Prawda i Dobro
Śmierć w Katyniu zamieniła ją w symbol. Prawda jest dużo ciekawsza
06 czerwca 2026

Choć na przestrzeni dziejów ludzkość doświadczyła potwornych skutków wojen, konflikty wciąż wybuchają. Czy to możliwe, że kieruje nami miłość do wojny?
Pierwsza wojna, druga wojna światowa, zimna wojna, wojna w Ukrainie, wojna na Bliskim Wschodzie. Są też wojny gangów, karteli narkotykowych, wojny korporacyjne, a nawet podwórkowe. I wiele wojen w historii świata, które wybuchały często nagle, z powodów, które chwilę wcześniej dawało się załagodzić mediacją albo ekonomicznym porozumieniem.
Czy ludzkość ma w genach zapisaną miłość do wojny? Niekoniecznie, gdyż nie ma na to dowodów. Ale – o czym świadczą fakty – człowiek bez wojny żyć nie może.
Aby człowiek kiedykolwiek przestał wszczynać wojny, musiałby najpierw na chwilę się zatrzymać. Dostrzec, że myśli w kategoriach wojny, czuje, że znajduje się w stanie wojny z samym sobą i wierzy, że niekończąca się walka przeciwstawnych sił stanowi podstawowe zasady rządzące wszelkim istnieniem.
Światło na zrozumienie szaleństwa wojny rzuca nieco Erich Fromm w Anatomii ludzkiej destrukcyjności, dowodząc, że w całej wojennej zawierusze chodzić może o lgnięcie ludzi do silnych przywódców. I nawet jeśli to iluzja, wciąż zbyt wielu z nas rozpaczliwie potrzebuje innych, którym można powierzyć swój los.
Urojenia pojawiają się jednak zawsze tam, gdzie próbujemy odzyskać coś, co zostało bezpowrotnie utracone. Dlatego resentymenty to dobre paliwo dla populistycznych przywódców, którzy zdolni są pociągnąć za sobą tłumy upokorzonych, wykluczonych, tęskniących do „kiedyś było lepiej” albo „z nim będzie bezpieczniej”.
O tym, że spokojny przywódca nie zrobi żadnej kariery, wiemy choćby z mediów. Rzeczowa argumentacja, głos pozbawiony populistycznych obietnic to przepis na bycie raczej dobrym wujkiem niż głównodowodzącym, za którym podążą ludzie. Agresywne szefostwo, podobnie jak dominacja u zwierząt, wzbudzają respekt i posłuch. Potrafią nawet spajać duże grupy, bo przywódca narzuca swoją władzę i zostaje ona przyjęta.
„Prawdą jest, że wśród niższych małp autorytet przywódcy często wspiera się na strachu, jaki wzbudza on w innych. Ale wśród małp człekokształtnych, jak na przykład u szympansów, często nie wchodzi tu w grę odwetowa władza silniejszego zwierzęcia, ale jego zdolności do przewodzenia w grupie, które ustanawiają autorytet. Dominujące zwierzę musi ciągle potwierdzać własną rolę. Okazywać swoją przeważającą siłę fizyczną, mądrość, energię czy też te cechy, które uczyniły go przywódcą. W ludzkiej historii, od kiedy dominacja została zinstytucjonalizowana i przestała być funkcją osobistych kompetencji, przywódca nie musi nieprzerwanie okazywać swych wybitnych cech. W rzeczywistości nie jest nawet konieczne, aby je posiadał. Nasz system społeczny warunkuje ludzi, aby postrzegali w tytule, mundurze czy czymkolwiek jeszcze dowód, iż przywódca jest kompetentny. A jak długo te symbole, wspierane przez całość systemu, są obecne, przeciętny człowiek nie ośmieli się nawet zadać sobie pytania, czy król nie jest nagi”
– przekonuje Erich Fromm.
Wojna jest nieludzka – stwierdza James Hillman w książce Miłość do wojny. Każdy moment walki wywiera tak wielkie napięcie, że żołnierze załamują się wcześniej czy później. Na wojnie kryzysy psychiczne są równie nieuniknione jak rany postrzałowe czy odłamkowe – czytamy w amerykańskim raporcie zatytułowanym Combat Exhaustion (Wyczerpanie walką).
„Badania przeprowadzone nad uczestnikami drugiej wojny światowej wykazały, że po sześćdziesięciu dniach przebywania w warunkach bojowych na froncie u 98 procent wszystkich żołnierzy, którym udało się przeżyć, wystąpiły objawy o charakterze psychicznym. Wspólną cechą występującą u pozostałych procent, którzy byli w stanie przetrwać w stosunkowo dobrym stanie psychicznym, była predyspozycja do wykazywania cech agresywnej osobowości psychopatycznej”.
Hillman uważa, że już sama idea, zgodnie z którą ludzkie męki i cierpienia psychiczne można nazwać „zespołem stresu”, jest nieludzka, bo ukazuje ona człowieka jako część maszyny, maleńki trybik w wielkim kole zębatym machiny wojennej. Aby ta machina mogła działać sprawnie, trzeba mocno kopnąć silnik, zbootować komputer, walnąć po łbie żołnierza, żeby przywołać go do porządku.
Ale jest też druga strona medalu. Wojna jednak jest normalna. Dotyczy ludzi, to ludzie ją wywołują, a nawet chętnie biorą w niej udział. A także ją akceptują, nawet jeżeli w niej bezpośrednio nie uczestniczą. Wystarczy obejrzeć kroniki filmowe, gdzie widać, jak wiwatujące tłumy cywilów – matek, ojców i dzieci – żegnają maszerujących na front żołnierzy.
Przyjrzyjmy się też scenie z filmu Patton (reż. Franklin J. Schaffner, 1970). Tytułowy bohater, generał, przechadza się po polu bitwy tuż po zakończeniu walki. Zmasakrowana pociskami ziemia, tlące się wraki czołgów, umierające ciała żołnierzy porozrzucane na wszystkie strony. Patton podchodzi do siedzącego na ziemi rannego oficera, ujmuje go za głowę, całuje w czoło. Rozgląda się po bojowisku i mówi:
„Kocham to. Na Boga, jak ja to kocham. Kocham to bardziej niż własne życie”.
Dlatego Hillman jest zdania, że nigdy nie uda nam się zapobiegać wojnom ani mówić rozsądnie o pokoju i rozbrojeniu, jeśli nie damy się ogarnąć miłości do wojny. Oznacza to wniknięcie w naszą imaginację w wojenny stan duszy człowieka, próbę pojęcia potężnej siły przyciągającej tego stanu.
Z perspektywy psychologicznej bowiem, aby zrozumieć jakieś zjawisko, należy wyobrażać je sobie w sposób przychylny, mieć do niego pozytywne nastawienie. Tylko wówczas będziemy zdolni zrozumieć szaleństwo miłości do wojny.
A wojna jest przecież ojcem wszystkiego. Myślimy w kategoriach wojny, czujemy, że znajdujemy się w stanie wojny z samymi sobą, wierzymy, że drapieżna grabież, obrona terytorium, podbój, a także niekończąca się walka przeciwstawnych sił stanowią podstawowe zasady rządzące wszelkim istnieniem.
W kulturze Wschodu i Zachodu nawet medytacja stanowi dla większości symbol walki, co znakomicie punktuje Pema Chödrön, buddyjska mniszka amerykańskiego pochodzenia w książce Mądrość nieuciekania:
„Podejmując praktykę medytacji czy inną formę pracy nad swoją duchowością, ludzie często sądzą, że to ich zmieni, że w jakiś sposób staną się lepsi. Oznacza to pewnego rodzaju subtelną agresję skierowaną przeciw osobie, którą naprawdę jesteśmy. To trochę jakby powiedzieć: «Jeśli będę uprawiać jogging, stanę się lepszy», albo: «Gdybym mógł mieć ładniejszy dom, byłbym lepszy», lub: «Gdybym mógł medytować, uspokoiłoby mnie to i stałbym się lepszy». Scenariusz może też być następujący: szukamy winy w innych. Mówimy na przykład: «Gdyby nie mój mąż, miałabym bardzo udane małżeństwo», lub: «Praca, którą mam, byłaby wspaniała, ale mój szef i ja nie możemy się jakoś dogadać», albo też: «Medytacja wychodziłaby mi wspaniale, gdyby nie stan mojego umysłu»”.
Tymczasem miłująca życzliwość (maitri) – skierowana ku samemu sobie, nie oznacza wcale, że powinno się coś w sobie zanegować czy odrzucić. Maitri oznacza, że możemy zaakceptować swoje szaleństwo. Możemy zaakceptować swoją złość, swoje zahamowania, swoją zazdrość, poczucie niskiej wartości.
Nie chodzi o to, by próbować na siłę siebie zmieniać. Praktyka medytacji nie polega na negowaniu siebie po to, by stać się kimś lepszym. Polega na zaprzyjaźnianiu się ze sobą – takim, jakim się jest.
Zdaje się, że generał Patton miał rację mówiąc, że my, ludzie, toczymy wojny na zewnątrz, bo nieustannie trwa wojna w nas samych. I kto sobie to uświadamia, wygrywa.
Miłość do wojny nie znika, bo wojna toczy się też w nas samych. Nie jest wyłącznie zewnętrznym zjawiskiem politycznym czy historycznym – jest także wewnętrzną siłą, która napędza nasze lęki, ambicje i pragnienia. Zrozumieć ją to pierwszy krok do tego, by przestać być jej niewolnikiem.
Przeczytaj także: Mroczny cień ludzkości. Dlaczego ludzie ufają silnym liderom




***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: