Nauka
Czy czas może płynąć na dwa sposoby? Zegar pokaże granicę świata
05 czerwca 2026
13 grudnia 1981 roku znany dyrygent Andrzej Kucybała miał ruszyć do Bielska-Białej, by objąć szkołę muzyczną, której prawie nie znał. Zamiast podróży przyszedł stan wojenny, a kilka miesięcy później — gabinet, skonfliktowane środowisko i człowiek z SB w granatowym garniturze, który tłumaczył mu, kogo ma słuchać.
Rok szkolny 2025/2026 to rok jubileuszu 80-lecia Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych im. St. Moniuszki w Bielsku-Białej, ale 2 grudnia 2025 r. to 80. rocznica moich urodzin. A więc formalnie jesteśmy równolatkami. Szkoła jednak, w przeciwieństwie do mnie, jest wciąż młodym organizmem, wypełnianym corocznie najmłodszymi rocznikami i z nieustającym „wilczym” apetytem na wielkie sukcesy. A ja?
To pytanie, na które z jednej strony łatwo znaleźć właściwą odpowiedź, a z drugiej — bardzo trudno. Organizm mówi swoje i dopomina się o odpoczynek, powtarza: „Daj sobie już spokój… zajmij się swoim zdrowiem”, a z drugiej strony nie ustaje chęć działania i praca na rzecz kultury muzycznej w Bielsku-Białej wręcz domaga się czynności i działań, które czasami przerastają oczekiwania zestarzałego organizmu.
Symbioza mojej osoby z tym miastem zaczęła się tak naprawdę jesienią 1981 roku. Decyzją ówczesnych władz politycznych, w tym bardzo burzliwym okresie jesieni 1981 roku, w czasie walki „Solidarności” z władzami politycznymi o prawa i wolność jednostki obywatelskiej, zlikwidowane zostały moje projekty muzyczne w Tarnobrzegu i Stalowej Woli — w której wtedy mieszkałem. Użyłem celowo słowa „moje”, gdyż związałem z nimi całe swe życie zawodowe. Mój świat, w którym realizowałem się artystycznie, po prostu się zawalił.
Likwidacji uległ projekt tworzonej przeze mnie od podstaw „Tarnobrzeskiej Orkiestry Symfonicznej”, a także Festiwal „Młodzi Muzycy Młodemu Miastu” w Stalowej Woli i Festiwal „Spotkania Muzyczne w Baranowie Sandomierskim”, w których uczestniczyłem od ich pierwszej edycji i które były moim oraz moich koleżanek i kolegów „oczkiem w głowie”.
Stwierdziłem, że muszę szukać dla siebie nowego miejsca i nowych wyzwań. Czas mojej działalności zawodowej i artystycznej w województwie tarnobrzeskim właśnie minął, a właściwie, jak się potem okazało, z hukiem i strachem stanu wojennego zamknął przede mną drzwi.
Czytając w październiku 1981 roku Ruch Muzyczny, mimochodem natknąłem się na anons, iż Wydział Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Bielsku-Białej ogłasza konkurs na stanowisko dyrektora Państwowej Podstawowej i Licealnej Szkoły Muzycznej w Bielsku-Białej. Ponieważ wszystko, w co byłem zaangażowany zawodowo, straciło rację bytu, postanowiłem złożyć stosowne dokumenty i wystartować w tym konkursie. Nie bardzo wierzyłem w sukces, mając świadomość braku znajomości bielskiego środowiska artystycznego i pedagogicznego, a także jakiejkolwiek znajomości tej szkoły.
Owszem, wiedziałem, jaka to szkoła, że jej struktura jest podobna do tej, której w Katowicach byłem absolwentem, ale tak naprawdę to było tylko tyle. Zupełnie nie znałem bielskiej szkoły muzycznej, chociaż moje liceum muzyczne w Katowicach w latach 60. ubiegłego wieku trochę konkurowało na Śląsku z bielską szkołą o tytuł najlepszej ogólnokształcącej szkoły muzycznej.
Również samo miasto Bielsko-Biała zapamiętałem bardzo mgliście z jedynej wizyty w czerwcu 1978 roku, gdy odwiedzałem mojego ojca, który przebywał na urlopie w domu wczasowym FWP w Bielsku-Białej przy obecnej ul. Armii Krajowej 181, który dziś pełni funkcję domu pomocy społecznej i hospicjum. Zawsze lubiłem podejmowanie nowych wyzwań i pociągało mnie mierzenie się z nowymi wyzwaniami i niespodziewanymi przeciwnościami, ale także budowanie czegoś od podstaw.

Na początku grudnia 1981 roku otrzymałem z Wydziału Kultury i Sztuki telegram informujący, że w wyniku postępowania konkursowego zapraszają mnie na 14 grudnia, na godz. 10.00, do Urzędu Wojewódzkiego w Bielsku-Białej na rozmowę i podpisanie umowy.
W niedzielę 13 grudnia spakowałem się i po obiedzie zamierzałem wyjechać do Bielska-Białej. I jak grom z jasnego nieba: o dwunastej w południe telewizyjne wystąpienie Jaruzelskiego, informujące, że ogłasza stan wojenny i że od 13 grudnia obowiązuje zakaz przemieszczania się, dotyczący wszystkich obywateli. Stan wojenny spowodował, że wyjazd, jak i objęcie funkcji dyrektora bielskiej szkoły muzycznej, po prostu „spaliły na panewce”. Powiedziałem sobie: „Los tak chciał”, nie było mi to pisane.
Pod koniec stycznia 1982 roku otrzymałem pismo podpisane przez ówczesną wicedyrektor Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego, śp. panią Małgorzatę Korzonkiewicz, z zapytaniem, czy nadal jestem zainteresowany objęciem funkcji dyrektora bielskiej szkoły muzycznej. Odpisałem, że nadal mnie to interesuje, ale ze względu na to, że w owym czasie pełniłem funkcję głównego inspektora wojewódzkiego w Wydziale Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Tarnobrzegu, potrzebna była zgoda na przeniesienie służbowe od wojewody tarnobrzeskiego.
Taką zgodę uzyskałem i 2 marca 1982 roku, w towarzystwie pani M. Korzonkiewicz, pojawiłem się na posiedzeniu Rady Pedagogicznej bielskiej szkoły muzycznej, gdzie przedstawiono mnie jako osobę obejmującą tego dnia funkcję dyrektora szkoły. Dla mnie to był początek poważnych zmian życiowych i zawodowych, a dla pedagogów, z których nikogo nie znałem — i dla uczniów oraz ich rodziców — totalna niespodzianka i wielka niewiadoma.
Wiem z późniejszych rozmów z nauczycielami, iż większość zaakceptowała mnie jako osobę obcą, pozbawioną jakichkolwiek miejscowych koneksji, z dość dużym dorobkiem zawodowym. Po prostu ciekawość zwyciężyła: jak ten obcy facet, nieznający problemów, jakie gnębią środowisko szkolne, a które były przyczyną wszystkich konfliktów i tej zawieruchy, która doprowadziła do odwołania poprzedniego dyrektora szkoły, poradzi sobie w tym wszystkim.
Wczytując się w dokumentację z posiedzeń Rady Pedagogicznej, dopiero wtedy zrozumiałem, iż wdepnąłem w niezłą kabałę. Jak połączyć wodę z ogniem? Albo jak z tak skonfliktowanego środowiska stworzyć monolit? Jak zbudować zaufanie i jak stworzyć warunki do normalnej pracy dydaktycznej? Jak osiągnąć sukces pedagogiczny? To były dylematy i zadania, które wydawały mi się w tym czasie nie do zrealizowania. Tym bardziej, że…
Pamiętam, jak dziś, wizytę w kwietniu 1982 roku jednego z panów w granatowym garniturze, który przedstawił się jako oficer Urzędu Bezpieczeństwa, instruując mnie, że jeżeli chcę zachować stanowisko dyrektora tej szkoły, to muszę się słuchać pani kierowniczki administracyjnej szkoły. Powiem szczerze, nie należę do osób strachliwych i to jego polecenie doprowadziło mnie do takiej wściekłości, że po prostu — z przekleństwem na ustach: „wy…aj” — poleciłem mu natychmiast opuścić mój gabinet. Więcej takich odwiedzin i pseudoinstruktażu nie doświadczyłem.
Po wielu, wielu latach, odwiedzając służbowo katowicki oddział IPN, poprosiłem o informację, czy na mój temat zachowane są jakieś dokumenty. Pani prokurator, z którą rozmawiałem, poinformowała mnie, że tzw. „teczki” nie mam, ale jest jeden dokument sporządzony przez oficera bezpieki z tej mojej rozmowy z kwietnia 1982 roku, w której to notatce stwierdził on, że „trzeba na mnie uważać i ostrożnie ze mną postępować, gdyż zbyt pewnie się czuję i nie wiadomo, czy nie jestem jakimś bliskim pociotkiem Franciszka”.
Zapytałem panią prokurator, czy może mi objaśnić, kto to jest ten mityczny Franciszek. Objaśniła mi, że człowiek o nazwisku Franciszek Kucybała był kiedyś zastępcą komendanta milicji w Gdańsku i aż do swej śmierci w 1968 roku bardzo cenionym przez władze polityczne byłym partyzantem GL i Armii Ludowej, a także inicjatorem powstania w 1918 roku tzw. „Republiki Pińczowskiej”. A więc politycznie bardzo cenionym członkiem PZPR, zaprzyjaźnionym z najwyższymi przedstawicielami ówczesnych władz PZPR.
I tak, przez przypadek zbieżności dość rzadkiego w tym czasie nazwiska Kucybała i strach tego aparatczyka bezpieki przed konsekwencjami narażenia się zasłużonemu byłemu zwierzchnikowi, spowodowały, że dano mi spokój, a ja zachowałem stanowisko dyrektora bielskiej szkoły. Dlatego między innymi zatytułowałem swoje wspomnienia „Splot okoliczności czy przeznaczenie?”.

Zacząłem swe urzędowanie, jak to się mówi, „z grubej rury”. Doprowadziłem do rezygnacji z pracy znienawidzonej przez wszystkich, wspomnianej przez bezpiekowca kierowniczki administracyjnej szkoły, która okazała się głównym zarzewiem konfliktów. A że była to żona ważnej postaci w Urzędzie Bezpieczeństwa, moja pozycja w opinii szkoły gwałtownie i pozytywnie wzrosła.
Gdy przywróciłem do pracy od 1 września wspaniałych nauczycieli, Renatę Sanak i Zbyszka Pytla, wyrzuconych z pracy za działalność w „Solidarności”, dla większości stało się jasne, że należę do osób, które się po prostu nie boją walczyć i mam szansę, aby wyprowadzić szkołę z „dołka” i odzyskać utracony — na krótko przez te wszystkie perturbacje — właściwy poziom artystyczny tej placówki.
W rewanżu za zwolnienie pani kierowniczki 1 lipca na moim biurku zastałem plik podań o natychmiastowe rozwiązanie umów o pracę ze wszystkimi osobami pracującymi w administracji szkolnej, jak i w tzw. obsłudze: woźny, sprzątaczki. Nagle, tego dnia, wspólnie z moim zastępcą Romanem Saneckim, musieliśmy przejąć funkcje pań z sekretariatu, księgowej, otwierać i zamykać szkołę, a także trochę sprzątać. To było wyzwanie! Ale udało się!
Powoli kompletowaliśmy nowy skład sekretariatu, księgowości i pracowników obsługi szkoły. 1 września 1982 roku ruszyliśmy pełną parą.
To było całkowite „przewietrzenie” szkoły — nowy dyrektor, nowi ludzie w sekretariacie i w obsłudze szkoły. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich osób, którym zawdzięczamy obecny poziom kształcenia w bielskiej szkole muzycznej. To byłaby bardzo, bardzo długa lista, ale muszę tutaj wspomnieć wspaniałą, zatrudnioną na stanowisku woźnej szkolnej, panią Elżbietę Liberadzką, zwaną do dzisiaj „panią Elą”. Ta osoba to opoka szkolna, która związała swoje życie z naszą szkołą i pracuje w niej od 1 września 1982 roku do dnia dzisiejszego, a więc ponad 43 lata.
Szkoła w 1982 roku mieściła się przy ul. Schodowej, a warunki panowały w niej jak w XIX wieku. Zimą była ogrzewana piecami kaflowymi, z instrumentami pamiętającymi poprzedni wiek i z przerażającym zimnem w czasie popołudniowych — w okresie zimowym — lekcji, gdy piece kaflowe przestawały już grzać. Wspominam chwile, gdy nauczyciele siedzieli w płaszczach, a uczniowie grali na fortepianie z wykrojonymi, dla lepszego czucia klawiatury, palcami rękawiczek.
Wyposażenie szkoły w instrumentarium pamiętało chyba czasy cesarza Franza Josefa. Ciasnota i brak możliwości rozwoju raziły na odległość. To miała być ta nasza wymarzona szkoła muzyczna; ja nazwałem ją i postrzegałem w tym czasie jako szkołę przeżycia.
Rozstając się, z racji swojego wieku, z „Muzykiem” w 2020 roku, mogłem z czystym sumieniem powiedzieć, że chyba nie zawiodłem nauczycieli, składając im w 1982 roku przyrzeczenie, że zrobię wszystko, aby polepszyć ich warunki pracy, stworzyć szkołę wzorcową, utworzyć nowe kierunki kształcenia, takie jak: klasa akordeonu, gitary, klawesynu, organów, saksofonu, wydział jazzu i muzyki dawnej, i postawić na obie nogi szkolną orkiestrę symfoniczną, z którą nagrałem ponad 60 utworów, a ich oglądalność na platformie YouTube osiągnęła ponad 100-milionową publiczność.
Na żywo można nas było słuchać w Niemczech, Szwajcarii, Francji, Anglii, Szwecji, Czechach i wielokrotnie w Dubaju. Czy wszystko to odbyło się bezproblemowo? Kto zna życie, ten doskonale wie, że nie jest usłane różami.
Piękne kwiaty, ale mają kolce, które czasami kłują i pozostawiają po sobie krople krwi na dłoni. Budowa szkoły, walka o jej kształt. Do dzisiaj mam zachowaną opinię prezydenta Bielska-Białej negującą potrzebę budowy w naszym mieście sali koncertowej bielskiej szkoły muzycznej. Sali, którą dzisiaj się szczycimy. Ktoś powie: „Ot, zwykłe koleje losu” i pewnie ma rację, ale zawsze pozostaje w nas żal, że sprawa oczywista i korzystna dla rozwoju kulturalnego miasta wzbudziła tyle niepotrzebnych, złych emocji. Czy czuję się spełniony?
Tak, ale nie za moją działalność, ale za to, że mogłem otworzyć okna i szeroko drzwi nowoczesnej szkoły dla młodych, wybitnie uzdolnionych ludzi, zatrudnić wspaniałych nauczycieli — mistrzów w swoim zawodzie — i przyczynić się do tego, że polska sztuka muzyczna pozyskała dzięki naszej wspólnej pracy wspaniałych muzyków, pedagogów, którzy atmosferę przyjaźni, wzajemnego zrozumienia potrafili przekuć na osiągnięcia, jakimi możemy chwalić się dzisiaj wszyscy.
Okazuje się, że te krople krwi zranionych dłoni od wręczanych mi pęków róż są wspaniałym podziękowaniem i dowodem uznania.
Teraz, gdy mój wiek, jak i wiek szkoły, cyfrowo się zrównały, mogę tylko wszystkim podziękować, że mi zaufali i pozwolili wspólnie dokonać rzeczy, które wtedy, w latach 80. ubiegłego stulecia, wydawały się całkowicie nierealne i nie do zrealizowania. Wprawdzie czasami szło „jak po grudzie”, ale końcowy efekt chyba jednak jest zadowalający. A jednak UDAŁO SIĘ! Dziękuję!




***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: