Nauka
Kot Schrödingera wraca. Oxford zajrzał w głąb świata kwantów
26 czerwca 2026

Poznański Czerwiec 1956 nie był efektem wielkich spisków ani powstańczych planów. Siedemdziesiąt lat temu w Poznaniu zaczęło się od tego, co zawsze niszczy człowieka: pracy ponad siły, upokorzenia, głodowej pensji, kłamstw i pogardy. Tego dnia ludzie wyszli na ulice nie tylko „po chleb”. Upomnieli się także o swoją godność i wolność.
Idą miastem w martwe ulice
Głód ma oczy zimne, jak stal…
— Andrzej Waśkiewicz, 28 VI 1956
28 czerwca 1956 roku z bram Zakładów Przemysłu Metalowego im. Józefa Stalina w Poznaniu wylał się wzburzony tłum. Najpierw szli robotnicy „Ceglorza”, później dołączyły krawcowe i szwaczki, a za nimi ludzie z fabryk, tramwajów, ulic, poznańskich uczelni i szkół średnich. Na ulicę wyszło spokojne, tradycyjnie pracowite miasto, które miało dość kłamstw. W krzyku „My chcemy chleba”, „Chcemy wolności” wybrzmiewało także między wierszami: „chcemy prawdy i godności”. Coś się tego dnia zmieniło. Pękło kłamstwo totalitarnego systemu.
System komunistyczny nie bał się biedy, bo przecież nią przez powojenną dekadę nauczył się zarządzać. Jak każda władza oparta na pogardzie, kłamstwie i przemocy bał się chwili, w której strach przed nią przestanie działać. I to nie dlatego, że zwykli ludzie nagle poczują się wszechmocni i nieśmiertelni, lecz dlatego, że życie w upokorzeniu i kłamstwie w pewnym momencie każe im odkryć coś jeszcze gorszego od lęku: własną bezczynność i milczenie.
Ten moment nastąpił 28 czerwca 1956 roku w Poznaniu. Wielu, zwłaszcza starszych mieszkańców stolicy Wielkopolski, doskonale pamiętało niemiecką okupację i mordy w Konzentrationslager Posen, a później poznańskie obozy NKWD i represje UB. A jednak postanowiło powiedzieć: dość.
Na ulicach polała się krew. Wyjechały czołgi i transportery opancerzone. Co najmniej 58 osób zginęło, setki zostały ranne. Wśród zabitych był trzynastoletni Romek Strzałkowski. Ludzie, którzy wyszli upomnieć się o godność, zostali nazwani „wrogami Polski ludowej”, „imperialistyczną agenturą” i „prowokatorami”.
Dwa dni ulicznych walk. A później przesłuchania, bicie, aresztowania, polityczne procesy i trwające przez kolejne dekady szykany wobec rodzin. „Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie”– grzmiał premier Józef Cyrankiewicz.
W szerszej perspektywie Powstanie Poznańskiego Czerwca 1956 było zdecydowanie czymś większym niż protestem ekonomicznym czy pierwszym antykomunistycznym buntem w Polsce po II wojnie światowej. Było procesem zbiorowego odzyskiwania godności, którą komunistyczny totalitaryzm próbował wykorzenić z człowieka.
Kiedy w Poznaniu krzyczano „Chleba i wolności!”, nie chodziło wyłącznie o puste półki sklepowe i niskie pensje. Chodziło także o prawo do bycia wolnym człowiekiem, o prawo do prawdy, własnego głosu, wolności sumienia i poglądów. Do życia zgodnie ze sobą, a nie wbrew sobie. Poznański Czerwiec 1956 był jednym z najczystszych momentów przebudzenia świadomości w powojennej Europie Środkowej.
A dziś pamięć o tym pierwszym zrywie w powojennej Polsce przeciw nieludzkiemu systemowi powinna być powracającym pytaniem: czy umiemy zobaczyć zwykłego człowieka po drugiej stronie oficjalnych statystyk i medialnych informacji.
Przeczytaj rownież: Honor silniejszy niż strach? To dzieje się w naszym mózgu




***
Ostatni moment na bilety w cenie 49 zł.
Od 1 lipca cena rośnie!
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: