacji. Jeśli wszyscy grają w przeciąganie liny i wszyscy zakładają, że druga strona nie chce pełnej wojny, wystarczy jeden fałszywy ruch, jedna rakieta za daleko, jeden dron w złym miejscu, jeden cyberatak z ofiarami cywilnymi, aby konflikt wymknął się spod kontroli.
Historia zna takie momenty: lipiec 1914 roku był w dużej mierze katastrofą błędnych założeń, opóźnionych decyzji i mechanizmów sojuszniczych, których nikt nie potrafił już zatrzymać. Dzisiejszy świat jest szybszy, bardziej połączony i bardziej nerwowy. Kryzys, który kiedyś rozwijał się tygodniami, dziś może eskalować w godzinach.
Do czego może to doprowadzić? Do świata permanentnej „półwojny”. Nie takiej, w której czołgi codziennie przekraczają granice, ale takiej, w której państwa stale żyją pod presją: energetyczną, informacyjną, wojskową, technologiczną i finansową. Granica między frontem a zapleczem zniknie. Port, kabel, satelita, giełda, system bankowy, elektrownia, serwerownia i telefon obywatela staną się elementami pola walki. Społeczeństwa będą coraz częściej uczestnikami konfliktu, nawet jeśli formalnie ich państwo nie będzie w stanie wojny.
W tym sensie „niby wojny” są emanacją naszych czasów: epoki niejednoznaczności, algorytmów, globalnych zależności i politycznej asekuracji. Ale są też bardzo starą rzeczą w nowym kostiumie: próbą zdobycia przewagi bez ponoszenia pełnej ceny. Kłamstwo, mgła, pośrednicy i przeciąganie liny zawsze były częścią polityki siły. Nowość polega na tym, że technologia pozwala dziś rozprowadzić konflikt po całym systemie światowym, a język pozwala udawać, że to nadal nie wojna.
Najważniejsze pytanie brzmi więc nie: czy wrócą formalne wypowiedzenia wojny? Raczej nie wrócą, bo współczesne państwa wolą elastyczność od jasności. Pytanie brzmi: czy demokracje nauczą się reagować na agresję, zanim agresor sam łaskawie nazwie ją wojną? Jeśli odpowiedź będzie negatywna, przyszłość może należeć do tych, którzy najlepiej opanowali sztukę przemocy bez podpisu. A wtedy pierwszym zwycięstwem agresora nie będzie zdobyte terytorium, lecz przekonanie świata, że właściwie nic szczególnego się nie stało.
Przeczytaj również: W razie wojny nie opuścisz Polski. Mobilizacja będzie błyskawiczna






***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: