Jacek Piekara: kto ma płacić za niespełnionego artystę?

Starszy pisarz przy maszynie do pisania jako ilustracja sporu o dopłatę dla artystów, ustawę o artystach i status artysty zawodowego.

Dlaczego podatnik ma finansować artystę, który nie ma widzów ani czytelników? — pyta ostro pisarz Jacek Piekara, odpowiadając na projekt dopłat do składek dla artystów. I przypomina, jak wyglądało życie pisarza w PRL.

Dopłata do artystów. Wszyscy dostaniemy rachunek

Ostatnio słychać coraz więcej bajdurzeń o tym, jakiż ciężki los mają artyści. I że w związku z tym ciężkim losem reszta podatników musi dopłacić do ich świadczeń, skoro sami nie potrafią zarobić. A nie potrafią zarobić zazwyczaj dlatego, że nikt nie chce ich twórczości kupować, chociaż oni koniecznie chcą tworzyć (a nie pracować na kasie w Biedronce).

No i z uwagi na ten ich zapał do tworzenia, pani kasjerka, pan kierowca, czy pan inżynier (a ściślej mówiąc każdy podatnik) będzie musiał co roku płacić owym artystom haracz. I nie tylko im, lecz również komisjom oceniającym, kto jest artystą, gdyż takie komisje również będą zarabiać krocie. Łącznie polski budżet ma ta artystyczna przyjemność kosztować kilka miliardów złotych.

W związku z tym postanowiłem Państwu opowiedzieć o czasach, kiedy pisarze mieli naprawdę ciężkie życie. Nie z uwagi na to, że nie umieli pisać, czy pisali za mało, ale z powodu „dobrodziejstw” socjalistycznego systemu. Zaczynajmy więc!

Papier był granicą wolności

Gospodarka wszystkich krajów socjalistycznych była tak zwaną „gospodarką deficytu”, co oznaczało, że ciągle wszystkiego w niej brakowało. Od części samochodowych aż po papier. No właśnie: papier. Jak wiadomo, książki drukujemy na papierze (audiobooki i e-booki to sprawa stosunkowa niedawna i w latach PRL oczywiście podobne cuda nie istniały), a papier w gospodarce socjalistycznej był ściśle reglamentowany.

Każde wydawnictwo otrzymywało co roku przydział na określoną ilość papieru i w żaden sposób nie mogło nigdzie kupić go więcej. W związku z tym wszystkie swoje plany publikacji każdy wydawca musiał uzależniać od ilości papieru, jaką miał do dyspozycji. I oczywiście książki debiutantów czy młodych autorów nie były uprzywilejowane w tym przydziale.

Sześć lat czekania na debiut

W 1986 roku złożyłem do wydawnictwa Nasza Księgarnia zbiór opowiadań, który został bardzo ciepło przyjęty przez redakcję oraz recenzentów wewnętrznych, który od razu zaakceptowano do druku i za który nawet wypłacono zaliczkę.

Czy wiecie Państwo, jak długo czekałem, aż książka ukaże się w druku, a więc trafi do księgarń i w ręce czytelników? Niemal sześć lat! To było długo nawet jak na warunki zdychającego PRL-u, ale oczekiwanie rzędu trzech, czterech lat było już raczej normalnością niż niezwykłością. Oczywiście, jeśli nie było się nikim znanym, chociaż ci autorzy najbardziej popularni czy najbardziej przez władzę lubiani też wcale nie mogli liczyć na błyskawiczne publikacje.

Cenzor musiał coś znaleźć

Każda działalność artystyczna była w latach PRL objęta kontrolą cenzury. Każda. Książka, sztuka teatralna, film, wystawa fotograficzna, przedstawienie w operetce, piosenka itp. itp. I ta kontrola nie była bynajmniej symboliczna czy pretekstowa. Cenzorzy byli urzędnikami państwowymi i mieli swoich przełożonych, którzy pilnie patrzyli im na ręce.

Dlatego właśnie starali się zawsze znajdować jakieś „treści nieprawomyślne”, aby wykazać przed zwierzchnikami, że nadają się do tej roboty, że są potrzebni oraz uważni. Cenzorzy w związku z tym sprawiali artystom oraz dziennikarzom mnóstwo kłopotów, czasami nie dopuszczali całych artykułów, książek czy filmów, czasami kazali wycinać albo zmieniać ich większe lub mniejsze fragmenty.

Bieda nie była wyłącznie polska

Na Zachodzie pisarze nie musieli się martwić ani cenzurą, ani brakiem papieru, ale wielu z nich również wcale nie wiodło życia milionerów. Przynajmniej do chwili, kiedy nie zostali zauważeni. Dotkliwą biedę cierpiał sam późniejszy „król horroru” Stephen King, który mieszkał w przyczepie i nie miał pieniędzy nawet na tak niezbędne rzeczy, jak lekarstwa dla chorego dziecka. Ustawicznie na kłopoty finansowe uskarżał się Philip K. Dick, chociaż jego możemy „usprawiedliwić” faktem, że dużą część dochodów wydawał na eksperymentowanie z substancjami psychoaktywnymi.

W czasach nam bliższych nie za wesoło wiodło się też Joanne Rowling – samotnej matce, pracującej jako prywatna nauczycielka i w wolnym czasie skrobiącej powieść o chłopcu – czarodzieju, która początkowo nikogo nie interesowała. Cofając się nieco dalej w czasie, możemy przypomnieć postać Lafayette Ronalda Hubbarda, który mimo wielkiej literackiej płodności, nie zapisał się w pamięci czytelników jako wielki pisarz, ale za to stworzył niebezpieczną sektę scjentologów.

Najtrudniej było zostać zauważonym

Autorom przed laty bardzo często brakowało jednego: zapalnika dającego rozpęd ich karierze. Bowiem, z przyczyn technologicznych, liczba możliwych sposobów na rozpowszechnianie własnej twórczości była bardzo ograniczona. Co mógł zrobić autor, który napisał powieść, jego zdaniem przełomową i genialną?

Mógł ją przygotować w kilku czy kilkunastu kopiach na maszynie do pisania. Mógł te kopie rozesłać do wydawnictw i redakcji, mógł pokazać przyjaciołom. I tu znowu powrócę do wspomnień Stephena Kinga, który opowiadał, że wysyłane do wydawnictw teksty poddawał pewnemu sprawdzianowi. Otóż umieszczał włos w konkretnym miejscu, pomiędzy stronami. Kiedy maszynopis wracał do niego z odmową sprawdzał, czy włos znajduje się w tym samym miejscu. I najczęściej niestety się znajdował.

Redaktorzy po prostu nie mieli czasu czytać wszystkich tekstów nieznanych autorów, które spływały do wydawnictwa. Sam zresztą znałem pewnego popularnego redaktora, który mówił, że czyta tylko pierwszą, środkową i ostatnią stronę nadesłanych dzieł. I jeżeli to, co przeczytał, mu się nie spodobało, to tekst lądował w koszu.

Dziś brama stoi otworem

Współcześnie mamy nieskończone wręcz środki trafienia ze swoją twórczością do widzów czy czytelników. W dodatku często nie wymagają one albo żadnych nakładów albo są to nakłady niewielkie. Możemy korzystać z dobrodziejstw tak zwanego self-publishinghu, zarówno w tradycyjnej formie papierowej, jak i w formie e-booka.

Ba, możemy tak wydane własne książki sprzedawać w sklepach internetowych. Możemy zaprezentować się na YouTube, czy na Tik-Toku i zapewne wiecie Państwo, jak wielu jest ludzi, którzy przychodzili na te serwisy bez pieniędzy, a wychodzili z uczciwie zarobionymi milionami. Wystarczyło mieć pomysł na siebie, swoją twórczość i wierzyć, że zainteresuje ona odbiorców.

W związku z tą mnogością możliwości prezentacji istnieje dla każdego artysty czy publicysty szansa, że jego praca zyska szeroki rozgłos. Tak na przykład na salony światowej literatury i światowego kina trafił Andy Weir, który napisał powieść „Marsjanin” i samodzielnie, za własne pieniądze, ją wydał. Powieść tak się spodobała czytelnikom, że kupiło ją profesjonalne wydawnictwo, a następnie wydawnictwa zagraniczne, aż wreszcie prawa zakupiło Hollywood, realizując wysokobudżetowe widowisko z Mattem Damonem w roli głównej.

Dopłata do artystów a cena cudzych wyborów

Droga artystyczna bywa dla wielu osób drogą trudną i usłaną cierniami. Nie bez powodu mówi się, że w Los Angeles każdy kelner albo startuje w castingach albo pisze scenariusz. Ale ta droga artystyczna jest osobistym wyborem każdego człowieka. Nikt nie powinien być na tyle ograniczony umysłowo, by wierzyć, że wybór profesji artysty automatycznie zapewni mu bogactwo. A nawet nie powinien wierzyć w to, że wybór owej drogi zapewni mu utrzymanie.

Nie ma więc żadnego powodu, by społeczeństwo miało płacić haracz na utrzymanie niespełnionych artystów, którzy sami nie potrafili zarobić pieniędzy. Bo nie ma żadnego powodu, byśmy komukolwiek fundowali możliwość uprawiania jego hobby. Artyści mają dziś nieograniczone wręcz możliwości prezentacji swych dzieł, mają też możliwość pozyskiwania prywatnych sponsorów.

Jeśli nie potrafią tych wszystkich szans wykorzystać, to znaczy, że powinni zmienić zawód. Bowiem pomysł, że to podatnicy powinni takich ludzi utrzymywać, jest zwyczajnie nieetyczny.


Na scenie zobaczysz:

Spotkasz w strefie książek:

***

Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!


Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Jacek Piekara

Dziennikarz


Jacek Piekara: jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy fantasy, dziennikarz i publicysta. Autor głośnego „Cyklu Inkwizytorskiego”, kilkudziesięciu książek, całego szeregu opowiadań. Współpracował również z prasą branżową i popularną, w tym z czasopismami „Click!” i „Gambler”. Poza literaturą Piekara zajmuje się scenariuszami do gier komputerowych i publicystyką.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.