Prawda i Dobro
Ingerencja w DNA ma granice. Jak daleko możemy się posunąć?
25 maja 2026

Przez dekady o wodzie myśleliśmy jak o problemie klimatu, rolnictwa albo biedy. Dziś coraz częściej trzeba myśleć o niej jak o infrastrukturze wojny. W Zatoce Perskiej zakłady odsalania mogą stać się celem dronów, w Afryce tama na Nilu zmienia równowagę między Etiopią a Egiptem, a w Azji Południowej rzeki płyną między dwoma państwami atomowymi. Świat wchodzi w epokę, w której brak wody może być nie tylko skutkiem suszy, ale także wynikiem decyzji politycznej.
Gdy spojrzymy na mapę Półwyspu Arabskiego, zauważymy rzecz zdumiewającą. Na tym największym na świecie półwyspie, obszarze wielkości dwóch trzecich terytorium Unii Europejskiej, nie ma ani jednej stałej rzeki.
Ponieważ ludność tego regionu systematycznie rośnie, a podziemne zasoby wody pitnej są już mocno wyeksploatowane, bajecznie bogate arabskie państwa Zatoki Perskiej sięgnęły po rozwiązanie, które przez lata wyglądało jak przepis na świetlaną przyszłość. Miało zapewnić nie tylko wodę pitną, lecz także wodę potrzebną rolnictwu i przemysłowi, między innymi procesom związanym z produkcją paliw.
Tym rozwiązaniem były zakłady odsalające wodę morską. Od pół wieku wybrzeża Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej, Bahrajnu, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Omanu wypełniają się takimi instalacjami. Państwa te uzależniły od nich swoje codzienne funkcjonowanie. Bez sprawnych zakładów odsalania życie na Półwyspie Arabskim bardzo szybko zamieniłoby się w koszmar.
Najbardziej narażony jest Katar, gdzie odsalanie zapewnia 99 proc. wody pitnej. Najludniejsza w tym gronie Arabia Saudyjska pozyskuje w ten sposób 70 proc. tego zasobu. Nawet Zjednoczone Emiraty Arabskie, najmniej uzależnione od tej technologii, czerpią dzięki niej ponad 40 proc. używanej przez siebie wody pitnej.
Te dane pokazują, jak potężną bronią w ręku Irańczyków może stać się chmara tanich dronów wycelowanych w zakłady odsalania wody. Szczególnie że chodzi o instalacje znajdujące się w państwach Zatoki Perskiej, które są sojusznikami USA i goszczą u siebie amerykańskie bazy.
Teheran zagroził już państwom regionu „nieodwracalnym zniszczeniem” instalacji wodnych, gdyby Donald Trump zrealizował swoje zapowiedzi unicestwienia irańskiej infrastruktury energetycznej. I to strach przed nagłym brakiem wody w państwach Zatoki Perskiej jest jednym z głównych powodów, dla których amerykański prezydent powstrzymał się przed wydaniem rozkazu zniszczenia irańskich pól naftowych i rafinerii.
Na samym początku tego konfliktu instalacje odsalające w Kuwejcie, Doha West, oraz w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Fujairah F1, zostały uszkodzone w trakcie irańskich ataków. Były to jednak tylko „draśnięcia”. Nie jest też do końca jasne, czy był to celowy atak na te zakłady, czy uszkodzenia powstały podczas zwalczania dronów przelatujących akurat w pobliżu.
Kilka dni później Teheran stwierdził, że Ameryka zaatakowała jego własny zakład odsalający na wyspie Keszm. Iran nie jest tak uzależniony od odsalania jak inne państwa regionu, ale komunikat był jednoznaczny. Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi zagroził: „To Stany Zjednoczone ustanowiły ten precedens, nie Iran”. Te słowa musiały zmrozić przywódców arabskich państw znad Zatoki Perskiej.
Instalacje odsalające wodę należą dziś do najpilniej chronionych miejsc od Omanu po Kuwejt. Państwa regionu zbudowały olbrzymie rezerwy finansowe, dlatego uszkodzenie instalacji naftowych, choć bolesne, może być dla nich mniej groźne niż wyeliminowanie zakładów produkujących wodę pitną.
Bez wydobycia i sprzedaży ropy państwa te mogą przetrwać nawet dłuższy czas. Bez wody pitnej ich społeczeństwa nie będą w stanie funkcjonować. Niesamowity wzrost populacji obserwowany na Bliskim Wschodzie od około pół wieku jest przecież także efektem „sztucznego” pozyskiwania wody pitnej z morza. Naturalne zasoby tej niezbędnej cieczy na Półwyspie Arabskim nie pozwoliłyby na tak wielki boom demograficzny.
W ten sposób Iran jest w stanie dość łatwo „wysuszyć” region zamieszkały przez ponad 60 mln ludzi i zamienić ich życie w piekło. Nawet jeżeli niedługo uda się odblokować Cieśninę Ormuz, ten wodny terror będzie wisiał nad Zatoką Perską jeszcze przez długie lata, wpływając na kalkulacje polityczne najważniejszych graczy.

Donald Trump nie krył, po czyjej stronie stoi w tym sporze. „Oni w końcu wysadzą tę tamę”, powiedział w październiku 2020 roku, zabierając jednoznacznie głos w sprawie konfliktu egipsko-etiopskiego wokół największej w Afryce hydroelektrowni, zbudowanej na Nilu Błękitnym.
Otwierając we wrześniu ubiegłego roku ten megaprojekt, premier Etiopii Abiy Ahmed Ali nazwał go „największym osiągnięciem w historii czarnej rasy”. Otwarcie GERD, czyli Grand Ethiopian Renaissance Dam, jest z punktu widzenia tego państwa wydarzeniem epokowym. Dzięki tej jednej hydroelektrowni produkcja prądu w Etiopii wzrosła ponad trzykrotnie, a władze liczą na szybkie nadrobienie ogromnych zapóźnień. Obecnie około połowy Etiopczyków nie ma dostępu do elektryczności. Plany zakładają, że do 2030 roku 90 proc. ludności będzie już miało w domach prąd.
Dwa tysiące kilometrów na północ realizacja GERD budzi jednak zupełnie inne emocje. „Chciałbym zapewnić egipski naród, że nie pozwolimy, by woda dla 105 mln obywateli (…) była zagrożona”, mówił chwilę przed otwarciem megatamy Abd al-Fattah as-Sisi, prezydent Egiptu. Władze w Kairze wprost ogłosiły, że etiopska megatama jest dla Egiptu „egzystencjalnym zagrożeniem”.
Największym problemem jest kwestia suszy. Jak zachowają się władze Etiopii, jeżeli Nil Błękitny nie będzie niósł tyle wody, co zwykle? Egipt obawia się, że chcąc zachować odpowiednią głębokość sztucznego jeziora przy tamie, Etiopia ograniczy odpływ wody. A przecież każdy pamięta ze szkoły, że Egipt żyje dzięki Nilowi. Tamtejsze, świetnie rozwinięte rolnictwo jest uzależnione od dostępu do wody z tej rzeki.
„Ok. 93 proc. Egiptu to pustynia, gdzie niemal nie ma ludzi. Niemal wszyscy, 107 mln ludzi, żyjemy nad Nilem”, powiedział w rozmowie z BBC prof. Abbas Sharaky, geolog z Uniwersytetu Kairskiego. „Egipska cywilizacja została zbudowana dzięki Nilowi. Nil to nasze życie”.
Etiopia rozpoczęła swój epokowy projekt w idealnym momencie, gdy Egipt był pogrążony w chaosie arabskiej wiosny. Przez kolejne lata oba państwa siłowały się na arenie międzynarodowej. Egipt robił wszystko, by odciąć Etiopię od zachodnich pieniędzy, które mogłyby zasilić inwestycję. Etiopskie władze były jednak zbyt zdeterminowane. Co jakiś czas ogłaszały kolejne narodowe zbiórki. Dzięki temu udało im się niemal w całości własnymi siłami sfinansować projekt wart 5 mld dolarów.
Egipt próbuje przystosować się do nowych warunków i przygotowuje się na czas, gdy być może okaże się, że Nil faktycznie będzie dużo płytszy. Jednym ze sposobów jest ograniczenie areału upraw ryżu, który wymaga szczególnie dużych ilości wody. Ponadto Egipt rozwija własne instalacje odsalania wody morskiej.
Opcja militarna byłaby dziś bardzo problematyczna. Jak zwracają uwagę eksperci, na obecnym etapie, gdy zbiornik wodny przy GERD jest już pełny, uderzenie w tamę mogłoby doprowadzić do totalnej katastrofy na dolnym odcinku Nilu. Etiopia bierze jednak pod uwagę taką ewentualność i zabezpieczyła swój megaprojekt. Widać to choćby na Google Maps. Amerykańska korporacja nie zamazała wyraźnie widocznych etiopskich wyrzutni przeciwlotniczych, rozstawionych na wzgórzu przy GERD.
Leżący między Etiopią i Egiptem Sudan również jest zainteresowany nieskrępowanym dostępem do wody z Nilu, ale od trzech lat państwo to pogrążone jest w wojnie domowej. Inna sprawa, że Etiopczycy dostarczają Sudanowi tani prąd z GERD, co częściowo, przynajmniej na razie, łagodzi pretensje tego państwa.
„Etiopia nie jest gotowa ulec egipskim naciskom, chociaż Egipt już dwukrotnie wniósł tę sprawę przed oblicze Rady Bezpieczeństwa ONZ, nie osiągając tu żadnych prawnych efektów. Z drugiej strony Egipt też nie porzuci tego tematu, ponieważ jego przywództwo w regionie jest zagrożone, a władze tego państwa obawiają się ograniczeń w dostępie do wody”, ocenia w swojej analizie think tank ESCP International Politics Society.
W maju zeszłego roku doszło do krótkiej (kolejnej) wymiany ciosów między Indiami i Pakistanem. Rakiety i bomby latały w obie strony przez cztery dni. Wraz z tym konfliktem Indie zapowiedziały krok, który zmroził władze w Islamabadzie – zawieszenie umowy regulującej korzystanie z rzek płynących z terytorium Indii do Pakistanu. Wszelkie ograniczenia dostępu do wody z tych rzek oznaczają problemy dla dziesiątek milionów pakistańskich rolników.
Właśnie minął rok od zawieszenia tzw. Indus Waters Treaty, umowy podpisanej przez oba rządy jeszcze w 1960 r. W ocenie ówczesnych władz Pakistanu potężne górskie rzeki mogły być używane przez Indie celu wywoływania u sąsiada suszy lub wprost przeciwnie – powodzi, więc Pakistańczycy naciskali, by zawrzeć stosowną umowę, nakładającą na Indie poważne ograniczenia w zakresie gospodarowania rzekami.
Od dawna słychać z obu stron pomruki odnośnie do dostępu do wody. W l. 90. Pakistan oskarżał Indie o celowe, nagłe zrzucanie wody ze zbiorników wodnych podczas wyjątkowo obfitego sezonu monsunowego. Z kolei Indie kilkukrotnie w ostatniej dekadzie, w związku z atakami w Kaszmirze, zapowiadały wprowadzenie ograniczeń w ilości wody, która trafia do Pakistanu. Dodatkowo Indie planują budowę kolejnych tam na górskich rzekach, co będzie łatwiejsze w przypadku zawieszenia Indus Waters Treaty. Przepychanki o dostęp do życiodajnej wody jest w tym kontekście o tyle groźniejszy niż egipsko-etiopskie tarcia, że oba azjatyckie państwa mają pokaźne arsenały atomowe.
groźniejsze niż egipsko-etiopskie tarcia, bo oba azjatyckie państwa mają pokaźne arsenały atomowe.
Konflikty o wodę rozgrywają się też w innych zapalnych punktach świata. Weźmy choćby sytuację na Zachodnim Brzegu, gdzie izraelskie władze od lat ograniczają Palestyńczykom dostępu do ujęć wody, które znajdują się w ich własnej ziemi. Efektem tego są tzw. czarne lasy w palestyńskich miastach i miasteczkach.
Mowa o – zazwyczaj czarnych – plastikowych zbiornikach na deszczówkę, które montowane są na dachach palestyńskich domów, by w ten sposób obejść izraelskie restrykcje. Problemu z dostępem do wody nie mają natomiast izraelscy osadnicy, którzy wyrywają – za zgodą swoich władz – kolejne fragmenty Zachodniego Brzegu. Do ich osiedli (nielegalnych z punktu widzenia prawa międzynarodowego) doprowadzane są oczywiście wodociągi, a ich zwierzęta i rośliny mogą korzystać do woli z tego bezcennego zasobu, ku rozgoryczeniu palestyńskich sąsiadów.
W niezwykle brutalny sposób, traktując to zupełnie wprost jak broń, podchodzili do dostępu do wody terroryści z ISIS. W 2016 r. media donosiły o celowym odcinaniu wody tym mieszkańcom kontrolowanych przez ISIS terenów w Iraku, którzy stawiali opór islamskim terrorystom. Dżihad bowiem nie ma w tym zakresie żadnych zahamowań – islamistyczni bojownicy przyznają sobie prawo nie tylko do odcinania wody, ale również zatruwania jej źródeł.
Przeczytaj również: Polarny Jedwabny Szlak. Czy da się wygrać z geografią?
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: