Prawda i Dobro
Joanna Sadzik: „Ludzka bieda nie krzyczy, a jest tuż za rogiem”
08 lipca 2026

Pytanie o to, kiedy konflikt militarny może być usprawiedliwiony, towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Nigdy jednak nie doczekało się jednej, uniwersalnej odpowiedzi. Klasyczna doktryna wojny sprawiedliwej miała być moralnym kompasem ludzkości, jednak samo pojęcie sprawiedliwości okazało się skrajnie podatne na manipulacje. Widać to zarówno w traktatach starożytnych, jak i w depeszach współczesnych agencji informacyjnych, które bezlitośnie obnażają paraliż międzynarodowych instytucji.
Paradoks naszych czasów nie polega na trudności w zdefiniowaniu zła. Doskonale potrafimy dziś rozpoznać agresję i zbrodnię wojenną. Intuicyjnie wiemy, czym różni się napaść od obrony, atak na cel wojskowy od bombardowania cywilów, przesłuchanie od tortur, a jeniec od zakładnika.
Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy agresorzy próbują ubrać własną przemoc w szaty wyższej konieczności. A kończy gdy społeczność międzynarodowa i prawo międzynarodowe okazują się bezsilne wobec tych, którzy po tę przemoc sięgają.
Aby zrozumieć współczesne kryzysy, należy najpierw wrócić do korzeni normatywnych. W tradycji filozoficznej i prawnej doktryna wojny sprawiedliwej opiera się na rozdzieleniu dwóch fundamentalnych pytań, które w debacie publicznej stale się ze sobą myli.
Pierwsze dotyczy tego, czy w ogóle wolno rozpocząć wojnę (ius ad bellum). To wiąże się ze sprawiedliwą przyczyną, legalną władzą i właściwą intencją.
Drugie pytanie dotyczy tego, jak wolno ją prowadzić (ius in bello), czyli zasad proporcjonalności działań i bezwzględnej ochrony osób postronnych.
Prawo do użycia siły i prawo wojenne to dwa zupełnie różne porządki. Nawet sprawa uznawana przez jedną ze stron za absolutnie słuszną nie daje jej mandatu do mordowania cywilów, brania zakładników, tortur czy stosowania taktyki spalonej ziemi. Różnica między deklarowaną sprawiedliwością a brutalną praktyką istniała jednak od zawsze.
Już starożytni próbowali odróżnić wojnę od zwykłego rozboju. Rzymski model zakładał, że konflikt nie może być czystym aktem piractwa; musiał być poprzedzony formalnym żądaniem naprawienia krzywdy.
Z dzisiejszej perspektywy nie miał on oczywiście nic wspólnego z pacyfizmem. Rzym potrafił metodycznie i bezwzględnie niszczyć przeciwników, co Cyceron wprost przyznawał, wspominając całkowitą zagładę Kartaginy i Numancji.
Kluczowy pozostaje jednak fakt, że nawet wtedy dostrzegano granicę między wojną a pospolitym rabunkiem czy bezprawną napaścią napędzaną pychą.
Nowy numer już jest!
Współczesne konflikty brutalnie weryfikują te teoretyczne ramy. Wojna na Ukrainie – której Kreml cynicznie odmawia nawet miana wojny – w lustrze rosyjskiej propagandy ma być modelowym przykładem tego, jak działa rosyjska odmiana sprawiedliwości.
Rosja buduje swoją narrację na trzech filarach. Najpierw odwołuje się do rzekomej odpowiedzi na agresywne rozszerzanie NATO. Następnie podnosi argument potrzeby ochrony ludności rosyjskojęzycznej w Donbasie. Wreszcie przedstawia Ukrainę jako państwo pod rządami nazistów, stwarzające bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju.
O ile pierwsze dwa argumenty żonglują realnymi procesami geopolitycznymi (rozszerzenie Sojuszu i spór o status Donbasu były faktami), o tyle wyciągnięty z nich wniosek o prawie do militarnej inwazji jest całkowitym bezprawiem. Trzeci argument – o nazistowskim charakterze państwa ukraińskiego – to czysty absurd propagandowy.
Istnienie radykalnych ugrupowań prawicowych jest faktem w wielu krajach. A niefortunne decyzje historyczno-wizerunkowe Kijowa, jak nadanie w 2026 roku jednej z jednostek imienia Bohaterów UPA, tylko podsycają tę narrację. Nie zmienia to jednak faktu, że Ukraina pozostaje demokratycznym, suwerennym państwem.
Dla rosyjskiego imperializmu te preteksty wystarczyły do uruchomienia pełnoskalowej machiny wojennej. Rzeczywistym celem Putina od początku było jednak przetrącenie kręgosłupa ukraińskiej państwowości, obalenie legalnych władz i wymuszenie kapitulacji geopolitycznej całego regionu. W tym wycofania infrastruktury NATO z państw przyjętych po 1997 roku – w tym z Polski.
Tej imperialnej teorii towarzyszy zbrodnicza praktyka: celowe ostrzeliwanie szpitali, osiedli mieszkaniowych i metodyczne, powtarzane każdej jesieni niszczenie infrastruktury energetycznej. To klasyczny terroryzm państwowy, mający na celu złamanie morale społeczeństwa poprzez mróz i ciemność. Wojna Putina to uderzający, jednoznaczny przykład napaści zakłamanej w swoich założeniach i barbarzyńskiej w środkach.
Zupełnie inną, znacznie trudniejszą pod względem oceny dynamikę prezentuje konflikt Izraela z Hamasem. Hamas nie jest suwerennym państwem, lecz zorganizowaną strukturą terrorystyczną. Brak państwowych prerogatyw nie oznacza jednak, że organizacja ta działa w próżni prawnej. Jako strona konfliktu asymetrycznego jest bezwzględnie związana międzynarodowym prawem humanitarnym.
Eksplozja przemocy z 7 października 2023 roku nie narodziła się z niczego – poprzedziły ją dekady okupacji Zachodniego Brzegu, blokady Strefy Gazy i fiaska procesów pokojowych. Żadne historyczne tło nie usprawiedliwia jednak rzezi cywilów. Atak Hamasu na południowy Izrael, w którym zamordowano około 1200 osób, był podręcznikowym aktem terroru.
Militarna odpowiedź Izraela postawiła przed światem dramatyczne pytania o to, jak daleko można się posunąć w obronie własnych obywateli. Hamas, budując swoją infrastrukturę wojskową pod szpitalami, szkołami i w gęstej zabudowie mieszkalnej, uczynił z własnych obywateli żywe tarcze i polisę ubezpieczeniową. Tel Awiw uznał jednak, że jest gotów zapłacić tę krwawą cenę.
Nawet przy pełnym uznaniu prawa Izraela do eliminacji zagrożenia terrorystycznego, sposób prowadzenia tej operacji wszedł w rażący konflikt z zasadą proporcjonalności i ochrony ludności cywilnej. Odcięcie Strefy Gazy od wody, energii i pomocy humanitarnej, połączone z dywanowymi nalotami, doprowadziło do katastrofy humanitarnej.
Według danych palestyńskiego Ministerstwa Zdrowia, do maja 2026 roku w Strefie Gazy zginęło ponad 72 tysiące Palestyńczyków – w tym ponad 21 tysięcy zidentyfikowanych imiennie dzieci.
Efektem tej strategii jest moralna i prawna izolacja władz Izraela. Decyzja Międzynarodowego Trybunału Karnego o wydaniu nakazów aresztowania premiera Binjamina Netanjahu oraz byłego ministra obrony Jo’awa Galanta nie jest jeszcze ostatecznym wyrokiem, ale stanowi formalne uznanie, że istnieją uprawdopodobnione podstawy do oskarżenia o zbrodnie wojenne.
Analiza tych dwóch skrajnie różnych teatrów działań wojennych obnaża brutalną prawdę: współczesna wojna nie tyle wymknęła się pojęciom moralnym, ile drastycznie rozbudowała swój arsenał. Klasyczna doktryna wojny sprawiedliwej, stworzona dla symetrycznych starć państw, dziś nie nadąża za rzeczywistością konfliktów asymetrycznych i hybrydowych.
Kontekst tzw. „doktryny Gierasimowa” doskonale ilustruje to zjawisko. Płynne mieszanie presji politycznej, dezinformacji, cyberataków, szantażu ekonomicznego i punktowej przemocy sprawia, że we współczesnym świecie niezwykle trudno wskazać precyzyjny moment wybuchu konfliktu.
Wojna informacyjna czy hybrydowa może toczyć się przez dekady poniżej progu otwartej agresji kinetycznej. Państwa mogą być niszczone bez formalnych wypowiedzeń wojny i bez przekraczania granic przez regularne armie. Ta metoda jest tańsza, łatwiejsza do wyparcia się i odporna na spektakularne błędy frontowe.
Winą za ten stan rzeczy nie trzeba obarczać postmodernistycznego relatywizmu. Problem tkwi głębiej. Różne kręgi kulturowe i cywilizacyjne od zawsze odmiennie definiowały zasady współżycia, a nad wszystkimi kodeksami moralnymi od epoki neolitu i tak ostatecznie dominowała czysta siła.
Dziś naszym największym problemem nie jest brak pojęć. Doskonale rozumiemy, na czym polega klasyczna doktryna wojny sprawiedliwej, i bez trudu wskazujemy zbrodniarzy.
Kryzys polega na całkowitym paraliżu instytucji egzekwujących te standardy. Nie istnieje dziś żaden skuteczny, powszechnie uznawany i wyposażony w realne narzędzia przymusu arbiter, który byłby w stanie wyznaczyć nieprzekraczalną granicę między brutalną polityką a międzynarodowym bezprawiem.
Możemy z intelektualną nostalgią wracać do pism Arystotelesa, św. Augustyna czy nawet Carla von Clausewitza, który jawi się dziś niemal jak pięknoduch z epoki, gdy dżentelmeni najpierw uprzejmie informowali się o zamiarze wojny.
Współczesna niejawność, asymetria i działania w szarej strefie nie unieważniają pojęcia sprawiedliwości. One po prostu unieważniają możliwość jej wyegzekwowania wobec tych, którzy dysponują brutalną siłą.
Przeczytaj także: Nie polityka, nie ideologia. Co ciągnie ludzi do wojny
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Prawda i Dobro
08 lipca 2026


Zmień tryb na ciemny