Prawda i Dobro
Lęk przed decyzją. Dlaczego „nie teraz” tak często znaczy „nigdy”
06 maja 2026

Przemysław Wójtowicz odsłania wewnętrzny świat żołnierza, który zdjął mundur, ale nie pozbył się wojskowych nawyków. Jak legendarny polski snajper definiuje dziś miłość ojczyzny? Kim jest jako ojciec, obywatel, człowiek z misją?
Jarosław Kumor: Snajper kojarzy się z kimś, kto ma dosłownie i w przenośni cały czas otwarte oczy – z maksymalną uważnością. Jak to jest funkcjonować w takim stanie i to jeszcze w ekstremalnie stresowych warunkach?
Przemysław Wójtowicz: Rzeczywiście, byłem wtedy non stop włączony – nie w trybie wyczekiwania, ale pełnej gotowości. Dziś już tego nie doświadczam na co dzień. Może tylko kiedy zdarzy mi się prowadzić samochód w trudnych warunkach – wtedy coś z tamtego skupienia wraca. Ale na teatrze działań, gdzie w każdej chwili można było stracić życie albo trzeba było ratować czyjeś – człowiek funkcjonuje zupełnie inaczej. To była inna wytrzymałość, inny poziom umysłu. Dziś szczerze nie wiem, czy bym sobie z tym poradził.
Czy to jest coś, z czym człowiek się rodzi, czy efekt szkolenia?
Jedno i drugie. Do tego fachu wybiera się odpowiednich ludzi przez selekcję – każda armia ma swój system. Trafiają tam przeważnie ci, którzy z taką pracą sobie radzą. Ale praca z dobrymi instruktorami i doświadczenia – zarówno dobre, jak i złe – budują odporność, której inaczej nie zdobędziesz.
W 2017 roku kończy się twoja służba. Wychodzisz do hałaśliwego świata – telefony, powiadomienia, social media. To jest trudne przejście?
Bardzo trudne. I nie tylko dla operatorów czy snajperów – dla większości żołnierzy zawodowych. W wojsku wszystko jest prostsze: codziennie przychodzę do pracy, jestem zabezpieczony, dostaję wypłatę, mam towarzyszy broni, którzy zawsze będą obok. A po odejściu okazuje się, że to zupełnie inny świat.
Ja zawsze mówię tak: życie nie zaczyna się od biura przepustek do wewnątrz jednostki. Życie zaczyna się od biura przepustek na zewnątrz. I tam jest prawdziwy świat – i trzeba umieć się w nim odnaleźć. Ja do dziś mam nawyki stricte wojskowe i nieraz się w nich gubię. Ale ma to dobre strony: człowiek żyje według pewnych zasad i te zasady z niego nie wychodzą.
Jakie konkretnie zasady zostały ci po służbie?
Przede wszystkim szacunek. Pamiętam, jak byłem chorążym i miała miejsce taka sytuacja: wyszedł zza rogu starszy sierżant sztabowy – siwiutki starszy pan. Automatycznie oddałem mu honor, choć miał niższy stopień. Zatrzymał mnie i mówi: „Panie chorąży, ale to ja jestem młodszy stopniem”. Odpowiedziałem: „Oddałem panu honor z szacunku”. I to zostaje.
Zostaje też ta snajperska detekcja – kiedy wchodzę do windy, do zatłoczonego miejsca, cały czas skanuję przestrzeń. Byłem ostatnio zaproszony po raz pierwszy w życiu do klubu tanecznego. Od razu po wejściu czułem się bardzo źle – za dużo bodźców, za dużo sygnałów. Powiedziałem partnerce: muszę usiąść, muszę to sobie poukładać. Poukładałem, uporządkowałem – i dopiero wtedy byłem w stanie wyjść na parkiet i tańczyć. Bez alkoholu, kompletnie trzeźwy. To nie jest wyłącznik, który można po prostu przestawić.
Dwa obszary, które mnie intrygują: cierpliwość i agresja. Zakładam, że na stanowisku ogniowym cierpliwość jest absolutną podstawą. Ale jak jest z emocjami? Z zewnątrz środowisko wojskowe wygląda na bardzo nieemocjonalne.
Dziś mogę powiedzieć, że naprawdę trzeba dużo zrobić, żeby mnie wyprowadzić z równowagi. I cieszę się z tego. Nawet gdy wydarzy się coś bardzo złego – najpierw analizuję, potem działam. Dobre przygotowanie, praca z dobrymi ludźmi, doświadczenia – budują taką odporność.
Ale czy wojsko daje to każdemu, czy jednak różnych ludzi formuje różnie?
Widziałem bardzo wielu napalonych żołnierzy reagujących natychmiast. Służba w brygadzie zmechanizowanej, z trzydziestoma podwładnymi i trzydziestoma różnymi historiami – to przechodzi na przełożonego. Dobry dowódca przyjmuje te wszystkie historie do siebie i z nimi żyje. Jest surowy jak ojciec i dobry jak ojciec – jednocześnie.
Myślę, że żołnierze, których spotykasz jako wrażliwych i otwartych, to właśnie ci, którzy przez lata byli dobrymi dowódcami. Jeśli ktoś nie byłby empatyczny, ciężko byłoby z jego oddziału cokolwiek wykrzesać. Tylko ten podwładny, który czuje wsparcie przełożonego, jest w stanie za nim pójść. Mam takich byłych podwładnych, którzy po latach piszą w komentarzach, że cieszyli się, że mieli takiego dowódcę. To dla mnie największa nagroda.

Masz córkę. Jak przekładasz to wojskowe doświadczenie – kontrolę emocji, uważność, empatię – na ojcostwo?
Staram się przekazywać jej spokój. Jest nastolatką, ma duży temperament, jest sportowcem wyczynowym – sport daje jej ujście dla emocji. Uważam, że każdy żołnierz powinien być sportowcem właśnie z tego powodu: nawet jeśli w człowieku magazynują się złe emocje, sport daje im ujście bez destrukcji.
Ale jest pewna historia, którą często wspominam. Kiedyś przyszły do mnie dzieci – popłakane, wzburzone – i zaczęły opowiadać, że moja córka pociągnęła tę za włosy, tę kopnęła, tamtą uderzyła. Poszedłem z nimi szukać córki. W końcu zobaczyłem w żywopłocie dwa czarne oczka. Złapałem ją za rękę i powiedziałem spokojnie: „Cokolwiek by się zdarzyło, przyjdź zawsze do mnie. Nie pochwalę cię, ale razem to przedyskutujemy i wyciągniemy wniosek. Zawsze będę po twojej stronie – co nie znaczy, że pochwalę twoje działanie”. Kazałem jej przeprosić koleżanki i wróciłem z nią do domu, żeby spokojnie wytłumaczyć.
Myślę, że rodzic powinien pamiętać, że jego dziecko nie jest święte. Ale też powinien je chronić. Nieustanne kłótnie to tylko tracona energia – z obu stron.
Zostałeś ranny podczas służby. Pamiętam, że mówiłeś o czymś zaskakującym – o poczuciu ulgi.
Kiedy dostałem postrzał i kiedy ewakuacja się udała – faktycznie poczułem ulgę. Dopiero potem przyszedł stres: zostałem inwalidą, pewnie mnie zwolnią, będę bezrobotny. Wtedy się rozpłakałem. Ale ta pierwsza ulga jest, jak sądzę, doświadczeniem wielu żołnierzy. Cały czas podświadomie czujesz, że to się musi źle skończyć – i kiedy się skończy, jest już jasność, znika niepewność.
I jak wyglądała opieka po powrocie?
Żaden psycholog do mnie nie przyszedł. Leżeliśmy na salach operacyjnych, byliśmy ranni, potrzebowaliśmy kogoś. Nie przyszedł też kapelan. To trudne i to jest w ogóle szerszy temat. Np. prosiłem wielokrotnie wojskowych kapelanów, żebyśmy razem wyszli w góry – na Tarnicę w Bieszczadach, za poległych, za rannych kolegów. Nikt nie chciał.
A tymczasem – kiedy trafiłem do szpitala w Ramstein w Niemczech – pierwszą osobą, która mnie przytuliła na korytarzu, był kapelan wojskowy armii amerykańskiej. Powiedział tylko: „Nie martw się, jesteś w Niemczech, teraz już będzie tylko dobrze”. I jeszcze wcześniej, na stole operacyjnym, gdy obok mnie umierał postrzelony w głowę żołnierz amerykański – był przy mnie kapelan, który cały czas do mnie mówił, odwracał moją uwagę, pocieszał. Tamten żołnierz umarł. Ale ten człowiek przy mnie był. To dużo znaczy.
Tego właśnie oczekiwałbym od polskiego wojska. Psycholog i kapelan to nie jest dobra wola – to jest obowiązek. Żołnierz ma prawo do tego, żeby ktoś do niego przyszedł.
Jak definiujesz dla siebie ojczyznę – odcinając tę patetyczną warstwę?
Ojczyzna to dla mnie odpowiedzialność. Odpowiedzialność za spuściznę przodków. Nie wiem czy to będzie niepatetyczne, ale zobacz: jesteśmy w centrum Europy, geopolitycznie w jednym z najtrudniejszych miejsc na świecie, a mimo to w dalszym ciągu mówimy po polsku, mamy swoją kulturę, zachodnioeuropejską i chrześcijańską. To nie stało się samo. Stało się dlatego, że za nami ciągnie się łańcuch milionów ludzi, którzy chcieli być Polakami i oddali za to życie. Jesteśmy im winni pamięć.
I jak ta odpowiedzialność wygląda w codzienności – nie na pierwszej linii frontu?
Tak samo jak u dobrego lekarza, dobrego księdza czy dobrego specjalisty w jakiejkolwiek branży, który robi dużo rzeczy dla ludzi, nie dla własnej korzyści. To jest taki sam patriota jak żołnierz, który poszedłby na pierwszą linię frontu. Jesteśmy systemem. Róbmy wszystko na swoim polu, możliwie profesjonalnie. I pamiętajmy o historii, bo ona jest podstawą tożsamości. Nie wolno nam o niej zapomnieć.
A odpowiedzialność za to, kogo wybieramy – czy w ogóle idziemy na wybory?
Dokładnie o to chodzi. Zgadzam się z opinią – nie pamiętam już od kogo to słyszałem – że ci, którzy nie pchają się do przodu, którzy nie pragną stać na środku placu i słyszeć swoje nazwisko wykrzykiwane przez miliony, a jednak są wartościowymi ludźmi i potrafiliby nami rządzić – to ich zazwyczaj nie widzimy i nie słyszymy. A powinniśmy ich szukać. To też jest część tej odpowiedzialności.
Warto przeczytać: Wojsku zawdzięcza fach. Był ranny, a teraz uczy młodzież






***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: