Prawda i Dobro
Pokolenie Z odrzuca stary układ. Nie chodzi o zwykły bunt
19 kwietnia 2026

W teorii wszystko wydaje się jasne: masz prawo się bronić. Każda sekunda decyzji może zadecydować, czy będziesz ofiarą, czy oskarżonym. Sprawa z Bystrzycy Kłodzkiej pokazuje, jak cienka jest ta granica.
10 kwietnia 2026 roku 27-letni instruktor strzelectwa postrzelił śmiertelnie 26-letniego mężczyznę, twierdząc, że działał w obronie koniecznej. Prokuratura postawiła mu jednak zarzut zabójstwa, a nie przekroczenia granic obrony koniecznej.
Dla jednych to dowód na to, że nie było tu mowy o samoobronie. Dla innych – symbol państwa, które bardziej ufa agresorowi niż obywatelowi broniącemu się przed przemocą. Tym samym na nowo wraca pytanie, gdzie faktycznie przebiegają granice obrony koniecznej. I czy prawo, które ma chronić ofiary, nie zamienia ich czasem w oskarżonych.
Polski kodeks karny – w art. 25 – formułuje obronę konieczną stosunkowo jasno: nie popełnia przestępstwa ten, kto odpiera bezpośredni, bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem. Oznacza to, że bronić można nie tylko życia, ale też zdrowia, wolności, nietykalności cielesnej czy mienia. Oczywiście, o ile mamy do czynienia z realnym, trwającym atakiem. Obrona konieczna jest przy tym prawem, a nie obowiązkiem. Państwo nie każe nam być bohaterami, ale pozwala nam nie być ofiarami.
To jednak dopiero początek. Przepis mówi również o „przekroczeniu granic obrony koniecznej” – zwłaszcza gdy sposób obrony jest „rażąco niewspółmierny” do niebezpieczeństwa zamachu. Stąd wszystkie wątpliwości: czy w obronie własnego życia rzeczywiście wolno nam zabić napastnika?
A co, jeśli „tylko” grozi nam ciężki uszczerbek na zdrowiu, pobicie, gwałt? Czy w imię cudzego życia mamy ryzykować własne zdrowie i godność? Jak oceniać sytuację, w której ktoś wdziera się nocą do domu, a my nie znamy jego intencji? Nie wiemy przecież czy to złodziej, czy potencjalny morderca. Czy mamy prawo założyć najgorszy scenariusz? Mamy „poczekać”, aż nożownik rzeczywiście zamachnie się na nasze gardło?
Kodeks, przynajmniej częściowo, dostrzega dramatyzm takich sytuacji. Przewiduje, że osoba, która przekroczy granice obrony koniecznej „pod wpływem strachu lub wzburzenia usprawiedliwionych okolicznościami zamachu”, może w ogóle nie podlegać karze. To milczące przyznanie, że człowiek zaatakowany nie ma obowiązku chłodno kalkulować wartości dóbr: czyjegoś życia, własnego zdrowia, szkody na mieniu. Ale w praktyce to sąd i prokurator oceniają, czy strach był „usprawiedliwiony”, a obrona „współmierna”.
Dyskusja o granicach obrony koniecznej powraca systematycznie od lat. Z jednej strony mamy zwolenników zasady adekwatności. Stoją oni na stanowisku, że nie można zabić kogoś, kto sam nie chciał nas zabić. Jeśli napastnik „tylko” chce nas pobić, okraść, popchnąć – użycie śmiertelnej broni ma być moralnie i prawnie nie do obrony.
Stąd dylemat, który wielu próbuje nam narzucić: skoro nie masz pewności, że zamierza cię zabić, nie możesz sięgać po środki, które mogą go zabić. W praktyce bywa to równoznaczne z oczekiwaniem, że słabszy ma przyjąć cios, pobicie, poniżenie. Byle tylko nie naruszyć dobra najwyższego, jakim jest życie napastnika.
Z drugiej strony stoją ci, którzy twierdzą, że napastnik, rozpoczynając bezprawny atak, sam wyłącza się z ochrony, jaką dają mu normy prawa i moralności. W tej perspektywie agresor, wchodząc w cudzą sferę wolności, „godzi się” na to, że zostanie potraktowany jak wróg, a nie jak „normalny obywatel”.
Jeśli ktoś atakuje mnie nożem, jest ode mnie silniejszy, szybszy, a moją jedyną realną szansą jest szybkie unieszkodliwienie go strzałem z broni – to wymóg „współmierności” brzmi jak okrutny żart. Czy naprawdę mam ryzykować własne życie i zdrowie, bo być może on „tylko” chciał mnie pobić?
Może to właśnie na tym polega przewrotność zła. Liczy ono na to, iż dobro, skrępowane własnymi skrupułami, nie odważy się odpowiedzieć z pełną siłą.
Zwolennicy szeroko rozumianej obrony koniecznej często odwołują się tu do myślicieli liberalizmu klasycznego, w tym Johna Locke’a. W jednym z kluczowych fragmentów Drugiego traktatu o rządzie Locke pokazuje, że próba podporządkowania sobie drugiego człowieka siłą wprowadza „stan wojny” między napastnikiem a ofiarą:
Kto rozumnie, wykonuje zamach na czyjeś życie, wstępuje z daną osobą w stan wojny. W tym stanie osoba atakując daje prawo odebrania sobie życia przez osobę atakowaną lub osobę broniącą osoby atakowanej. Z tego powodu sprawiedliwym jest zabicie złodzieja, jeśli używa on przemocy wobec osoby okradanej, jednak nie jest możliwe zabicie go, gdy przemocy nie używa.
Locke widzi więc wyraźną granicę: kluczem nie jest sam fakt naruszenia własności, ale użycie przemocy. Tam, gdzie pojawia się bezprawna siła skierowana przeciwko człowiekowi, powstaje „stan wojny” . Wraz z nim powstaje zatem prawo do zastosowania nawet śmiertelnych środków obrony. W tym sensie spór o to, czy wolno „zabić napastnika”, jeśli „tylko” nas bije, jest odwiecznym sporem o to, czy człowiek ma prawo traktować agresora jako kogoś, kto sam wystąpił poza krąg wzajemnej ochrony.
Dobrym przykładem, jak skomplikowane są granice obrony koniecznej, pozostaje sprawa Bernharda Goetza z Nowego Jorku. Goetz w 1984 r. postrzelił w metrze czterech młodych mężczyzn, przekonany, że chcą go napaść i obrabować. Mężczyzna, który wcześniej został poważnie pobity w podobnej sytuacji, twierdził, że działał w samoobronie.
Ława przysięgłych uniewinniła go z najpoważniejszych zarzutów, ale część opinii publicznej uznała, że przekroczył wszystkie dopuszczalne granice, strzelając bez „pewności”, że zagrożone jest jego życie.
Spór, który wybuchł po tym procesie, do złudzenia przypomina dzisiejsze polskie dyskusje. Czy wystarczy subiektywne poczucie zagrożenia, czy decyduje obiektywna „rozsądność” strachu? Czy prawo ma stać po stronie ofiary, która nie chce „dać się pobić” ani okraść?
A może po stronie abstrakcyjnej ochrony życia napastnika, który wchodzi na drogę przemocy? Art. 25 polskiego kodeksu próbuje pogodzić te racje. Dopuszcza szeroką obronę, łagodzi odpowiedzialność przy strachu i wzburzeniu, ale jednocześnie ostrzega przed „rażącą niewspółmiernością”.
Sprawy takie jak ta z Nowego Jorku czy z Bystrzycy Kłodzkiej nie rozstrzygają ostatecznie, po której stronie powinniśmy stanąć. To raczej przykłady na to, że odpowiedzi nie da się sprowadzić do prostego „wolno” lub „nie wolno”.
Z prawnego punktu widzenia trzeba za każdym razem badać, czy zamach był realny i bezpośredni, czy sposób obrony nie był rażąco przesadzony, czy broniący się działał w autentycznym strachu. Z moralnego – trudno wymagać, by napadnięty, często słabszy, bezbronny, w ułamku sekundy kalkulował, czy zdrowie i bezpieczeństwo jego i jego bliskich są mniej warte niż życie napastnika.
Bez wątpienia prawo musi pozostawić szeroką przestrzeń dla obrony koniecznej, bo inaczej staje się sojusznikiem agresora. Jednocześnie nie może zrezygnować z zasady, że każde użycie przemocy – także w obronie – wymaga odpowiedzialności i namysłu. Zło nie może liczyć na bierność dobra, ale dobro nie może też bezrefleksyjnie upodobnić się do zła, które zwalcza.
Przeczytaj również: Groźne przestępstwo i bierność tłumu. Tak działa mroczny mechanizm
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: