Hologram uczy akceptacji

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Mężczyzna „występuje” wraz z grupą ABBA. „Koncert" odbył się w specjalnym muzeum poświęconemu najbardziej popularnemu szwedzkiemu zespołowi w historii. Sztokholm, maj 2013 r. (Jonathan Nackstrand/AFP/East News)
Przeczytanie artykułu zajmie około 10 minut

Hologramy są polityczne w tym sensie, że pozwalają nam trenować akceptację „kogoś”, a w zasadzie „czegoś”, co jest radykalnie inne

Jesteśmy w Cudnym Józefie na krakowskim Kazimierzu. W tle pobrzmiewa muzyka w standardowym opakowaniu, bez wizualnych fajerwerków. Piosenka We Will Rock You, śpiewają członkowie Queen. Ciekawe, co powiedziałby dziś Freddie Mercury, gdy zobaczyłby swoją pośmiertną reprezentację wykonującą inny nieśmiertelny utwór, Love of My Life, w trakcie koncertu w Hollywood Bowl w 2017 r.

Czym właściwie jest muzyczny hologram?

„Kwestia nazewnictwa jest istotna, mówiłem «holograficzne występy», ale termin, który pojawia się w mojej książce to «wirtualne zespoły animowane»” – podkreśla Konrad Sierzputowski, badacz zajmujący się zagadnieniem cielesności w muzyce popularnej, autor monografii Słuchając hologramu. Cielesność wirtualnych zespołów animowanych.

„Trzeba zaznaczyć, że to, o czym mówimy, nie jest hologramem w ścisłym sensie – jest to projekcja dwuwymiarowa, sprawiająca wrażenie trójwymiarowości, szczególnie z dystansu” – Konrad Sierzputowski .

Zespół wirtualny (definicja Philipa Auslandera) to „zespół, który nie może występować w rzeczywistości poza medium swojej obecności”. Wirtualnym zespołem byli np. od pewnego momentu Beatlesi, którzy nagrywali płyty, ale przestali koncertować, a jednocześnie pojawiały się ich koncerty studyjne albo telewizyjne. Oni zaczynają być wirtualnym performerem, który występuje wyłącznie w medium, nie na żywo.

Każdy zespół animowany jest automatycznie wirtualny, bo animacja wymaga medium, w którym zaistnieje. Ale są jeszcze fikcyjne zespoły, czyli takie, które pojawiają się w książkach, filmach, serialach. Najlepszym przykładem fikcyjnego, jaki i wirtualnego muzyka jest Phoebe Buffay z serialu „Przyjaciele”. To fikcyjna postać, jednocześnie piosenkarka i gitarzystka, ale jej utworów możemy słuchać wyłącznie w internecie.

Istnieją również zespoły, których muzyki w ogóle nie usłyszymy, czyli totalnie fikcyjne, np. te opisane na kartach powieści. Przykład: Fatalne Jędze w Harrym Potterze – nie wiemy, jak grają, pojawiają się tylko pojedyncze informacje, takie jak np. nazwy piosenek.

W końcu hologramy – to medium o podwójnym charakterze: jest to sposób zaistnienia w rzeczywistości wirtualnego, fikcyjnego muzyka.

Hologram jako doświadczenie pozornej śmierci

PAWEŁ KONAR: Cielesna obecność artysty na koncercie – czy hologram może zastąpić ten rodzaj doświadczenia, relacji między wykonawcą a odbiorcą?

KONRAD SIERZPUTOWSKI*: To bardzo trudne pytanie, bo doświadczenie ze swojej natury jest zupełnie subiektywne. Ale warto zadać sobie inne: czy nasze doświadczanie koncertu na żywo jest tak zupełnie niezapośredniczone? Świetnie pisze Philip Auslander w swojej książce Liveness o tym, że współczesne koncerty przynajmniej na dwóch poziomach obdarte są z poczucia tu i teraz, tego cielesnego. Pierwszy poziom to ekrany.

Masz wybór – albo jesteś bardzo blisko sceny, jesteś w tłumie, być może czerpiesz z tego przyjemność, ale całkiem możliwe, że nie, przynajmniej jeśli chodzi o wrażenia dźwiękowe. Bliskość sceny nie gwarantuje, że doświadczenie dźwiękowe będzie w pełni satysfakcjonujące. Ale za to zobaczysz w pełni, być może nawet dotkniesz postaci ze sceny. Albo stoisz sobie wygodnie z tyłu, słyszysz wszystko świetnie, ale postać, którą widzisz, ma dwa centymetry, bo taka jest perspektywa i wtedy musisz się zdecydować na oglądanie jej na telebimach. To jest wybór: bliskość kosztem doświadczenia estetycznego albo doświadczenie estetyczne kosztem doświadczenia cielesnego.

Śpiewaczka operowa Maria Callas „powróciła” na scenę jako hologram. Salle Pleyel w Paryżu, listopad 2018 r. (Natalie Handel/AFP/East News)

Druga sprawa, którą zaznaczył Auslander, dotyczy tego, że współczesne widowiska muzyczne – mówię tutaj o wielkich koncertach na arenach, czyli występach np. zespołu Rammstein, Katy Perry czy Lady Gagi – są budowane na bazie fikcji. Najczęściej jest tak, że to, co dzieje się na scenie, znamy już wcześniej w postaci klipu wideo –  później artysta, scenograf oraz choreograf starają się odtworzyć ten fikcyjny świat na żywo. Pojawia się więc pytanie, co jest bardziej na żywo: klip wideo, który stanowi matrycę, czy ta postać, która jest ubrana tak samo jak na tym klipie, dokładnie powtarzająca wszystkie ruchy. Obecnie widowiska muzyczne radykalnie wykorzystują inną wrażliwość oraz inne poczucie autentyzmu, fikcyjności, bliskości. To już nie jest to, co mieliśmy w bluesie czy jazzie u ich początków, czyli wspomniane doświadczenie bliskości tu i teraz.

Jeżeli sobie uświadomimy, że jest to bardzo skomplikowane doświadczenie, zawsze w jakiś sposób zapośredniczone, to co w takim razie zmienia hologram? Odpowiem z łatwością, że nic…

A sama świadomość, że idzie się na koncert, na którym występuje hologram, coś zmienia?

Też się trochę tym zajmowałem. I nie zrozum mnie źle, to nie ma związku z nastawieniem religijnym, nikogo tu nie krytykuję… Ale dlaczego tak wielkim problemem są koncerty, na których pojawiają się hologramy nieżyjących artystów, natomiast nie ma najmniejszego problemu, żeby słuchać tak np. zespołu Gorillaz? Sposób wyświetlania jest ten sam. Jednak w przypadku Gorillaz to są to postaci animowane, one nigdy nie żyły. Jeszcze hologramowa Amy Winehouse jest przyjmowana pobłażliwie, ale już David Bowie i pomysł jego potencjalnej trasy holograficznej… Poziom zniesmaczenia i ilość mięsa, jaką rzuca się w organizatorów, jest wprost niebywała.

Dlaczego tak jest, skoro to tylko wizualizacja? Może zatem powinniśmy w ogóle zaprzestać słuchania martwych wykonawców? Przecież doświadczenie śmierci w muzyce jest niezwykle silne, zwłaszcza po XIX w., który przyniósł możliwość nagrywania i w konsekwencji słuchania osób, których nigdy nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy na żywo. To jest takie poruszanie się pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, i ciągle z tą wizją śmierci. Postać animowana nie ma tego problemu, bo nigdy nie żyła, została sztucznie wytworzona. Dlaczego z taką łatwością przychodzi nam akceptacja tego, co jest od podstaw narysowane, a „nie do końca żywe” ciało sprawia nam taki problem?

Jeszcze inna kwestia, która ujawnia się w momencie, kiedy pomyślimy o muzykach poddawanych hologramizacji po śmierci. Sam taki hologramowy koncert unaocznia fakt, że muzyk funkcjonuje jako towar, jego ciało jest produktem medialnym, można go odwzorować, jeszcze raz uruchomić i stworzyć koncert. To pokazuje jedno: w późnym kapitalizmie produkt nie tylko się nie starzeje, ale nawet nie ma czasu odpocząć. Po śmierci artysta nie może sobie spokojnie leżeć, tylko musi dalej zarabiać pieniądze, których nawet nie wykorzysta, zrobi to ktoś inny.

Moim zdaniem, u samych podstaw – na poziomie doświadczenia estetycznego, dźwiękowego – koncerty holograficzne nie zmieniają nic. Który muzyk gra i który wokalista śpiewa czysto, kiedy wszystko jest po wielokroć poprawiane w studiu, a remastering jest stosowany na niebagatelną skalę? To, co słyszymy na płycie, jest pewnego rodzaju inscenizacją…

Właśnie… Chciałbym zahaczyć o kwestię dużo bardziej kontrowersyjną, czyli śpiewania, grania z playbacku, który jest odbierany jako oszustwo. Jak się to ma do hologramu?

Wszystko zmieniło się dwa razy. Pierwszy raz, kiedy pojawiła się możliwość rejestracji dźwięku – raz nagrany można odtwarzać w każdym czasie i każdej przestrzeni. Drugi raz, kiedy weszła telewizja i koncerty telewizyjne – muzyk, który nie dość, że występował na żywo, a potem można było go słuchać za pomocą płyty, w latach 50. zostaje zaprezentowany na nowo, a dokładnie jego ciało, obecność, ale znów w formie zmediatyzowanej.

Koncert Gorillaz podczas Open’er Festival w Gdyni, lipiec 2018 r. (Karol Makurat/REPORTER)

Mamy taką triadę: na żywo, zarejestrowany głos oraz głos z obrazem. I pojawia się oczekiwanie, że jeśli już płacę za ten bilet, ale przede wszystkim poświęcam chwilę ze swojego życia, żeby wybrać się na koncert, nie mogę dostać tego samego. Prawdziwy fan, który kupuje płyty, ogląda wszystkie klipy, nagrania koncertów, karmi swoje pragnienie tym, że w końcu może zobaczyć wielbionego artystę na żywo. Moment, w którym on przychodzi na ten koncert i dostaje to, co by dostał w domu, czyli płytę (odtwarzaną jako playback), jest czymś, co jest nie do przyjęcia. Dlatego, że jest oczekiwanie, że to, co zobaczę, na tę godzinę połączy wszystkie elementy, fraktale, te rozproszone cząsteczki informacji – głosy i obrazy. Hologram jest po prostu nietypową tego realizacją.

Wydaje mi się, że z tych oczekiwań bierze się histeria fanów (swoją drogą dość współczesna rzecz – XX-wieczna), ale także melancholia, bo chyba wielu z nas ma to uczucie, że gdy koncert się kończy, to coś się rozpada.

Pojawia się uczucie pustki.

Tak. Bo to, co przed chwilą było scalone, po chwili znowu się rozprasza. Jedyne, co nam pozostaje, to nie tyle odżałować sobie tego przeżycia, ile trwać, karmić się tymi drobinkami doświadczenia do momentu, kiedy mogą się one ponownie zjednoczyć.

Koncert to również forma wspólnoty.

Tak, tak. Taka komunia, ale absolutnie nie jestem zwolennikiem teorii traktujących koncert jako rodzaj przeżycia religijnego, sakralnego, co swego czasu było bardzo popularnym ujęciem. Dla mnie jest to bardzo mocne wydarzenie estetyczne, w którym pewna wspólnota doświadcza „kogoś”.

Swoją drogą bardzo niedawno do mnie dotarło, że te mocne doświadczenia cielesne są związane głównie z kulturą koncertową; z klubową już nie, bo tam jest zupełnie inna ekonomia wymiany energii. Na koncercie mamy wspólnotę skoncentrowaną na osobie, zespole przebywających na scenie. W klubie natomiast muzyka wypełnia przestrzeń, a DJ jest częścią wspólnoty, która słucha.

Nie ma jasnego centrum.

Właśnie. Nie ma tego skupienia. I dlatego w klubie pojawiają się takie rzeczy jak kultura drag queen. Mówiłeś o playbacku, który nie jest tolerowany na koncertach, a przecież drag queens są szczytem playbacku. Cała zabawa polega na tym, że nie dość, że faceci przebierają się za kobiety, to jeszcze udają (nie śpiewają, a mogą mieć do tego warunki wokalne), muszą lipsynkować.

Koncert jest zdecydowanie bardziej na poważnie – przez oczekiwania i pragnienia. Samo pojawienie się hologramów w XXI w. nosi świadectwo tego, że właśnie zmieniają się pewne oczekiwania, pragnienia.

Animowani muzycy są historią trochę starszą, a ich pierwsze koncerty holograficzne to zespół Gorillaz, który początkowo funkcjonował jako żart, ironia, naśmiewanie się z MTV. To jednak potoczyło ten kamień i pokazało, że można więcej, a także że można zarabiać nawet na nieżyjących gwiazdach. To dobrze pokazuje, że kapitalizm tworzy zysk nawet z ironii.

Z kolei pośmiertne koncerty holograficzne nie są częste, bo technologia jest droga. Ostatnim takim wielkim wydarzeniem pośmiertnym był holograficzny koncert Michaela Jacksona w 2014 r. Teraz niewiele się dzieje poza zapowiedziami, że mają się odbywać trasy tego rodzaju.

A Japonia?

To trochę inna bajka. Tam rządzą vocaloidy. Najpopularniejszym jest Hatsune Miku. Są to wizualizacje oprogramowania, które można zakupić i w domu stworzyć piosenkę. Ten wizerunek to reprezentacja wizualna konkretnego modelu oprogramowania. Ona funkcjonuje na innych zasadach, bo nie wytwarza swojej muzyki, nie ma własnego głosu, użycza jej go aktorka głosowa Saki Fujita.

Hatsune Miku, najsłynniejszy vocaloid w Japonii, podczas koncertu w Tokio (AFP/ HO/FUTURE MEDIA/SEGA/MARZA ANIMATION PLANET via 5PB/East News)

Sama Hatsune Miku wykonuje piosenki, które tworzą jej fani. Zatem kim jest Miku? Jakim jest obiektem? Jeżeli ona realizuje na żywo nasze piosenki, ale sama żadnych nie tworzy, co więcej nie ma za nią żadnego wykonawcy, którego byłaby reprezentacją, to znaczy, że ona jest obiektem samym w sobie, obiektem pustym, narzędziem. W takim razie pytanie: jeśli idziemy na koncert, na którym ona śpiewa tę naszą piosenkę, to kogo my faktycznie słuchamy?

Hologram jako edukator

W jaki sposób hologramy (rozumiane już w ścisłym tego słowa znaczeniu) mogą zmienić naszą codzienną rzeczywistość? Jakie widzisz szanse i zagrożenia?

To bardzo trudne pytanie i często mi się ono przytrafia (śmiech), ale naprawdę nie wiem. Hologramy pojawiają się w kulturze popularnej jako element codzienności (np. w filmach science fiction). Są formą nowego medium, ale jest ono tylko narzędziem – to, co zrobią z nim ludzie, to już inna sprawa. Trudno powiedzieć, co się wydarzy. Może być tak – i tu znowu wizja trochę starsza, z początku XX w. – jak w przypadku reklamy gramofonu. W pierwszych reklamach gramofonów jak wół było napisane: „Poczujesz się jak w filharmonii” lub „Poczuj zespół w swoim domu”. Czym byłby zatem hologram? Dosłownym audio-cielesno-wizualnym przeniesieniem tego pragnienia do warunków domowych.

Wyobrażasz sobie polityka realizowanego w takiej formie, wdzierającego się do naszych domów w postaci hologramu? Rozgrywanie polityki w taki sposób?

No tak, to jest pewne niebezpieczeństwo – tworzenie reklam politycznych w taki sposób. Ale znów pojawia się pytanie, czy politycy nie wdzierają się do naszych domów już teraz, np. za pośrednictwem internetu?

Przede wszystkim hologramy w warunkach przestrzeni domowej, życia codziennego, mogą spowodować konieczność przedefiniowania pojęcia realności. Na razie, dopóki mamy smartfony, czyli dość „płaskie” przestrzenie, zawsze możemy je odłożyć na biurko i dalej jesteśmy ze sobą. Hologram to zmieni. On nie jest płaski, zawsze będzie pomiędzy nami.

Ale wracając do polityczności hologramów, dla mnie gest polityczny w ich kontekście ma związek z poczuciem władzy. Samo uznanie, że to, na co patrzymy, jest jakkolwiek ludzkie, to jest nasz akt nadania. Koncert ma pewne prawidła – wchodzisz, czekasz, pijesz piwo, bawisz się, wychodzisz. To jest wydarzenie o określonym schemacie, niemające większego związku z tym, co dzieje się na zewnątrz. Jeżeli idziesz na koncert grupy nienormatywnej cieleśnie – mówię o hologramowych wykonawcach animowanych – to samo uznanie tego, że tam jesteś i będziesz się bawił dokładnie tak samo, jakbyś był na występie żywego człowieka, to już jest to gest akceptacji.

Uznawanie podmiotowości?

Owszem. Uznając to, że ta Hatsune Miku czy Gorillaz są jakkolwiek ludzcy – nie, że są ludźmi, tylko jakkolwiek ludzcy – to już jest to pewien gest władzy, że to ja przyznaję znaczenie, to ja akceptuję.

Mówiąc najprościej, gdybyś poszedł na holograficzny koncert Gorillaz, to tak naprawdę mógłbyś uznać, że nie jesteś na koncercie, tylko na projekcji animacji, ale ludzie nie zachowują się jak na projekcji, tylko jak na koncercie.

Czy myślisz, że to może być takie ćwiczenie z tolerancji lub chociaż  – akceptacji?

O, to ciekawe. Może bardziej z empatii, na której zasadza się tolerancja. Jest tak, ponieważ w geście nadawania podmiotowości pojawia się, jak to nazywam, inkorporacja: „OK, oni nie są ludźmi, nie są biologiczni, ale ich sposób poruszania się jest już ludzki, muszę to jednak przyrównać do tego, co sam znam, np. patrząc na swoje ręce”. W tym geście zawiera się moje rozumienie „innego” przez pryzmat samego siebie. Mówię tu przede wszystkim o wykonawcach animowanych, którzy są „innymi” w całym znaczeniu tego słowa, nie reprezentują niczego poza sobą. 

Moim zdaniem znaczące jest to, że zespoły animowane powstawały od lat 50., więc te współczesne nie pojawiły się znikąd. Cały proces akceptowania, empatyzacji jest budowany w muzyce popularnej od bardzo dawna. Przykład: akceptowanie, że David Bowie w pewnym momencie stał się Ziggym Stardustem, postacią z gwiazd – idąc na jego koncert, idziesz na występ kogoś, kto uznaje się za kosmitę. To jest kolejne ćwiczenie, tym razem z fikcji, jej odróżniania od rzeczywistości: „OK, akceptuję to, będę się świetnie bawił, pomimo tego, że uznaję, że jesteś tym kosmitą, a w rzeczywistości nim nie jesteś”. I być może tu pojawi się problem z hologramami, bo one będą nowym stopniem akceptacji fikcji, rozpoznawania tego, co jest prawdą, a co nią nie jest, a może też identyfikowaniem tego, co stało się prawdą, bo właśnie zmieniła się jej definicja.

To kolejny poziom pogłębionego odczuwania rzeczywistości. Hologramy zawsze odsyłają do czegoś – jakiegoś faktycznego „ktosia”, muzyka, który się za nim kryje, jak w przypadku Gorillaz. Jeśli chodzi o vocaloidy wykonujące nasze piosenki, to odsyłają one nas samych do nas samych i przez to są krytyczne.

Krytyka odbywa się przez doświadczanie. To nigdy nie jest proste – hologram nie mówi wprost: „Patrzcie, nie żyję, a zarabiam”, a to jest rzecz, którą sobie uświadamiasz przez doświadczenie cielesne.

Taka anegdota: rok temu byłem na koncercie Gorillaz w Budapeszcie. Zaczyna lecieć „Clint Eastwood”, na scenie jest cieleśnie obecny wokalista Damon Albarn, obok niego wielki ekran, na którym są wyświetlane animacje. Albarn zaczyna śpiewać na żywo, ale holograficzna gęba 2D, czyli jego wirtualnej reprezentacji, nie zgrywa się z tym, co on śpiewa. Co się dzieje? Koncert zostaje przerwany. Dlaczego? Przecież doświadczenie audialne jest poprawne, tam nie było żadnego błędu! Ale widzisz, jednak trzeba to połączyć, to musi być doświadczenie pełne, że ta gwiazda, która faktycznie za tym stoi, musi łączyć się z tą animacją. Teraz pytanie: kto jest czyim brzuchomówcą?

Pokazuje to dobitnie uwikłanie ludzkiego z nieludzkim, splątanie ontologii. Nieludzka sprawczość pokazuje się jako bardzo znacząca. Hologram jest jej manifestem.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on linkedin
LinkedIn
Paweł Konar

Paweł Konar

Notorycznie zwlekający, siebie z łóżka i z wypełnianiem terminów, dziennikarz. Wcześniej nie mniej to robiący copywriter. Interesuje się m.in. hip-hopem oraz kognitywnym podejściem do kultury, sztuki i języka. Wierzy, że dzięki rychłej rewolucji kluczy, którą wesprą ślusarze i programiści, znów będziemy palić herbatę w szałasach. Korespondent z Katalonii.