Słowa, które bolą za mocno. Pokolenie empatii chce cenzury?

Kobieta z zasłoniętymi ustami symbolizująca granice wolności słowa określane przez empatię

Przez pokolenia prawo do wyrażania własnych myśli było nienaruszalne. Najnowsze analizy sugerują jednak, że współczesne granice wolności słowa są przez młodych przesuwane. Czy nową świętością staje się dziś nie tyle samo prawo do mówienia, ile zasada, że nikomu nie wolno zrobić krzywdy słowem?

Czy granice wolności słowa wyznacza dziś empatia?

Każde określenie granic wolności słowa na początku brzmi nie jak zamach na demokrację, lecz jak akt troski. Najnowsze badania, przeprowadzone wśród amerykańskich studentów, ten trend potwierdzają.

Okazuje się, że większość studentów uważa, że społeczności marginalizowane zasługują na dodatkową ochronę przed obraźliwymi wypowiedziami. Większość badanych opowiada się za zasadą, według której ochrona przed słowem powinna zależeć od tożsamości adresata.

Co istotne, mimo że większość studentów wysoko ceni sobie wolność słowa, przywiązanie do niej słabnie, gdy w grę wchodzą silne przekonania polityczne i ideologiczne. Młody człowiek deklaruje wierność wolności słowa i porzuca ją, gdy dotyka ona jego własnej wspólnoty.

To pokazuje, że poparcie dla wolności słowa wśród młodych nie jest już absolutne, lecz warunkowe – zależne m.in. od tego kogo rani. To symptom głębszej zmiany w sposobie myślenia młodego pokolenia.

Prawo do mówienia czy obowiązek, by nie ranić?

Klasyczna koncepcja wolności słowa, wywodząca się od Johna Stuarta Milla czy Johna Locke’a, traktowała wolność słowa jako fundamentalne prawo jednostki. Prawo do wyrażania własnych myśli, nawet jeśli są one niepopularne, kontrowersyjne czy wręcz błędne. Dopóki nie nawoływały one bezpośrednio do przemocy, miały być chronione.

Nowe pokolenie odwraca tę perspektywę. Wolność słowa coraz częściej rozumiana jest nie jako prawo do mówienia, lecz jako obowiązek, by nie ranić. Pytanie „czy mam prawo to powiedzieć?” zostaje wyparte przez pytanie „czy nie skrzywdzę tym kogoś?”.

W tym podejściu krzywda emocjonalna lub psychologiczna wywołana słowem jest porównywana do krzywdy fizycznej. Pojawia się tu nowa hierarchia wartości: empatia i bezpieczeństwo ponad nieograniczoną prawdę.

Kto decyduje, co wolno mówić?

Brzmi szlachetnie. Problem w tym, że krzywda słowna jest zjawiskiem nieostrym. Jeden poczuje się zraniony żartem, inny krytyką swoich poglądów, jeszcze inny samym faktem, że ktoś myśli inaczej.

Jeśli granicą wolności słowa ma być cudze poczucie krzywdy, to granica ta przestaje być stała. Staje się ruchoma, subiektywna, zależna od najwrażliwszego słuchacza.

Kto w takiej sytuacji ma prawo decydować, które słowa są zbyt groźne, by paść publicznie? W modelu, w którym ograniczenie wolności słowa wynika z troski o najsłabszych, ktoś musi orzekać, co rani, a co nie. I kto jest na tyle „słaby”, by zasłużyć na ochronę. Kryterium to szybko okazuje się niezwykle chwiejne i uzależnione od sympatii oraz przekonań oceniającego.

To właśnie najsłabszy punkt cenzury opartej na empatii. John Stuart Mill ostrzegał, że „wszelkie tłumienie dyskusji jest założeniem własnej nieomylności”.

Kto wyznacza granicę dopuszczalnego słowa, ten musi uznać, że jego wrażliwość jest miarą obiektywną. Historia uczy jednak, że żaden cenzor nie uważał się za cenzora. Każdy widział w sobie obrońcę przyzwoitości.

Czy da się pogodzić empatię z prawdą?

Czy to znaczy, że „bezpieczna przestrzeń” i wolność słowa wykluczają się nawzajem? Niekoniecznie, ale tylko pod warunkiem, że bezpieczeństwo zrozumiemy jako ochronę przed realną przemocą i groźbą, a nie przed dyskomfortem myślenia. Problem pojawia się, gdy „bezpieczna przestrzeń” oznacza strefę wolną od wszelkich idei, które ktoś może uznać za szkodliwe.

Można pogodzić empatię z prawdą, lecz nie wtedy, gdy empatia zaczyna definiować, jaka prawda może zostać wypowiedziana. Bo prawda bywa niewygodna z natury. Gdyby nigdy nie raniła, nie potrzebowalibyśmy odwagi, by ją mówić.

Historia pokazuje, że największe postępy cywilizacyjne – od zniesienia niewolnictwa, przez prawa kobiet, po walkę z totalitaryzmami – wymagały wolności krytyki, prowokacji intelektualnej i nie zawsze „bezpiecznych” słów. Galileusz, Wolter, Martin Luther King – żaden z nich nie działał w „bezpiecznej przestrzeni”. Działali w przestrzeni ryzyka.

Czy nowe granice wolności słowa staną się regułą?

Klasyczna obrona wolności słowa nigdy nie głosiła, że wolno wszystko. Słynne zasady chicagowskie – wzorzec wolności akademickiej – gwarantują „najszerszą możliwą swobodę mówienia, pisania, słuchania, kwestionowania i uczenia się”, zastrzegając zarazem, że ekspresja może być ograniczana w wąskich, wyjątkowych sytuacjach: groźby, nękania, zakłócania funkcjonowania instytucji.

I to jest właściwa hierarchia. Wolność słowa pozostaje regułą. Ograniczenie wolności słowa — rzadkim wyjątkiem, który trzeba za każdym razem uzasadnić, a nie domyślnym odruchem.

Niepokój budzi nie sama empatia młodego pokolenia, lecz to, co się za nią kryje: gotowość, by uczynić wrażliwość ostatecznym sędzią słowa. Ograniczenie wolności słowa, które obserwujemy, nie jest tylko aktem empatii. Jest zmianą paradygmatu cywilizacyjnego – z zaufania do ludzkiej racjonalności na podejrzliwość wobec niej.

Z modelu, w którym dorośli obywatele sami oceniają idee, na model, w którym państwo, instytucje lub aktywistyczne grupy chronią nas przed „niebezpiecznymi” słowami.

Wartość, której nie należy kwestionować

Młode pokolenie ma szlachetne intencje: chce chronić słabszych. To piękne. Ale najlepsze intencje w połączeniu z cenzurą rzadko kończą się dobrze. Wolność słowa nie jest luksusem dla silnych. Jest tarczą dla słabych – bo to właśnie oni najczęściej potrzebują możliwości głośnego sprzeciwu wobec władzy i dominujących narracji.

Wolność słowa nie jest jedną z wartości, które można wymienić na inną. Jest warunkiem, dzięki któremu w ogóle możemy o wartościach rozmawiać. Dlatego nie powinniśmy jej kwestionować – możemy ją ograniczać tylko w wyjątkowych przypadkach, świadomie i z najwyższą ostrożnością.

Przeczytaj również: Jacek Piekara: Zakładają nam kaganiec. Wolności oddać nie umiem


Na scenie zobaczysz:

Spotkasz w strefie książek:

***

Ostatni moment na bilety w cenie 49 zł.
Od 1 lipca cena rośnie!


Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!


Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Mariusz Martynelis

Dziennikarz


Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej, od 15 lat związany z branżą medialną. Doświadczenie zdobywał m.in. w „Dzienniku Łódzkim”, „Super Expressie” oraz „Esce”. Równolegle współpracował z agencjami reklamowymi i zajmował się tłumaczeniem filmów. Pasjonat dobrego kina, literatury fantastycznej oraz sportu. Swoją kondycję fizyczną i psychiczną zawdzięcza samojedowi o imieniu Jaskier.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.