Wojna o dno. Czy ekologia musi zniszczyć ocean, by ratować niebo?

Zdjęcie ilustracyjne. Górnictwo głębinowe na dnie oceanu, maszyna wydobywcza zbiera konkrecje polimetaliczne i metale z dna oceanu.

Żeby budować samochody elektryczne, magazyny energii i infrastrukturę odnawialnych źródeł, świat potrzebuje coraz więcej metali. Część przemysłu widzi ich przyszłość na dnie Pacyfiku. Problem w tym, że zielona transformacja może wejść z ciężkim sprzętem w jedno z najmniej poznanych środowisk na Ziemi.

Właśnie tam, na dnie Pacyfiku, rozpoczyna się wyścig, który może zdefiniować geopolitykę XXI wieku. Paradoks jest uderzający. Aby oczyścić atmosferę i ograniczyć skutki kryzysu klimatycznego, ludzkość rozważa rozpoczęcie przemysłowej eksploatacji jednego z ostatnich niemal nietkniętych środowisk na Ziemi. Ratowanie nieba może oznaczać dewastację oceanu.

To nie jest konflikt między postępem a zacofaniem ani między przemysłem i ekologami. Spór dotyczy dwóch dóbr, które dotąd wydawały się nierozłączne: stabilnego klimatu i nienaruszonej przyrody.

Zielona transformacja schodzi na dno oceanu

Architekci transformacji energetycznej od lat ostrzegają, że bez nowych źródeł strategicznych metali cały proces może ugrzęznąć. Tradycyjne kopalnie stopniowo się wyczerpują, a rosnący popyt coraz trudniej zaspokoić wyłącznie wydobyciem lądowym.

Wystarczy spojrzeć na prognozy dotyczące manganu. Globalna podaż tego pierwiastka musiałaby wzrosnąć wielokrotnie jeszcze przed końcem obecnej dekady. Podobna presja dotyczy niklu i kobaltu, kluczowych dla wielu technologii magazynowania energii. Dlatego uwaga świata przesuwa się ku oceanicznym głębinom.

Metale z dna oceanu kuszą przemysł

Na dnie Pacyfiku zalegają konkrecje polimetaliczne: ciemne, przypominające kamienie skupiska minerałów, bogate w strategiczne surowce. Dla przemysłu stanowią obietnicę nowych zasobów. Dla części naukowców to zapowiedź ingerencji w środowisko, którego mechanizmy nadal słabo rozumiemy.

Zwolennicy górnictwa głębinowego przedstawiają tę technologię jako wybór „mniejszego zła”. Ich argument opiera się na emisjach. Produkcja jednego kilograma niklu z dna oceanu generuje około 6,2 kg dwutlenku węgla. Tymczasem wydobycie tego samego surowca w kopalniach lądowych może oznaczać emisję od około 20 do nawet 100 kg.

W takim ujęciu rachunek wydaje się prosty: jeśli świat traktuje politykę klimatyczną poważnie, musi zaakceptować nowe formy wydobycia. Problem w tym, że prosty bilans emisji nie odpowiada na najważniejsze pytanie, jaki koszt ekologiczny kryje się pod powierzchnią oceanu.

Maszyny w świecie bez światła

Perspektywa wydobycia w głębinach nie przypomina wizji ostrożnych badań naukowych. To projekt ciężkiego przemysłu prowadzonego na głębokościach liczonych w tysiącach metrów.
Gąsienicowe maszyny, ważące po kilkadziesiąt ton, miażdżyłyby dno oceaniczne i zdzierały jego górną warstwę wraz z organizmami, które rozwijały się tam przez miliony lat. Dla wielu gatunków oznaczałoby to zniszczenie siedlisk bez realnej możliwości odbudowy.

Podwodny smog może iść dalej niż koparka

Drugim zagrożeniem są ogromne chmury osadów powstające podczas wydobycia. Część pyłu wzniecają same maszyny pracujące przy dnie. Znacznie większe ryzyko wiąże się jednak z materiałem odprowadzanym ze statków po oddzieleniu rudy od wody. Takie zawiesiny mogą przemieszczać się z prądami morskimi na setki kilometrów. Działają jak podwodny smog, duszą organizmy filtrujące, uwalniają do wody metale ciężkie i ograniczają dostęp światła w niższych partiach oceanu.

Do tego dochodzi hałas i sztuczne światło. W świecie permanentnej ciemności obecność maszyn oznaczałaby głębokie zakłócenia sensoryczne, wpływające na komunikację i orientację ssaków morskich, w tym zagrożonych waleni.

Ciemny tlen zmienia stawkę sporu

Sytuację dodatkowo skomplikowały badania opublikowane w 2024 roku. Naukowcy potwierdzili istnienie na dnie Pacyfiku procesów prowadzących do powstawaniatzw. ciemnego tlenu, zjawiska zachodzącego bez udziału światła i fotosyntezy, prawdopodobnie dzięki właściwościom samych konkrecji.

Odkrycie nie oznacza jeszcze biologicznej rewolucji, ale przypomina o czymś istotnym: oceaniczne głębiny pozostają środowiskiem, którego nadal nie rozumiemy w pełni. A to oznacza, że skala ryzyka może być większa, niż zakładamy.

Wizualizacja, zdjęcie ilustracyjne. Górnictwo głębinowe na dnie oceanu, maszyna wydobywcza pracuje wśród konkrecji polimetalicznych.
Fot. ChatGPT

Zielona transformacja nie ma czystego rachunku

Wokół górnictwa głębinowego narosła narracja o nowej gorączce surowcowej. Zwolennicy mówią o rynku wartym miliardy dolarów i strategicznym przełomie dla światowej gospodarki. Tyle że ekonomia nie zawsze potwierdza ten optymizm. Najbardziej kompleksowe analizy wskazują, że całkowita wartość netto sektora w perspektywie pięciu dekad może pozostawać ujemna: od około minus 55 do minus 92 mld dolarów.

Powód jest prosty. Prognozowane zyski przedsiębiorstw, szacowane na około 12 mld dolarów, okazują się niższe niż długofalowe koszty środowiskowe wynikające z degradacji ekosystemów i utraty różnorodności biologicznej.

Ryzyko dotyczy również samej technologii. Przemysłowe wydobycie głębinowe nie zostało jeszcze sprawdzone w pełnej skali operacyjnej. Wystarczy spadek cen metali albo wzrost kosztów, by cały model ekonomiczny okazał się nieopłacalny.

Dodatkowo rynek technologiczny szybko się zmienia. Coraz większą rolę odgrywają baterie litowo-żelazowo-fosforanowe, które nie wymagają ani niklu, ani kobaltu. To nie oznacza końca zapotrzebowania na metale, ale podważa przekonanie, że bez eksploatacji dna oceanicznego zielona transformacja stanie się niemożliwa.

Kto zarobi na metalach z dna oceanu?

Skoro ekonomia budzi tyle wątpliwości, dlaczego wyścig przyspiesza? Bo jego prawdziwym paliwem jest geopolityka. Kontrola nad przyszłymi łańcuchami dostaw może zdecydować o układzie sił w XXI wieku. Dziś dominującą pozycję posiadają Chiny, które od lat budują przewagę w sektorze strategicznych surowców i zielonych technologii.

Oceaniczne głębiny są dla tej strategii naturalnym kolejnym etapem. Nieprzypadkowo Pekin zabezpieczył największą liczbę licencji poszukiwawczych wydawanych przez International Seabed Authority (ISA), instytucję zarządzającą dnem morskim jako „wspólnym dziedzictwem ludzkości”. Sama ISA znajduje się jednak pod rosnącą presją polityczną.

Górnictwo głębinowe: Chiny, ISA i wyścig bez jasnych zasad

Przeciągające się negocjacje i spory między państwami zwiększają ryzyko regulacyjnego impasu. Najbardziej niepokojący scenariusz zakłada, że presja gospodarcza może wyprzedzić prawo. A tam, gdzie pojawia się strategiczny surowiec i luka regulacyjna, zwykle kończy się epoka deklaracji, a zaczyna polityka faktów dokonanych.

Jednocześnie rośnie opór wobec przemysłowej eksploatacji głębin. Ponad dwadzieścia państw, w tym Kanada i Nowa Zelandia, popiera ideę międzynarodowego moratorium. Do tego grona dołączyły także firmy technologiczne i przemysłowe, takie jak BMW, Google czy Samsung. Ich argument pozostaje prosty: zniszczenia dna oceanicznego mogą okazać się trwałe w ludzkiej skali czasu.

Nie każde dno da się odbudować

Koszt samej próby odtworzenia takich ekosystemów szacuje się na ponad pięć milionów dolarów za każdy kilometr kwadratowy i nawet wtedy nie ma gwarancji sukcesu. Wojna o dno nie jest więc sporem między dobrem i złem.

To konflikt między dwoma wizjami odpowiedzialności. Jedna mówi, że bez nowych surowców nie uda się ograniczyć kryzysu klimatycznego. Druga przypomina, że nie każde środowisko można odbudować po przemysłowej ingerencji.

Najbardziej niewygodne jest jednak coś innego: być może po raz pierwszy w historii zielonej transformacji świat staje przed pytaniem nie o to, czy działać, ale gdzie zaakceptować stratę. Ratowanie nieba może bowiem oznaczać ryzyko utraty części oceanu. A decyzje podejmowane dziś zdecydują nie tylko o stanie klimatu, lecz także o tym, kto zbuduje nowe imperia na surowcach wydobywanych z otchłani.

Przeczytaj również: Ukryty pierwiastek władzy. Europa zależy od jednej skały


Na scenie zobaczysz:

Spotkasz w strefie książek:

***

Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!


Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Dariusz Jaroń

Autor


Pisze od 20 lat. Z wykształcenia ekonomista, z zamiłowania reporter i tłumacz języka angielskiego, a na co dzień specjalista content marketingu. Autor kilku książek non-fiction, w tym jednej nagrodzonej na Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju. Fanatyk sportu, hard rocka i włoskiej kuchni.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.