Te 3 sekundy mówią wszystko. Czy stać nas na zwykłe dobro?

Starsza kobieta zbiera rozsypane zakupy na mokrym chodniku, obok stoi młody mężczyzna, który waha się, czy pomóc – codzienny moment pokazujący, jak działa empatia, efekt widza i małe dobro

Wyobraź sobie, że stoisz na przystanku. Jest zimny wieczór, pada deszcz. Obok Ciebie starszy mężczyzna upuszcza zakupy; słoik rozbija się o chodnik. Patrzysz przez chwilę i co robisz? Przykucasz, by pomóc, czy odwracasz wzrok, udając, że właśnie piszesz wiadomość? To mikromoment. Trwa może trzy sekundy. Nikt go nie nagrywa, nikt nie ocenia.

Gdy zło nie wygląda tak jak myślisz

Żyjemy w epoce, która kocha skrajności. Dobro, by się „liczyło”, musi być widowiskowe – najlepiej udostępnione i polajkowane. Zło z kolei ma być bezdenne, byśmy mogli je jednoznacznie potępić i zapomnieć o własnych, drobnych zaniechaniach. Hannah Arendt pokazała jednak, że ze złem jest pewien problem: to, co najniebezpieczniejsze, rzadko przypomina bestię. Zdecydowanie częściej przybiera postać pospolitego urzędnika.

Zwykły człowiek, straszliwe skutki

W 1961 roku Arendt pojechała do Jerozolimy z konkretnym oczekiwaniem. Spodziewała się potwora – człowieka godnego miana głównego koordynatora logistyki Holokaustu, który zarządzał deportacją milionów ludzi z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza. Kogoś, w czyich oczach dostrzeże zimny błysk fanatyzmu lub metafizyczną otchłań nienawiści. Tymczasem za szybą kuloodpornej klatki siedział Adolf Eichmann: mężczyzna w garniturze, o twarzy zupełnie przeciętnej, niemal nijakiej.

Autorka głośnej książki Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła opisała go jako kogoś całkowicie niezdolnego do samodzielnego myślenia. Eichmann nie był sadystą w klasycznym sensie; był biurokratą, który własne sumienie zastąpił służbowymi instrukcjami. Zbrodni nie popełniał z płonącej nienawiści, lecz z bezrefleksyjności – z „niemyślenia”. Tak narodziło się pojęcie „banalności zła”, które wygląda zwyczajnie, odbija kartę zegarową i wypełnia formularze za biurkiem.

Teza ta wywołała burzę. Zarzucano autorce, że umniejsza winę zbrodniarza. Ale Arendt nie twierdziła, że Eichmann jest niewinny. Opisywała mechanizm. Pokazywała, jak specyficzne warunki – system, hierarchia, nowomowa i wyłączenie krytycznej refleksji – potrafią zmienić zwykłego człowieka w trybik machiny zagłady.

Skoro jednak zło może być ciche i niepozorne, czy dobro nie może być dokładnie takie samo?

Jak działa empatia w praktyce

Z odpowiedzią spieszą badania psychologa Philipa Zimbardo. Po latach analizowania „efektu Lucyfera” – tego, jak zwykli ludzie w określonych warunkach stają się zdolni do okrucieństwa – badacz odwrócił wektor poszukiwań. Uznał, że jeśli nasza skłonność do zła jest banalna, to równie powszechna musi być zdolność do heroizmu.

Banalność heroizmu” to koncepcja niosąca krzepiący przekaz: każdy z nas jest potencjalnym bohaterem czekającym na swój moment. Heroizm nie wymaga nadludzkiego charakteru ani przeznaczenia, lecz decyzji podjętej tu i teraz. Wniosek? Zła nie da się zmonopolizować przez „potwory”, ale i dobra nie wolno rezerwować wyłącznie dla świętych z pomników. Jedno i drugie jest demokratyczne – dostępne każdemu i w każdej chwili.

Najlepszym dowodem jest historia włoskiego handlarza mięsem, Giorgio Perlaski, który podszywając się pod dyplomatę, ocalił w Budapeszcie tysiące Żydów. Enrico Deaglio, dziennikarz i autor książki o Perlasce, nazwał jego czyny „banalnością dobra”. Perlasca, chociaż początkowo wierzył w zbrodnicze antyżydowskie idee, któregoś dnia powiedział basta i po cichu zabrał się za naprawianie świata wokół siebie.

Problem polega na tym, że owo ciche dobro stało się dziś niemal niewidoczne. Skandal, katastrofa i nienawiść generują zasięgi; gest pomocnej dłoni na przystanku przechodzi bez echa. Zaczynamy więc wierzyć, że dobro jest towarem deficytowym, podczas gdy ono jest po prostu mało medialne.

To nie heroizm, to przyzwoitość

Marek Edelman, ostatni przywódca powstania w getcie warszawskim, szczerze nie cierpiał słowa „bohater”. Gdy pytano go o wydarzenia z 1943 roku, wzruszał ramionami i mówił, że po prostu „nie dali się zabić”. Dla niego przyzwoitość była kategorią niemal techniczną. Po wojnie został wybitnym kardiologiem, a swoją pracę w klinice postrzegał jako kontynuację tej samej misji: osłaniania płomienia życia dłonią przed wiatrem, który chce go zgasić.

Kiedy Edelman powtarzał: „To nie heroizm, to przyzwoitość”, nie uprawiał kokieterii. Wiedział, że w ekstremalnych warunkach to właśnie proste, ludzkie odruchy ważą najwięcej. Przyzwoitość oznaczała dla niego rzetelność – bycie „w porządku” wobec swojej pracy i drugiego człowieka, bez względu na okoliczności.

Codzienne dobre gesty

To postawa bliska doktorowi Bernardowi Rieux z Dżumy Alberta Camusa. Rieux walczy z epidemią nie dlatego, że wierzy w wielkie ideały, ale dlatego, że jest lekarzem i jego zadaniem jest leczyć. Ten „humanizm roboczy” jest najskuteczniejszą tamą przeciwko banalności zła.

To właśnie w takim humanizmie mieści się wspomniana wcześniej historia Giorgio Perlaski. Jego przypadek udowadnia, że dobro nie potrzebuje czystej karty ani nieskazitelnej przeszłości – pierwotnie przecież popierał on faszyzm. Jednak w godzinie próby potrafił wybrać inaczej. Jak trafnie zauważył Enrico Deaglio, jest to „banalność dobra”: postawa pozbawiona fanfar i manifestów. Dobro, które nie szuka świadków, lecz po prostu jest.

Dlaczego nie reagujemy? Efekt widza

Nie wiem, jakie newsy zobaczysz dziś wieczorem, ale zakładam, że nie zabraknie wśród nich konfliktów zbrojnych, skandali politycznych czy katastrof klimatycznych. Prawdopodobnie usłyszysz po raz kolejny, że świat idzie w złym kierunku. Tak wygląda dieta informacyjna naszej epoki. W takim szumie łatwo o wniosek, że przyzwoitość w małych sprawach to luksus, na który nas nie stać – że liczą się tylko wielka polityka, systemy i struktury. Jest jednak dokładnie odwrotnie.

W psychologii społecznej funkcjonuje pojęcie „efektu widza” (bystander effect). W sytuacji zagrożenia, gdy wokół znajduje się więcej osób, każda z nich jest mniej skłonna do interwencji – zakładamy bowiem, że wyręczy nas ktoś inny. Im więcej świadków, tym większa bierność. To mechanizm, który badali John Darley i Bibb Latané po głośnej sprawie Kitty Genovese – kobiety zamordowanej pod oknami kilkudziesięciu sąsiadów, z których żaden nie wezwał pomocy.

Efekt widza działa jednak w obie strony

Zimbardo udowodnił jednak coś jeszcze: efekt widza można odwrócić. Wystarczy, że ktokolwiek zrobi pierwszy krok. Wystarczy jedna osoba, która nie odwróci wzroku, by inni również zaczęli działać. Przyzwoitość jest zaraźliwa – dokładnie tak samo jak obojętność.

Codzienne mikro przyzwoitości są klejem, który trzyma społeczeństwo w całości. Nie manifesty, nie hashtagi, lecz gesty: otwarcie komuś drzwi, ustąpienie miejsca, przeproszenie za błąd czy wysłuchanie kogoś, z kim się nie zgadzamy. Zimbardo przekonywał, że podejmowanie małych działań każdego dnia poprawia świat – zaczynając od rodziny i szkoły, aż po naród. Edelman ujął to prościej: „To nie heroizm, to przyzwoitość”.

Obaj mieli rację. Ta zbieżność między psychologiem ze Stanfordu a kardiologiem z Łodzi nie jest przypadkowa. Obaj, badając mechanizmy zła, odkryli po drugiej stronie niemonumentalny pomnik dobra, lecz cichy, codzienny i „banalny” gest.


***

Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!


Jak działa empatia, gdy nikt nie patrzy

Wróćmy na przystanek. Mężczyzna upuścił zakupy. Słoik rozbił się o chodnik. Stoisz obok; jest wieczór, jest zimno, masz własne sprawy. Trzy sekundy.

Hannah Arendt powiedziałaby pewnie: uważaj, bierność też jest postawą. Obojętność nigdy nie jest neutralna. W chwili, gdy odwracasz wzrok, bierzesz udział w procesie, który cię przerasta. Marek Edelman dodałby po prostu: to nie heroizm. Przykucnij i pozbieraj. Tylko tyle. Z kolei Zimbardo zauważyłby, że jeśli to zrobisz, istnieje duże prawdopodobieństwo, że kolejna osoba również się zatrzyma. A potem następna. I nagle tam, przy rozbitym słoiku, zrobiłoby się trochę cieplej. Może właśnie dlatego, że w takich momentach najłatwiej zobaczyć, jak działa empatia.

To właśnie jest banalność dobra. Nie spektakl, nie manifesty, nie wielkie słowa. Kilka sekund. Gest dłoni. Decyzja, której nikt nie nagrał. To w takich chwilach widać, kim naprawdę jesteśmy.

Przeczytaj również: Groźne przestępstwo i bierność tłumu. Tak działa mroczny mechanizm

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Dariusz Jaroń

Autor


Pisze od 20 lat. Z wykształcenia ekonomista, z zamiłowania reporter i tłumacz języka angielskiego, a na co dzień specjalista content marketingu. Autor kilku książek non-fiction, w tym jednej nagrodzonej na Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju. Fanatyk sportu, hard rocka i włoskiej kuchni.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.

Zmień tryb na ciemny