Cisza, która leczy i pustka, która niszczy. Dwa oblicza nudy

Grafika symbolizująca dwa oblicza nudy - destrukcyjne i twórcze

W kulturze Zachodu nuda zajmuje miejsce osobliwe. Ani to grzech, ani cnota. A jednak każdy, kto choć przez chwilę zatrzymał się w biegu, wie, że potrafi być ona doświadczeniem zaskakująco dotkliwym. Istnieją jednak dwa oblicza nudy, a jedno z nich warto wręcz pielęgnować.

Co się dzieje, gdy nie dzieje się nic

Powiedzenie, że czas się dłuży, to tylko bezpieczny eufemizm. Prawda jest taka, że nuda to cichy, systematyczny atak na spójność naszego „ja”. Współczesny świat zbudował potężny system obronny przed tym stanem. Ekrany, powiadomienia, algorytmy podsuwające kolejne treści, automatyczne odtwarzanie następnego odcinka serialu. Cel jest jeden: nie dopuścić do momentu, w którym nic się nie dzieje.

Dlaczego? Bo w tym „nic” zaczyna dziać się coś fundamentalnego. Człowiek zostaje postawiony sam wobec własnego czasu. Dla wielu osób taka sytuacja – brak ram aktywności i narzuconego celu – jest nie do zniesienia.

W 2014 roku psycholog Timothy Wilson przeprowadził na Uniwersytecie Wirginii głośny eksperyment. Okazało się, że znaczny odsetek badanych wolałby zaaplikować sobie bolesne porażenie prądem, niż spędzić kilkanaście minut w pustym pokoju, sam na sam z własnymi myślami. Jeden z uczestników wolał porazić się kilkadziesiąt razy, byle tylko zająć czymś uwagę. To w pewnym sensie diagnoza naszej współczesności.

Pustka, która popycha do ucieczki

Nuda nie jest jednak ani jednoznacznie dobra, ani jednoznacznie zła. Jest raczej formą pustki, która albo wypełnia się czymś toksycznym, albo otwiera nas na coś nowego.

Pierwsze oblicze nudy bywa niebezpieczne. Popycha do panicznej ucieczki – nie do zmiany aktywności na lepszą, lecz do całkowitego zagłuszenia świadomości własnej bezczynności. Stąd bierze się alkohol, praca do granic wyczerpania, kompulsywne zerkanie na ekran telefonu, toksyczne relacje czy objadanie się. Wszystko jedno co, byle tylko uciszyć pytanie, które w ciszy zaczyna brzmieć najgłośniej: po co to wszystko?

Psychologia kliniczna od dawna wskazuje na powiązania między chroniczną nudą a stanami depresyjnymi czy uzależnieniami. Ale to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Nuda systemowa: narzędzie państwowej kontroli

Ta sama nuda rodzi też podatność na narracje proste i radykalne. Warto zachować tu precyzję: totalitaryzmy XX wieku nie wyrosły bezpośrednio z nudy. Komunizm czy narodowy socjalizm miały przecież swoje głębokie źródła w ideach, rewolucyjnej przemocy i kryzysach społecznych. Systemy te okazały się jednak absolutnymi mistrzami w zarządzaniu ludzką nudą. Wprowadzano kontrolę nad czasem wolnym, precyzyjnie likwidując przestrzeń na „bycie nieużywanym”. Pochody, masowe zebrania, wieczne wypełnienie czasu wolnego od pracy usankcjonowanym przez władzę czynem.

W państwie totalitarnym nie można było po prostu siedzieć i nie robić nic. Pustka była podejrzana, stawała się potencjalnym przestępstwem. Hannah Arendt w Korzeniach totalitaryzmu zwracała uwagę, że idealnym podłożem pod panowanie nad masami jest izolacja i zniszczenie ludzkiej zdolności do wewnętrznego dialogu, czyli do myślenia, które rodzi się w ciszy. Kto nie znosi własnej pustki, odda wolność za jakikolwiek, nawet najbardziej absurdalny sens podany z góry. Byle tylko przestać być sam na sam ze sobą.

Dwa oblicza nudy: pochwała bycia nieużywanym

Drugie oblicze nudy bywa natomiast zbawienne. To właśnie tutaj kryje się przestrzeń na to, co najcenniejsze: na głębokie czytanie i głębokie słuchanie.

Obie te praktyki z natury rzeczy konfrontują nas z nudą. Powolna lektura, wymagająca zatrzymania się nad jednym zdaniem, niespieszne podążanie za tokiem myśli autora, rezygnacja ze skakania po akapitach – to wszystko wymaga czasu, który nie oferuje natychmiastowej gratyfikacji. Podobnie jest ze słuchaniem muzyki. Nie mówimy tu o trzyminutowych, skrojonych pod algorytmy singlach, ale o wielowarstwowych albumach, symfoniach czy jazzie, które mają swoją dramaturgię, rozwinięcie i powroty.

Takie zasłuchanie i zagłębienie w lekturze wymaga cierpliwości, która na początku przez nasz przebodźcowany mózg odczuwana jest właśnie jako nuda. I to jest ten krytyczny moment, w którym większość z nas pęka: sięga po telefon, przełącza utwór na szybszy, porzuca książkę. Nie wytrzymujemy naporu ciszy.

Strach przed bezczynnością

A jednak to w tej pustce, w tym pozornie jałowym czasie między jednym zdaniem a drugim, między dźwiękiem a kolejną nutą, rodzi się twórcza wyobraźnia. Michel de Montaigne, rezygnując z kariery urzędniczej, zamknął się w wieży swojego zamku, by – jak pisał – po prostu pozwolić swojemu umysłowi stać bezczynnie.

Z tej bezczynności i nudy narodziły się Próby, jedno z najważniejszych dzieł europejskiej humanistyki. Stan, w którym człowiek przestaje być używany przez oczekiwania, nawyki i system każący każdą sekundę zamieniać w produkt – to, co Tomasz Stawiszyński nazywa „byciem nieużywanym” – to chyba najtrafniejsza definicja drugiego oblicza nudy.

Blisko cztery wieki temu Blaise Pascal pisał w swoich Myślach, że całe nieszczęście ludzi wynika z jednej rzeczy: z tego, że nie umieją spokojnie siedzieć w pokoju. Miał na myśli dokładnie to samo, czyli panikę przed bezczynnością. A przecież to w momentach, gdy nic się nie dzieje i nic się od nas nie wymaga, możemy usłyszeć to, co na co dzień zagłusza cyfrowy szum. Może to być własna, zapomniana myśl, może ukryta tęsknota, a może po prostu upragniony spokój.

Dwa oblicza nudy w codziennej pracy

Nuda ma także swój wymiar mocno związany z charakterem naszej codziennej pracy. Doświadczenie pustki zależy bowiem także od tego, czym zajmujemy się na co dzień.

Osoby pracujące koncepcyjnie, na stanowiskach wymagających ciągłej decyzyjności, bezustannie narzekają na brak czasu, przeciążenie bodźcami i nadmiar obowiązków. Ich problemem jest przesyt. Z kolei praca powtarzalna, oparta na zautomatyzowanych, rutynowych czynnościach – jak praca na linii produkcyjnej czy w logistyce – generuje zupełnie inny rodzaj zmęczenia. To nie jest twórczy spokój, lecz monotonia pozbawiona dynamiki.

Monotonia pracy a ucieczka w ekrany

Pracownik wykonujący przez osiem godzin te same, mechaniczne ruchy, paradoksalnie nie ma łatwego dostępu do drugiego oblicza nudy – tej, która pozwala na głęboką refleksję. Jego umysł, choć niezaangażowany w skomplikowane zadania, jest wyczerpany powtarzalnością. Po całym dniu takiej pracy naturalną reakcją obronną organizmu jest poszukiwanie natychmiastowej, niewymagającej wysiłku stymulacji.

To właśnie pułapka współczesnego rynku rozrywki. Najtańsze, najbardziej poręczne i powszechnie dostępne lekarstwo na tę monotonię to smartfon – darmowe aplikacje, media społecznościowe i krótkie filmiki zaprojektowane tak, by dawać natychmiastowe uderzenia dopaminy.

W ten sposób współczesny model konsumpcji podsuwa najprostsze i najbardziej jałowe formy zabijania czasu dokładnie tam, gdzie zmęczenie rutyną jest największe. Zamiast przestrzeni na wyciszenie i autonomiczne myślenie, pojawia się cyfrowy szum, który jedynie maskuje zmęczenie, nie dając w zamian ani minuty prawdziwego odpoczynku.

Cyfrowy smoczek. Jak odbieramy dzieciom wyobraźnię

Ten sam mechanizm ucieczki przed pustką – tylko w znacznie bardziej drastycznej formie – widać dziś w świecie dzieci. Dawniej nuda była naturalnym elementem dorastania. Każdy kilkulatek doświadczał momentów, w których nie było nic do roboty. To właśnie z tej nieznośnej, dziecięcej pustki rodziły się najlepsze pomysły: budowanie baz z krzeseł i koców, rysowanie, wymyślanie skomplikowanych gier z użyciem jednego patyka i trzech kamieni. Nuda była biologicznym silnikiem kreatywności.

Współczesność ten silnik bezlitośnie dławi. Gdy dziś pada sakralne „nudzi mi się”, rodzic – często sam zmęczony i przebodźcowany – odruchowo sięga po najprostsze remedium: ekran. Smartfon czy tablet stały się nowoczesnym, cyfrowym smoczkiem. Działa on natychmiastowo. Ucisza dziecko, zalewając jego niedojrzały układ nerwowy potężną dawką gotowych, kolorowych i głośnych bodźców.

Cena za ten spokój jest jednak ogromna. Psychologia rozwojowa i neurobiologia alarmują: podsuwając dziecku tablet w momencie nudy, odbieramy mu szansę na wykształcenie mechanizmów samoregulacji. Dziecko nie uczy się, jak radzić sobie z frustracją i jak samodzielnie generować myśli czy działania. Jego mózg przyzwyczaja się, że każdy impuls nudy musi zostać natychmiast zaspokojony bodźcem z zewnątrz.

Efekty widzimy później w szkołach i gabinetach psychologicznych: spadek zdolności koncentracji, nieumiejętność dłuższego skupienia się na książce czy zabawie oraz chroniczny niepokój, gdy ekran znika z zasięgu wzroku. Pozwalanie na to, by dzieci się nudziły, by przez te kilkanaście minut „pobyły w pustce” – to dziś tak naprawdę jedno z najtrudniejszych, a zarazem najważniejszych zadań wychowawczych. To w tej strefie dyskomfortu rodzi się bowiem samodzielne myślenie.

Codzienne ćwiczenia z obecności

Na poziomie codzienności chodzi o proste ćwiczenia: postanie w kolejce sklepowej bez wyciągania telefonu z kieszeni, spacer do pracy bez słuchawek w uszach, kilkanaście minut dziennie bez patrzenia w jakikolwiek ekran. Początkowo to boli. Mózg odcięty od dopaminowej kroplówki będzie protestował i domagał się natychmiastowego bodźca. Z czasem jednak ta umiejętność wraca. Nudę, paradoksalnie, da się trenować.

Stan ten ostatecznie pozostaje niejednoznaczny. Próby całkowitego wyeliminowania nudy z życia nie są tylko skazane na porażkę, ale też zwyczajnie niebezpieczne. Prowadzą do egzystencji, która staje się wieczną ucieczką przed brakiem, zamiast spotkaniem z tym, co istotne.

Nuda to jedna z niewielu okazji, w których wciąż możemy usłyszeć najważniejsze pytania: czy to, co robię, ma sens? A może sensu nie ma i muszę go wreszcie zbudować sam?

Søren Kierkegaard pisał, że nuda to demoniczny początek wszelkiego zła. I choć sam filozof szukał lekarstwa na nią w skoku w etykę i wiarę, współczesna psychologia dodaje, że umiejętność wytrwania w nudzie bez ucieczki w bodźce bywa pierwszym krokiem ku wewnętrznej wolności.

Oba oblicza nudy to destrukcyjne i to twórcze – są w nas. Nuda nie jest ani naszym przyjacielem, ani wrogiem. Ten, kto potrafi przy niej usiąść i nie wpaść w panikę, odkrywa nagle coś niezwykłego. Odkrywa, że czas przestał mu się dłużyć. Za to wreszcie zaczął go mieć. A to dziś znaczy bardzo dużo.

Przeczytaj także: Życie na znieczuleniu. Ucieczka przed bólem nas osłabia


Na scenie zobaczysz:

Spotkasz w strefie książek:

***

Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!


Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Radosław Różycki

Zastępca redaktora naczelnego


Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej UW, specjalizujący się w tematyce kultury, literatury i edukacji. Zawodowo zajmuje się słowem. Czyta, pisze, tłumaczy, redaguje. Czasem coś powie. Prywatnie głowa rodziny. Ma doświadczenie pracy w mediach, administracji publicznej, PR i komunikacji, gdzie zajmował się m.in. projektami edukacyjnymi i kulturalnymi. W wolnej chwili lubi dobrą literaturę i mocne dźwięki.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.