Poprzedni
Następny

Żałoba, strach, nieśmiertelność. Filmy o życiu i śmierci

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
„Midsommar. W biały dzień”
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 6 minut

Bargarh Listopad to zwyczajowo czas zadumy i refleksji nad przemijaniem. Dlatego wybraliśmy dla Was kilka filmów idealnych na ten czas – ich tematyka krąży wokół śmierci, ale w zasadzie to jedyne, co je łączy. Poniżej polecamy przegląd obrazów traktujących o śmierci – refleksyjnych, przerażających, a nawet… zabawnych

legitimately Midsommar. W biały dzień conceitedly , 2019 r., reż. Ari Aster

Rzadki okaz oryginalnego konceptu we współczesnym kinie. Także gatunkowego, bo Midsommar. W biały dzień to horror etnograficzny. Pokazuje, że nowoczesne, uważane za „cywilizowane” sposoby radzenia sobie ze śmiertelnością, takie jak medykalizacja, terapie i psychologia, to niejedyna recepta na radzenie sobie ze sprawami ostatecznymi.

Siostra Dani, głównej bohaterki, popełnia rozszerzone samobójstwo, zabijając także rodziców. Do tej traumy dochodzą kolejne problemy: poczucie wyobcowania, depresja, kryzys związku. Sposobem na oderwanie się od problemów ma być wspólny wyjazd do Szwecji w gronie przyjaciół – studentów kierunków humanistycznych. Sympatyczny kolega z akademickiej wymiany zaprasza na letni festiwal w rodzinnej wsi na północy kraju.

http://salenor.es/?akapylko=arroyo-de-la-luz-ligar-en-gratis&878=6d „Midsommar. W biały dzień”

Midsommar to niezwykły film. Horror w świetle dnia, gagi wśród narastającej makabry, wysublimowana estetycznie opowieść o nieoczywistości dobra i zła oraz kruchości współczesnego ładu. Wymowa filmu jest jednocześnie progresywna (emancypacyjna) i konserwatywna (tradycja jako siła porządkująca świat).

Dlaczego powinniście obejrzeć Midsommar?

Warto obejrzeć Midsommar bez wstępnych założeń i nastawiania się na konkretny przekaz. Jednak nie sposób zlekceważyć zawartego w nim komunikatu – zachodnia cywilizacja zabrała nam umiejętność radzenia sobie ze sprawami ostatecznymi i wiarę w trwały ład. Warto zastanowić się nad tym, co straciliśmy i czy przypadkiem nie popełniliśmy błędu, odrzucając nasze dziedzictwo w imię postępu.

Jan Bińczycki

Opieka domowa, 2015 r., reż. Slávek Horák

Vlasta to pielęgniarka opiekująca się schorowanymi pacjentami w ich domach. Z oddaniem wykonuje swoją pracę, a po godzinach gotuje i sprząta dla swojego męża Ladi, nie otrzymując od nikogo najmniejszych oznak wdzięczności. Daje z siebie tak wiele, że zapomina o własnym szczęściu. Do czasu. Gdy lekarze wykrywają u niej raka w zaawansowanym stadium i oznajmiają, że zostało jej pół roku życia, Vlasta staje przed najważniejszym zadaniem – musi przygotować siebie i innych na własne odejście.

Opieka domowa w sposób głęboko wzruszający pokazuje drogę, jaką przechodzi główna bohaterka i jej bliscy. U schyłku życia Vlasta uczy się kochać siebie oraz wymagać od innych uwagi i czułości, których zawsze jej skąpiono. Nawet jeśli bywa to trudne – jak w przypadku męża bohaterki, który po tylu latach zamknięcia długo nie jest w stanie przełamać się i pokazać jej, ile dla niego znaczy.

Twórcom filmu nie brak jednak czeskiego dystansu, nawet gdy mowa o tak poważnym temacie. W ramach preludium do własnej śmierci na pogrzebie jednego ze swych podopiecznych Vlasta, usiłując wyciągnąć stamtąd swój telefon, wpada do świeżo wykopanego grobu. „Ten jest już zajęty” – śmieje się chłopak, który pomaga jej wyjść.

Dlaczego powinniście obejrzeć Opiekę domową?

Bo – zgodnie z czeską filozofią obśmiewania wszystkiego, czego się boimy – film Horáka pomaga się oswoić z myślą o śmierci, a równocześnie jest ważną lekcją międzyludzkich relacji. Oraz dla najpiękniejszej, symbolicznej sceny końcowej.

Anna Maślanka

Źródło, 2006 r., reż. Darren Aronofsky

Film Źródło przedstawia cykl życia i śmierci na przestrzeni 1000 lat przez pryzmat doświadczeń głównych bohaterów. Zrealizowany z epickim rozmachem i obfitujący w subtelne symbole obraz prezentuje losy jednostek mierzących się w codziennym życiu z nieuchronnymi prawami natury, a zwłaszcza z przemijaniem i jego konsekwencjami.

Na akcję filmu składają się historie trzech głównych bohaterów. Pierwszym z nich jest Thomas Verde, konkwistador poszukujący mitycznego Drzewa Życia w Ameryce Południowej na początku XVI w. Kolejnym – żyjący w XX w. naukowiec Thomas Creo pracujący nad lekarstwem, które mogłoby uratować jego umierającą żonę. Trzecim zaś – Tommy przemierzający przestrzeń kosmiczną kilka stuleci później.

„Źródło”

W te trzy postacie wcielił się genialny Hugh Jackman. Ich losy w zaskakujący sposób przeplatają się ze sobą, tworząc ponadczasową opowieść o bólu i nadziei. We wszystkich wymiarach na pierwszy plan przebija się niezwykły humanizm kierujący poczynaniami bohaterów i motywujący ich do dokonywania niełatwych wyborów. Czy nieśmiertelność można znaleźć tam, gdzie w nieoczywisty sposób splatają się śmierć i miłość?

Dlaczego powinniście obejrzeć Źródło?

Wrażenie na widzu może zrobić ujęcie tematu przemijania w konwencji dramatu science fiction. Dużą rolę odgrywa także wizualna strona Źródła, a plastyczne obrazy przedstawiające dżunglę z początków XVI w. są nie mniej atrakcyjne niż wizja podróży w przestrzeni kosmicznej. Kolejnym atutem jest muzyka w wykonaniu Kronos Quartet, podkreślająca dramatyzm i wymowę filmu Darrena Aronofsky’ego. Nie jest przypadkiem, że Źródło szybko zyskało status filmu kultowego.

Przemysław Henzel

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, 2017 r., reż. Martin McDonagh

Małomiasteczkowy kryminał, opowieść o zemście i poszukiwaniu sprawiedliwości, niebanalny portret zwykłych ludzi z amerykańskiej prowincji. Komediodramat Martina McDonagha oferuje te wszystkie walory. A nawet więcej, bo to także opowieść o śmierci, z którą trudno się pogodzić.

Mildred Hayes, której nastoletnia córka została brutalnie zgwałcona i zamordowana, dopomina się o sprawiedliwość w sposób, jaki właściwy jest ludziom słabszym, pozbawionym wsparcia i podmiotowości. Trochę szaleńczy, wręcz pieniacki – lokalna społeczność nie potrafi ustalić wspólnego stanowiska wobec tragedii i samotnego (z początku) protestu przeciw złu.

„Trzy billboardy za Ebbing”

A za miasteczkiem Ebbing, niczym wyrzut sumienia, stoją wynajęte przez Mildred billboardy z hasłami „Zgwałcona w czasie mordu”, „I nadal żadnych aresztowań?”, „Jak to możliwe, szeryfie Willoughby?”. Sprawy się komplikują, przybierają niekontrolowany obrót, a na koniec okazuje się, że nie mogły potoczyć się innym torem.

Dlaczego powinniście obejrzeć Trzy billboardy?

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri warto obejrzeć jako film o stracie, o tym, że życie i śmierć to skomplikowane sprawy, o daremnej próbie załagodzenia sporów, w które popadliśmy z nieżyjącymi, i o tym jak ważna jest solidarność z tymi, którzy cierpią.

Jan Bińczycki

Joe Black, 1998 r., reż. Martin Brest

Wyobraźmy sobie, że Śmierć odwiedza nas bez zapowiedzi, informując – bez zbędnego owijania w bawełnę – że właśnie robi sobie wakacje i zamierza towarzyszyć nam w ostatnich chwilach życia. W zamian oferuje czas, który możemy wykorzystać. Wchodzimy w to?

Na taki układ przystaje biznesmen i miliarder William Parrish (Anthony Hopkins) – jeden z głównych bohaterów filmu Joe Black w reżyserii Martina Bresta. Zgodził się bez przerażenia i odrazy, bo zawarł pakt nie ze Śmiercią znaną choćby z obrazów barokowych i filmu Bergmana, ale z przystojnym i pełnym uroku osobistego mężczyzną (Brad Pitt). Joe Black z impetem wkracza w życie Parrishów. Przewraca je do góry nogami, stając się dla niektórych członków rodziny persona non grata. Dla innych – wręcz przeciwnie.

„Joe Black”

Gdy rozpoczyna realizację swojej misji, jest pewny siebie, stanowczy, bezwzględny, a przy tym szalenie intrygujący. Jednak z każdym kolejnym doświadczeniem wśród żywych łagodnieje. Dochodzi do sytuacji precedensowej: Śmierć zaczynają dręczyć rozterki moralne, które nakazują zastanowić się nad wykonaniem zadania.

Dlaczego powinniście obejrzeć Joe Black?

Nie tylko dla doskonałej obsady i niesztampowego ujęcia tematu śmierci, ale przede wszystkim dlatego, że ten film jest wspaniałą afirmacją życia, które – jak się okazuje – może pokochać nawet Śmierć.

Katarzyna Domagała

Ze śmiercią jej do twarzy, 1992 r., reż. Robert Zemeckis

Na koniec coś dla wszystkich tych, którzy chcieliby odpocząć od melancholijnej atmosfery listopada i mają ochotę na lekką rozrywkę z dużą dawką czarnego humoru. Madaline Ashton (nominowana za tę rolę do Złotego Globu Maryl Streep) jest średniej klasy aktorką, a jej główny atut – uroda – zaczyna powoli przemijać.

Po latach spotyka Helen (Goldie Hawn), dawną przyjaciółkę, której systematycznie odbijała kolejnych partnerów. Kiedy znów obie zaczynają rywalizować o serce jednego mężczyzny, już nie tak młode i nieco po przejściach, postanawiają (oczywiście w tajemnicy przed sobą) uciec się do pomocy sił nadprzyrodzonych. Wypijają eliksir wiecznej młodości, który – jak się okazuje – czyni je nieśmiertelnymi. Potem karuzela absurdu tylko się rozpędza.

„Ze śmiercią jej do twarzy”

Zemeckis wymyślił Ze śmiercią jej do twarzy jako satyrę na hollywoodzkie pragnienie wiecznej młodości – i rzeczywiście, wśród serii gagów i efekciarskich scen walki dwóch protagonistek jest to film opowiadający historię ucieczki przed starością i przemijaniem.

Dlaczego powinniście obejrzeć Ze śmiercią jej do twarzy?

Od premiery minęło ponad 20 lat, a efekty specjalne w 1992 r. nagrodzone Oscarem dzisiaj wywołują co najwyżej uśmieszek pobłażania. A jednak to film, który w swojej najgłębszej warstwie pozostaje aktualny. Zemeckis pokazuje, że kult piękna, w jakim wciąż – mimo kolejnych kampanii promujących samoakcpetację i ciałopozytywność – funkcjonujemy, tak naprawdę podszyty jest dojmującym strachem przed śmiercią. W pogoni za wieczną młodością zapominamy o tym, czego powinniśmy się bać, jeśli ten strach w taki czy inny sposób wyeliminujemy. Ze śmiercią jej do twarzy próbuje – pod grubą warstwą purnonsensu – odpowiedzieć na to pytanie.

Dominika Kardaś

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES