Prawda i Dobro
Komunizm wcale nie umarł? Świat potrzebuje nowego Orwella
28 maja 2026

Skutki polaryzacji społecznej są głębsze, niż nam się wydaje. Nie chodzi już tylko o to, że coraz bardziej się nie lubimy. Coraz częściej uznajemy za moralnie słuszne aktywne krzywdzenie „tamtych”. Nawet wtedy, gdy nie przynosi nam to żadnej korzyści.
W świecie, w którym żyjemy, skutki polaryzacji społecznej nie kończą się na ostrzejszych nagłówkach i rodzinnych kłótniach przy stole. Najnowsze badania pokazują coś znacznie poważniejszego. Okazuje sie, że coraz częściej uznajemy krzywdzenie „tamtych” za moralnie słuszne, wręcz pożądane.
W jednym z eksperymentów przeprowadzonych w 2026 roku w USA badani mieli podzielić realne pieniądze otrzymane od anonimowej osoby o określonych poglądach politycznych – swojego sojusznika, przeciwnika albo kogoś o nieznanych przekonaniach. Okazało się, że znacznie częściej byli gotowi aktywnie zaszkodzić przeciwnikowi niż komukolwiek innemu. Działo się tak nawet wtedy, gdy nie przynosiło im to żadnej korzyści finansowej. Co więcej – uznawali, że jest to zachowanie, które „należy” wybrać.
Globalne raporty, takie jak „Global Risks Report” Światowego Forum Ekonomicznego, wymieniają polaryzację społeczną – obok dezinformacji i ekstremalnych zjawisk pogodowych – jako jedno z najpoważniejszych krótkoterminowych zagrożeń dla świata. Do tego dochodzą międzynarodowe analizy trendów w tzw. polaryzacji afektywnej pokazujące, że w wielu krajach od dekad rośnie gotowość, by widzieć w oponentach nie tylko ludzi o innych poglądach, lecz wrogów niegodnych zaufania. Na tym tle skutki polaryzacji społecznej stają się czymś więcej niż konfliktem o program partii.
Humanizm – w swoim minimalistycznym sensie – mówi, że istnieje pewne „minimum dobra”, które należy się każdemu, po prostu dlatego, że jest człowiekiem. Nie dlatego, że myśli tak jak my. Nie dlatego, że popiera „naszą” partię. Ale dlatego, że dzieli z nami los istoty kruchej, śmiertelnej, podatnej na cierpienie. Tymczasem wyniki przywołanych badań sugerują, że w praktyce coraz częściej stosujemy inny kodeks. „Dobro” należy się swoim, wobec „tamtych” wolno, a nawet wypada być niesprawiedliwym.
To nie jest już tylko spór o wartości, lecz ich selektywne stosowanie. Wobec bliskich mówimy o godności, szacunku, prawach człowieka. Wobec przeciwników politycznych te same słowa jakby tracą ważność. Skutki polaryzacji społecznej ujawniają się w cichym przyzwoleniu: jeśli „oni” stracą pracę, zostaną odcięci od środków, jeśli staną się obiektem agresji – trudno, „sami są sobie winni”. Tym samym humanizm zaczyna obowiązywać tylko w obrębie plemienia.
W klasycznej demokracji polityczny przeciwnik jest kimś, z kim się spiera, ale komu nie odmawia się miejsca przy stole. Możemy uznawać jego poglądy za błędne, nawet groźne, ale zakładamy, że nadal pozostaje osobą, której nie wolno po prostu instrumentalnie skrzywdzić. W logice rosnącej polaryzacji przeciwnik staje się moralnie podejrzany. Nie tylko się myli, ale jest „zły”.
Stąd już krok do przekonania, że skrzywdzenie go nie jest naruszeniem dobra, lecz jego obroną. W eksperymentach, w których ludzie dobrowolnie odbierają pieniądze politycznym oponentom, nie chodzi o zwykłą niechęć. Chodzi o coś głębszego: o poczucie, że krzywda wyrządzona wrogowi jest moralnie usprawiedliwiona, a może nawet konieczna.
Gdy takie myślenie zostaje znormalizowane, skutki polaryzacji społecznej stają się widoczne także w życiu codziennym. W języku mediów, w kampaniach politycznych, w codziennym sposobie mówienia o „tamtych”.
Wspólnota polityczna to nie tylko wspólne terytorium i system podatkowy. To także – a może przede wszystkim – przekonanie, że jesteśmy nawzajem jakoś odpowiedzialni za swoje losy. Jeśli połowa społeczeństwa przestaje widzieć w drugiej połowie ludzi „wartych” uczciwości i współczucia, znika coś fundamentalnego. Znika poczucie, że cokolwiek nas jeszcze naprawdę łączy.
Raporty ostrzegają, że tam, gdzie polaryzacja sprzęga się z dezinformacją i kryzysami gospodarczymi, łatwiej o wybuch przemocy, o odwrócenie się od demokracji jako „teatru obłudnej wspólnoty”. Można wówczas żyć obok siebie, ale coraz trudniej żyć razem.
Skutki polaryzacji społecznej widać w mikroskali: w przerwanych relacjach rodzinnych, w milczeniu przy świątecznym stole, w decyzji, by „dla świętego spokoju” ukrywać swoje poglądy. To nie są tylko koszty psychologiczne. To erozja przestrzeni, w której mogłaby wydarzyć się jakakolwiek autentyczna rozmowa.
W epoce, w której badania i globalne raporty nie pozostawiają złudzeń, że polaryzacja jest realna, rosnąca i kosztowna moralnie, najważniejsze rozstrzygnięcia nie zapadają na poziomie statystyk. Ich prawdziwą sceną są codzienne, drobne sytuacje, w których każdy z nas decyduje, czy polityczna tożsamość drugiego człowieka zwalnia go z prawa do minimalnej sprawiedliwości.
Nie chodzi już tylko o zgodę lub niezgodę, lecz o gotowość, by mimo różnic wciąż rozpoznawać w sobie nawzajem ludzi, których nie pozbawia się podstawowego szacunku. Humanizm w epoce polaryzacji nie polega na powszechnej sympatii, ale na świadomej odmowie korzystania z prawa do bezkarnego krzywdzenia innych. Tam, gdzie ta powściągliwość znika, spór polityczny stopniowo przechodzi w kolejną formę wojny – tyle że prowadzonej bez formalnego wypowiedzenia.
Przeczytaj również: Polityka dzieli, bo musi. Z tej gry można wyjść
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: