Erasmus to najlepszy z projektów UE. Jak zmienił polskich studentów?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Wielka Parada Studentów w trakcie Juwenaliów, Warszawa 2010 r. (LECH GAWUC / REPORTER)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 9 minut „Nie wyobrażam sobie, by polski student, który wraca z Erasmusa, był ksenofobem czy rasistą. Wyjazd zagraniczny otwiera na inne kultury, na różnych ludzi, z którymi się zderzamy. To doświadczenie pozwala nam poznać innych jako ludzi, a nie grupę, której nie potrafimy sobie wyobrazić” – mówi dr hab. Renata Mieńkowska-Norkiene, politolożka z Uniwersytetu Warszawskiego

ŁUKASZ GRZESICZAK: Dobrze wspomina pani swój wyjazd na stypendium w ramach programu Erasmus?

DR HAB. RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE: W roku akademickim 2002/2003 pojechałam na semestr do Niemiec na Reński Uniwersytet im. Fryderyka Wilhelma w Bonn. Wyjazd udało mi się przedłużyć do roku. Mogę się chyba teraz przyznać, że cały rok studiów zrobiłam wtedy w jeden semestr, na drugi przeniosłam się do Berlina, by pracować w Fundacji Konrada Adenauera.

Mój mąż jest Litwinem, poznałam go właśnie na Erasmusie w Bonn, więc jesteśmy małżeństwem z Erasmusa i mamy dziecko, które jest de facto dzieckiem z Erasmusa.  Jak widać stypendium dało mi wiele nie tylko w życiu zawodowym, lecz także osobistym.

Jak zapadła sama decyzja o wyjeździe?

Byłam studentką Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW, dla mnie było zawsze jasne, że chcę wyjechać i studiować za granicą. Moje zainteresowania naukowe skupiały się na Unii Europejskiej, siłą rzeczy bardzo ważne było dla mnie studiowanie gdzieś, gdzie będę miała styczność z tą tematyką. Wybór padł na Niemcy, bowiem chciałam podszlifować język niemiecki. Angielski znałam wtedy bardzo dobrze, wiedziałam, że nad niemieckim muszę popracować. Zresztą zrobiłam to skutecznie, dziś wystąpienia w języku niemieckim nie stanowią dla mnie żadnego problemu.

Od razu wiedziała pani, że chce jechać do Bonn?

To bardzo dobry uniwersytet, wiedziałam, że otrzymam tam wiedzę na bardzo wysokim poziomie. To był czas, kiedy w Bonn swoją siedzibę miała jeszcze część instytucji federalnych, a pod Bonn mieściła się Fundacja Konrada Adenauera z bogatą biblioteką, gdzie mogłam mieć dostęp do literatury specjalistycznej i dokumentów poświęconych procesowi integracji.

Jakby to nie zabrzmiało, bo w Niemczech poznałam męża, ale mój Erasmus to naprawdę bardzo pracowity okres, dużo się tam uczyłam. W Niemczech połączyłam swoje zainteresowania, jako kierunek główny studiowałam nauki polityczne, dodatkowo filologię angielską i psychologię. W jeden semestr zrobiłam aż 60 pkt ECTS, by na drugi przenieść się do Berlina wraz z przeprowadzką fundacji.

Później także z powodów naukowych jeździłam jeszcze na Erasmusa do Wilna, gdzie prowadziłam badania na temat relacji polsko-litewskich. Jako wykładowca akademicki korzystałam z programu Erasmus, by prowadzić zajęcia ze studentami za granicą. Ta mobilność dała mi doświadczenie, którego nie sposób przecenić. 

Stypendium to czas weryfikacji stereotypów na temat Niemiec?

W Bonn byłam jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Siłą rzeczy wówczas w Niemczech na obywateli Polski i całej Europy Środkowo-Wschodniej patrzono nieco podejrzliwie. Dlatego wówczas stereotypy działały w drugą stronę – z niemieckiej na polską. Nam zależało na tym, by te stereotypy zburzyć i pokazać, że my nie niedomagamy, ale jesteśmy po prostu pełnowartościowymi studentami. Rzeczywiście bardzo się starałam. Raczej nie chodziłam na typowe dla studentów Erasmusa zajęcia w języku angielskim, częściej wybierałam te prowadzone w języku niemieckim. Nie ukrywam, że to było dla mnie trudne. Myślę, że wielu studentów dziś tego by nie powtórzyło.

Dzisiejsi studenci są mniej ambitni?

Wielu moich studentów często idzie po linii najmniejszego poru, próbują brać łatwiejsze zajęcia z mniejszą liczbą ECTS, preferują wykłady, a nie ćwiczenia.

Kiedy polscy studenci wracają dziś ze stypendium z Europy Zachodniej często zwracają uwagę, że studia tam były trudniejsze. Za to inaczej poziom studiów oceniają ci studenci, którzy wybrali uniwersytety na Bałkanach, czy Europie Wschodniej. Jedna z moich studentek, która wróciła właśnie z Rumunii opowiadała mi, że panuje tam spory chaos, większy stopień poufałości między studentami i wykładowcami. Relacjonowała, że na tamtejszych uniwersytetach brakuje jasnych zasad, przejrzystych regulaminów, co w Europie Zachodniej jest normą.

Wracając do mojego Erasmusa w Bonn. Byłam w tych uporządkowanych Niemczech i w zasadzie wszystkie moje stereotypy na temat tego kraju się sprawdziły. Wyobrażałam sobie, że będzie tam porządek i tak było.

Parada Schumana promująca idee integracji europejskiej, Warszawa 10 maja 2014 r. (MARIUSZ GACZYŃSKI / EAST NEWS)

A studenci z innych krajów?

Trafiłam do międzynarodowego środowiska, gdzie poznałam ludzi z całego świata, z różnym stylem funkcjonowania, kulturą. W tym obszarze było sporo zaskoczeń. Włosi w bardzo wyluzowany sposób podchodzili do zajęć. Sporo się w tym zakresie zmieniło, bo dziś studenci z tego kraju  na moich zajęciach – prowadzę na UW zajęcia dla międzynarodowych studentów – są o wiele mocniej nastawieni na naukę. Wtedy to wyglądało nieco inaczej.

Wydaje mi się, że to nie jest kwestia zmiany w samych Włoszech, ale zmiana w podejściu studentów do samej nauki. Dziś okres studiów i wymiany międzynarodowej ma służyć przede wszystkim podniesieniu kompetencji językowych i polepszeniu sytuacji na rynku pracy. Kilkanaście lat temu jeździło się przede wszystkim w celu poznania innej kultury – dziś po konkretną wiedzę. Choć jako koordynatorka Erasmusa cenię też ten aspekt mobilności. Nawet jeżeli student nie przywozi ze stypendium bardzo pogłębionej i poszerzonej wiedzy, choć punkty ECTS pokazują, że jednak czegoś się tam nauczył, sam fakt wyjazdu jest dla studenta bardzo ważny.

Dlaczego?

Nie wyobrażam sobie, by polski student, który wraca z Erasmusa, był ksenofobem, rasistą. Wyjazd zagraniczny otwiera na inne kultury, na różnych ludzi, z którymi się zderzamy. To doświadczenie pozwala nam poznać innych jako ludzi, a nie grupę, której nie potrafimy sobie wyobrazić. W tym sensie program Erasmus daje wartość dodaną, która – być może – w żaden sposób nie jest do oszacowania, ale jest ogromnie cenna.

Naturalnie po powrocie z Erasmusa niekiedy moi studenci wskazują na różne problemy, z którymi się zderzyli. Nawet jeżeli są sceptyczni do sytuacji społeczno-politycznej w danym kraju, a stypendium przekonało ich do tego, że najlepiej czują się w Polsce, to wszystko to jest podlane sosem doświadczenia i racjonalności. Ci studenci naprawdę dotknęli po prostu prawdy o jakimś kraju. Ci, którzy nie mieli za sobą doświadczenia wyjazdu, bazują na stereotypach i wypowiedziach innych osób, które często nie mają z prawdą wiele wspólnego.

Pobyt na Erasmusie naprawdę zwiększa szanse studenta na rynku pracy?

Absolutnie tak, to jest jedna z najważniejszych motywacji studentów, ale nie jest to motywacja jedyna. Mam studentów, którzy jeżdżą na Maltę, do Chorwacji, Włoch i nie jest to zawsze wyjazd jedynie po wiedzę i kompetencje. Często studenci jadą tam z partnerami – dostają kawałek studiów za granicą w ciekawym kraju, dodatkowo mają możliwość z dala od domu pobyć z partnerem czy partnerką. Taka samodzielność to bardzo ważny element Erasmusa, nie ma się co na to obruszać, osobiście uważam, że w tej strategii nie ma nic złego, choć nie powinna być jedyną motywacją do wyjazdu.

Co cenią pracodawcy?

Umiejętności językowe, pewną otwartość, elastyczność i umiejętność dostosowania się do warunków. To umiejętności, które studenci na Erasmusie z pewnością nabywają. Podczas studiowania za granicą trzeba się wykazać samodzielnością, trzeba samemu sobie załatwiać wyjazd, wizy, pojechać, poradzić sobie na miejscu w obcojęzycznym środowisku. Tam nie ma rodziców czy kogoś, kto załatwi to wszystko za nas. Jest domniemanie, że taki student uczy się samodzielności, odpowiedzialności, określania priorytetów, zarządzania czasem. To dziś duża wartość w oczach pracodawców, bo kompetencje miękkie są bardzo istotne, niezależnie od wybranej profesji i dalszej specjalizacji. Dodatkowo wybór prestiżowych zagranicznych uczelni i zaliczenie tam okresu swoich studiów jest też świadectwem sporych kompetencji w danej dziedzinie. Z pewnością ten fakt pomaga w dostaniu się na studia doktoranckie, dołączeniu do międzynarodowych projektów.

Kiedyś na Erasmusa jeździli najlepsi. Dziś niemal każdy, kto ma na to chęć. Komisja Europejska przed laty jako jeden z celów programu postawiła, że w 2020 r. poziom uczestnictwa w nim powinien wynosić 20 proc. Czy umasowienie Erasmusa nie jest problemem?

To prawda. Za moich czasów konkurencja do wyjazdu na Erasmusa była o wiele większa niż teraz, wtedy bez średniej 4,5 nie było co marzyć o wyjeździe, za granicą studiowali tylko najlepsi. Dziś moich studentów próbuję na siłę wysłać na Erasmusa, a oni kręcą nosem. Nie muszą wcale wykazywać jakiś wybitnych osiągnięć.

Mnie umasowienie Erasmusa w żadnym wypadku nie martwi. Moim zdaniem każdy student powinien pojechać przynajmniej na jeden semestr na studia za granicę. Erasmus to doświadczenie mobilności, dające nam dodatkowe kompetencje, podczas którego poznajemy kawałek Europy. Był pomysł Komisji Europejskiej, by Erasmusa zlikwidować, spotkało się to z ogromnym oporem. Na szczęście. W kolejnym okresie budżetowym Komisja Europejska na Erasmusa przekaże trzy razy więcej pieniędzy niż obecnie.

Dlaczego?

Erasmus to jeden z projektów europejskich, który osiągnął największy sukces. On działa i promuje europejskie wartości i tworzy Europejczyka ze świadomością praw człowieka i tego, że gdzieś jeszcze istnieje życie poza „planetą Polska”. W dobie globalizacji człowiek, który zamyka się na poletku własnego kraju i pielęgnuje narodowe podejście – nie ma w tym nic złego, gdy przyjmuje to postać patriotyzmu, ale zamykanie się na świat zewnętrzny jest pewnego rodzaju ignorancją – kończy się tym, że nie zdajemy sobie sprawy ze złożoności świata i często podejmujemy niedojrzałe wybory polityczne.

Erasmus otwiera też oczy na problemy, z którymi borykają się inne kraje i dzięki temu nasz kraj widzimy często w o wiele bardziej pozytywny sposób niż wcześniej. Przykładowo uświadamiamy sobie, że Niemcy to nie jest kraina miodem i mlekiem płynąca, jej obywatele mają swoje problemy, które po prostu inaczej rozwiązują. To wcale nie oznacza, że wszyscy jeżdżą tam porsche i mają 300-metrowe domy. Naprawdę, Polska nie ma wielkich powodów, by mieć kompleksy.

Erasmus leczy z kompleksów. To bardzo ważne, bowiem nie ma nic gorszego, niż człowiek zakompleksiony, bez znaczenia, czy są to kompleksy indywidualne, czy narodowe. Brak kompleksów prowadzi do odwagi, większej skłonności do ryzyka, a to z kolei daje większe prawdopodobieństwo sukcesu.

Jak na tle uczestników programu Erasmus wypadają polscy studenci?

Naturalnie są profile narodowościowe uczestników Erasmusa, które da się zuniwersalizować, proszę jednak pamiętać, że opierają się one na dużym stopieniu ogólności. Turcy przyjeżdżający do Polski mają bardzo często niski poziom znajomości języka angielskiego, choć program wymaga go na poziomie B2. Osoby, które ich wysyłają, decydują, że choć wielu studentów nie spełnia wymogów językowych, to warto jednak, by wyjechali. To szansa dla nich na zdobycie innych kompetencji, a przy okazji często także na poprawę angielskiego.

Polacy zazwyczaj wyjeżdżają z dosyć dobrą znajomością języka, nawet jeżeli zdarza się słabsza, to student często dosyć skutecznie tę umiejętność poprawia. Polscy studenci mają także bardzo wysoki poziom wiedzy teoretycznej, gorzej wypadają w przypadku umiejętności pracy w grupie czy praktycznego zastosowania teorii. To częsty przypadek polskich studentów nauk humanistycznych i społecznych. W mojej ocenie, w przypadku nauk ścisłych w Polsce wygląda to już lepiej.

Po powrocie, zwłaszcza z lepszych zachodnich uczelni, studenci relacjonują, że są one o wiele mocniej zorientowane na pracę w grupie i rozwiązywanie zadań praktycznych. Często jest tam też wyższy poziom tutoriatu i zindywidualizowanej opieki ze strony wykładowcy. Na Zachodzie student to zazwyczaj coś więcej niż numerek w indeksie. Nie mamy powodów do kompleksów w porównaniu ze studentami z Europy Środkowo-Wschodniej. Polscy studenci są ambitni, często też myślą o tych studiach w kontekście emigracji, dlatego za wszelką cenę próbują się pokazać za granicą z jak najlepszej strony.

Co ich zniechęca do wyjazdu?

Przekonanie, że wiąże się on z wieloma formalnościami. Wielu studentów reprezentuje dziś wyuczoną bezradność, wiele rzeczy robią za nich rodzice, charakteryzuje ich też często roszczeniowa postawa i zniechęca ich to, że nie otrzymują wszystkiego na tacy. Czasami ludzie nie decydują się na wyjazd, bo koleżanka lub kolega z wyjazdu zrezygnowali. Moim zdaniem to zupełnie nieracjonalny powód. Często w Polsce zatrzymuje ich także praca. Pracodawcy niestety krzywo patrzą na tego rodzaju wyjazd swojego pracownika i niechętnie się na niego zgadzają, a studenci często pracują w czasie studiów. Jest jeszcze aspekt finansowy. Erasmus wyrównuje różnicę między kosztami utrzymania w Polsce i w innym kraju. Prawda jest taka, że w Paryżu, Berlinie czy Londynie wysokość stypendium nie wystarcza nawet na znalezienie mieszkania. To czasem może zniechęcić do wyjazdu.

Jak sobie wtedy polscy studenci radzą?

Pracują, tak jak było w moim przypadku, często utrzymują ich rodzice, traktując to jako inwestycję w rozwój swojego dziecka. Czasami studenci wybierają wariant kompromisowy – owszem, jadą na Erasmusa, ale do kraju Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie stypendium w wysokości ok. 500 euro miesięcznie może w większości pokryć koszty utrzymania.

Oferujemy swoim studentom ponad 200 możliwości wyjazdów ze stypendium Erasmus, oni każdego roku wykorzystują jedynie ok. 10 proc.

Badania pokazują, że studenci zagraniczni podczas stypendium trzymają się między sobą i słabo integrują z miejscowymi studentami. To prawda? Skąd bierze się to zjawisko?

Rzeczywiście, takie zjawisko występuje. Powodów jest kilka. Dla Erasmusowców przygotowywane są specjalne zajęcia integracyjne, dostają wspólny akademik, oni stanowią pewną diasporę, także w aspekcie geograficznym. Zresztą to było widać u mnie w Bonn. Przez przypadek dostałam akademik w innym miejscu, chodziłam raczej na zajęcia w języku niemieckim, dlatego słabiej zintegrowałam się z innymi stypendystami, za to lepiej poznałam niemieckich studentów.

Naturalne jest, że studenci trzymają się bliżej z osobami, które mówią tym samym językiem lub są im bliskie kulturowo. Czasem decydująca jest tak banalna rzecz, jak możliwość utrzymywania kontaktów po powrocie do kraju. Jeżeli ktoś jest z kraju nam bliskiego, szansa utrzymywania z nim kontaktu po zakończeniu Erasmusa wzrasta. Zatem obserwujemy inwestycję w relację na przyszłość. Istotne są też uwarunkowania lokalne. Studenci mi regularnie donoszą, że np. we Włoszech niechętnie Erasmusowcom wynajmowane są mieszkania przez społeczność lokalną, bo istnieje domniemanie, że studenci będą cały czas imprezowali.

Ten stereotyp jest bardzo silny…

Ale nie zawsze prawdziwy. Obowiązek zdobycia 30 punktów ECTS na semestr wymaga zaangażowania ze strony studenta. Oczywiście, to zależy od uczelni i kraju, ambicji studenta, ale nikt nie dostaje ich za nic. Prawdą jednak jest, że czasem daleko od domu puszczają hamulce. Nawet jeżeli studenci Erasmusa są bardziej imprezowi od lokalnych studentów, to wcale nie oznacza, że oni po to tam jadą, ale po prostu taki charakter mają ich zajęcia integracyjne. Jak się jest studentem z Barcelony, który studiuje w Barcelonie i mieszka z rodzicami w Barcelonie, po zajęciach wraca się do rodzinnego domu, a studenci Erasmusa wracają do akademika, gdzie mieszkają także inni przyjezdni studenci.

Na ile Erasmus zmienił Polskę i nasze uniwersytety?

Bardzo, bowiem Polska jest jednym z najbardziej aktywnych uczestników programu. Proszę pamiętać, że Erasmus to nie tylko wyjazdy studentów, ale i staże zagraniczne, program mobilności dla wykładowców, uczniów i wiele dodatkowych projektów.

Dzięki wielu z nich nasze uczelnie się otworzyły, umiędzynarodowiły, a nasi wykładowcy często mieli okazję podejrzeć na świecie ciekawe sposoby dydaktyki. To wszystko ma przełożenie na jakość kształcenia. Dzięki doświadczeniu międzynarodowemu uniwersytety potrafią lepiej dostosować ofertę wykładową dla obcokrajowców studiujących w Polsce.

Nie ma innej drogi, mleko się rozlało, a mobilność jest faktem. Mam męża Litwina, dziecko na Litwie, podróżuję między Polską a Litwą. Wiele osób podróżuje między Polską a Wielką Brytanią czy Niemcami. Mamy mnóstwo emigrantów. Chcąc tym wszystkim sensownie zarządzać, musimy się tego nauczyć. Erasmus daje nam taką szansę.

*Dr hab. Renata Mieńkowska-Norkiene – pracuje w Zakładzie Instytucji Europejskich Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Politolożka i socjolożka, absolwentka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych oraz Instytutu Nauk Politycznych w ramach Kolegium Międzwydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW.

]]>
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES