Cavatina - Tworzymy miejsca przyjazne do pracy

Areszt za brzydkie słowa. Czy tu na pewno chodzi o kulturę?

Mężczyzna siedzący przed komputerem i zasłaniający sobie dłonią usta w obawie przed karami za wulgaryzmy

Czy państwo ma prawo karać nas za „brzydkie słowa” w sieci? W jednym z krajów właśnie wprowadza się kary za wulgaryzmy, obiecując „ucywilizowanie” debaty. Problem w tym, że taka regulacja mówi więcej o ambicjach władzy niż o trosce o kulturę języka.

Kary za wulgaryzmy w internecie

Kazachstan postanowił „ucywilizować” internet, wprowadzając kary za wulgaryzmy w sieci. Za używanie „nieprzyzwoitego języka” na platformach internetowych przewidziano grzywnę, prace społeczne albo areszt. To nie jest już ściganie zniesławienia, nawoływania do przemocy czy gróźb karalnych, ale penalizacja samej formy wypowiedzi.

Na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak próba „ucywilizowania debaty”. Każdy, kto spędził choć kilka godzin w mediach społecznościowych, wie, jak łatwo dyskusja zamienia się w rynsztok. Stąd pokusa, że skoro ludzie nie są w stanie nauczyć się kultury osobistej, może zrobi to za nich państwo. Tu pojawia się jednak ryzyko, że ochrona przed agresją słowną może zamienić się w kontrolę nad samym językiem? A więc nad sposobem, w jaki obywatele mogą wyrażać gniew, bunt i niezgodę.

Od zasady krzywdy do zasady obrazy

Klasycznym punktem odniesienia dla liberalnych teorii wolności słowa jest zasada krzywdy Johna Stuarta Milla. Według Milla przymus wobec jednostki można stosować tylko po to, by powstrzymać ją przed wyrządzaniem realnej szkody innym. Sama obraza, szok czy zgorszenie rzadko spełniają ten warunek.

Wulgaryzm jako taki nie rani w sposób porównywalny z przemocą fizyczną, kradzieżą czy nawet zorganizowaną kampanią nienawiści. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ostry język łączy się z podżeganiem do przemocy, uporczywym nękaniem albo wytwarzaniem atmosfery linczu.

Kiedy państwo zaczyna karać już samo „posługiwanie się wulgaryzmami”, przesuwa się z logiki ochrony przed szkodą w stronę logiki ochrony przed obrazą, o której pisał Joel Feinberg. To zasada, która dopuszcza pewne ograniczenia wolności jednostki, by chronić innych przed skrajnym, nieuniknionym doświadczeniem upokorzenia.

Feinberg przestrzega jednak przed zbyt szerokim stosowaniem tej zasady. Poczucie obrazy jest bowiem subiektywne, kulturowo zmienne i podatne na polityczne nadużycia. Gdy państwo bierze je na sztandary, bardzo łatwo zaczyna karać nie tyle za realną szkodę, ile za naruszenie dominującej wrażliwości.

Argument, który brzmi rozsądnie

Zwolennicy wprowadzania kar za wulgaryzmy nie są pozbawieni argumentów. Wskazują, że bez realnych sankcji agresja słowna w sieci wymyka się spod kontroli, a osoby słabsze – dzieci, nastolatki, ludzie spoza głównego nurtu – po prostu znikają z przestrzeni publicznej, bo nie są w stanie znieść nieustannego hejtu.

Podkreślają też, że jeśli tolerujemy język całkowicie odklejony od elementarnej przyzwoitości, to w praktyce oddajemy debatę najgłośniejszym i najbardziej brutalnym. Zaburzamy tym samym demokratyczną równość dostępu do głosu. W ich ujęciu kary za wulgaryzmy mają być nie zamachem na wolność słowa, lecz narzędziem jej ratowania – poprzez podniesienie minimalnego standardu rozmowy.

Problem zaczyna się w momencie, gdy ten argument o „cywilizowaniu dyskusji” zostaje połączony z szeroką uznaniowością państwa. Wtedy to, co miało chronić słabszych, bardzo łatwo staje się sposobem selektywnego uciszania gniewu, który władza uznaje za zbyt głośny, zbyt brzydki albo po prostu zbyt niewygodny.

Nowy numer już jest!

Kiedy język staje się narzędziem kontroli

Kary za wulgaryzmy przedstawiane są jako obrona porządku publicznego i moralności. W praktyce sprowadzają się jednak do prostego pytania: czy wolno używać „brzydkich słów” w przestrzeni, którą państwo uznaje za publiczną. To ruch z pozoru niewinny – dotyczy przecież tylko formy, nie treści. Tyle że w polityce forma i treść są splecione.

To właśnie język agresywny, potoczny, najeżony przekleństwami jest często językiem protestu, ulicy, memów i antysystemowej ironii. Odcinając ten rejestr, państwo nie tylko „oczyszcza” debatę, ale też osłabia najbardziej ekspresywną formę sprzeciwu.

Kategoria moralności publicznej jest wykorzystywana do produkowania wzorca „dobrego obywatela”: spokojnego, umiarkowanego, nieprzekraczającego granic językowych. Taki obywatel jest mniej konfrontacyjny, mniej zdolny do gwałtownego, symbolicznego zerwania z obowiązującym porządkiem.

Kary za wulgaryzmy: co wolno mówić?

Dochodzi do tego problem nieostrości. Kategorie „wulgarne”, „nieprzyzwoite” i „obraźliwe” są z definicji płynne. To, co dla jednych jest niewinnym przekleństwem, dla innych może być powodem do oburzenia, a dla jeszcze innych – normalnym elementem codziennej mowy.

Kiedy uprawomocni się karanie za wulgaryzmy, ktoś – policjant, prokurator, sędzia – musi zdecydować, gdzie przebiega granica. Nie chodzi więc tylko o to, co wolno powiedzieć, ale kto ma prawo decydować, co jest „przyzwoite”, a co już „chamskie”.

Niejako przy okazji pojawia się też efekt mrożący. Użytkownicy, widząc, że za przekleństwo w komentarzu może grozić kara, zaczną autocenzurować nie tylko wulgaryzmy, ale i ostrą krytykę, ironiczne memy oraz bardziej bezkompromisową satyrę. Bezpieczniej będzie milczeć albo mówić wyłącznie językiem łagodnym, pozbawionym mocniejszych sformułowań.

Bezpieczeństwo emocjonalne kontra wolność słowa

W liberalnych demokracjach europejskich narasta dziś napięcie między wolnością słowa a potrzebą ochrony przed mową nienawiści, uporczywym nękaniem i dezinformacją. Dyskusja dotyczy przede wszystkim tego, kiedy słowo realnie zagraża cudzym prawom i bezpieczeństwu, a kiedy „tylko” obraża czy szokuje.

Kazachski przykład pokazuje jednak, jak łatwo ten spór przesunąć o krok dalej: z pytania „czy wolno karać za podżeganie do przemocy?” na pytanie „czy wolno karać za nieładny język?”. Ten drugi krok wydaje się niewielki, ale jego konsekwencje są jakościowo inne. Z obszaru krzywdy schodzimy na obszar estetyki i obyczaju. Sfer, w których państwo powinno działać z największą ostrożnością.

Jak rozumiemy wolność słowa?

Ostatecznie stawką w sporze o kary za wulgaryzmy jest to, jak rozumiemy wolność słowa w epoce cyfrowej. Jeśli internet ma być przede wszystkim przestrzenią „bezpieczną” emocjonalnie, będziemy skłonni oddać państwu coraz więcej narzędzi regulowania tego, co i jak mówimy.

Jeśli natomiast uznamy, że wolność słowa z konieczności wiąże się z ryzykiem obrazy, szoku i konfrontacji z cudzą wulgarnością, będziemy raczej ograniczać interwencję prawa do przypadków realnej krzywdy.

Kazachstan wybiera wyraźnie ten pierwszy kierunek. Pytanie, czy w imię „cywilizowania” debaty nie zaczynamy w Europie zbliżać się do niego bardziej, niż chcielibyśmy to przyznać.

Przeczytaj również: Jacek Piekara: Zakładają nam kaganiec. Wolności oddać nie umiem


Na scenie zobaczysz m.in.:


***

Rejestracja trwa.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Mariusz Martynelis

Dziennikarz


Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej, od 15 lat związany z branżą medialną. Doświadczenie zdobywał m.in. w „Dzienniku Łódzkim”, „Super Expressie” oraz „Esce”. Równolegle współpracował z agencjami reklamowymi i zajmował się tłumaczeniem filmów. Pasjonat dobrego kina, literatury fantastycznej oraz sportu. Swoją kondycję fizyczną i psychiczną zawdzięcza samojedowi o imieniu Jaskier.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.