Najmłodszy więzień Putina: Rosjanie się nie zatrzymają

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
GETTY IMAGES
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 6 minut

„Podczas pobytu w areszcie nie miałem żadnego kontaktu z rodziną. Tylko raz, podczas rozprawy, mogłem spotkać się z mamą. Rozmawialiśmy zaledwie kilka minut. Mama starała się o dłuższe widzenie, ale jej odmówiono” – mówi w rozmowie z Holistic News najmłodszy z byłych ukraińskich więźniów politycznych w Rosji, Pawło Hryb

24 sierpnia 2017 r. 19-letni wówczas student Akademii Kijowsko-Mohylańskiej Pawło Hryb pojechał do białoruskiego Homla spotkać się z Tatianą – 17-letnią Rosjanką poznaną przez internet. Ślad po nim zaginął. Po dwóch tygodniach Pawło „odnalazł się” w rosyjskim areszcie w Krasnodarze, gdzie został oskarżony o terroryzm. 7 września 2019 r., po ponad dwóch latach, Pawło wrócił do Kijowa w ramach wymiany jeńców, razem z 34 innymi przetrzymywanymi w rosyjskich więzieniach Ukraińcami.

KATARZYNA BARCZYK, SZYMON PIEGZA: „24 sierpnia 2017 r. 19-letni obywatel Ukrainy, Pawło Hryb, zniknął na terenie Białorusi. Przez pierwsze dwa tygodnie jego miejsce pobytu pozostawało nieznane” – informowała ponad dwa lata temu prasa. Co się wtedy wydarzyło?

PAWŁO HRYB: Do niewoli bandytów z FSB trafiłem dokładnie w Dniu Niepodległości Ukrainy. Przeprowadzono wtedy specjalną operację, w czasie której zostałem pojmany i wywieziony z Białorusi, z Homla do rosyjskiego Jarcewa, położonego niedaleko Smoleńska. To nie była taka prosta historia, że „banderowiec pojechał spotkać się z kacapską dziewczyną”…

Pawło Hryb pod pomnikiem Tarasa Szewczenki w Lizbonie (ARCHIWUM PRYWATNE)
Prawdą jest, że byłeś na Białorusi, ponieważ umówiłeś się tego dnia na spotkanie z Tatianą, dziewczyną poznaną w internecie. Opowiedz o tej historii.

Jeszcze dzień przed zatrzymaniem byliśmy umówieni na granicy ukraińsko-białoruskiej. Zmieniliśmy jednak zdanie, umówiliśmy się w Homlu, gdzie zostałem porwany.

Jak do tego doszło?

Po spotkaniu wróciłem na dworzec autobusowy, na który przyjechałem z Czernichowa. Kupiłem bilet, ale gdy odchodziłem, podjechał bus na numerach 152, czyli rosyjskiego regionu. Wyszli z niego ludzie, którzy wepchnęli mnie do środka. Zapytałem ich, kim są, a oni odpowiedzieli: „Dziad Pichto”. Chcieli wymusić na mnie przyznanie się do próby zamachu terrorystycznego. Od razu pomyślałem, że to Moskowia. Co do tego nie miałem żadnych wątpliwości.

Po uprowadzeniu ślad po tobie zaginął.

Oni zakładali, że o moim porwaniu nikt się nie dowie, że to do samego końca pozostanie w tajemnicy. Przetrzymywano mnie w areszcie śledczym w Krasnodarze. FSB to nie są służby specjalne. To są bandyci, którzy porywają i zabijają ludzi.

Usłyszałeś zarzut przygotowania zamachu terrorystycznego w Soczi. W zasadzie został on sporządzony w oparciu o twoje rozmowy w mediach społecznościowych.

Rosjanie interpretują wszystko tak, jak chcą. Oni po prostu polują na ludzi: na Ukraińców, na Gruzinów, na przedstawicieli innych narodowości i zarzucają im, co tylko chcą. Skazano mnie na sześć lat pozbawienia wolności, z czego w rosyjskim więzieniu spędziłem dwa lata. Mógłbym wytrzymać jeszcze kolejne cztery, gdyby warunki były choć trochę lepsze.

Jak wyglądały te dwa lata? Sam termin „rosyjskie więzienia” sprawia, że ciarki przechodzą po plecach…

Oczywiście stosowano wobec mnie również przemoc, jeśli o tym myśleliście. Gdy trafiłem na północny Kaukaz, do Krasnodaru, od razu zorientowano się, że jestem Ukraińcem, a gdy jesteś Polakiem lub Ukraińcem, to oni będą cię bić. Przeżyłem, poszczęściło mi się, ale okupiłem to ceną hańby. Już na samym początku zostałem dotkliwie pobity. Nie chcę o tym mówić…

Media donosiły w tym czasie o pogarszającym się stanie twojego zdrowia, o braku pomocy lekarskiej, o konieczności przeprowadzenia szybkiej operacji wstawienia sztucznych żył, która miała odbyć się jeszcze przed uprowadzeniem.

Jeśli chodzi o opiekę medyczną, to w ciągu dziewięciu miesięcy nie miałem możliwości zakupu własnych leków. Mogłem kupić medykamenty o podobnym działaniu, ale źle się po nich czułem. W zasadzie w ciągu mojego pobytu w więzieniu nie otrzymałem żadnej pomocy medycznej.

Razem z moim adwokatem staraliśmy się o badania za swoje pieniądze i za pieniądze innych. Niektóre z nich były wykonywane, ale tylko po to, by przekłamać prawdziwy obraz stanu mojego zdrowia, bo żadnego leczenia nie było. Musieliśmy często poruszać ten temat publicznie, dlatego on stał się w końcu taki głośny. Ciężko uwierzyć, jak wiele osób cierpi i umiera w tamtych więzieniach. Na szczęście moja choroba nie jest aż tak poważna, że mogłem przez to umrzeć.

Podobnie utrudniano ci kontakt z rodziną.

Będąc w areszcie, nie miałem żadnego kontaktu z rodziną, gdyż już na samym początku mi tego zabroniono. Tylko raz, podczas rozprawy w Krasnodarze, mogłem spotkać się z mamą. Rozmawialiśmy zaledwie kilka minut. Mama starała się o dłuższe widzenie, ale jej odmówiono. Dopiero po dwóch latach, po powrocie na Ukrainę, mogłem zobaczyć się z całą rodziną.

Tak samo nie dochodziły do mnie żadne listy od bliskich, poza jednym listem od babci. Właściwie przez pierwsze kilka miesięcy nie otrzymywałem żadnych listów. One zaczęły napływać dopiero później, choć wiem, że i tak nie wszystkie do mnie dotarły.

Skąd przychodziły te listy?

Z Ukrainy, ale również z zagranicy, także z okupowanego Krymu. Bardzo duże wsparcie dostałem również z Polski. To bardzo miło czytać, jak ktoś opowiada o swoim życiu i wyraża wsparcie. Szkoda, że mieszkańcy Ukrainy nie zainteresowali się tą sytuacją tak, jak można by się tego spodziewać. Osobiście uważam, że zdecydowanie więcej otuchy powinniśmy otrzymać od obywateli własnego kraju – w końcu to moja ojczyzna.

Nadzieję dawały też dobre wiadomości, które dochodziły do więzienia, np. z mediów. Dzięki temu wszystkiemu wierzyliśmy, że nasza walka ciągle trwa. Wierzyliśmy aż do wyboru na prezydenta Zełenskiego.

Pamiętasz, jak wyglądał dzień, gdy zostałeś zwolniony z więzienia?

W piątek wieczorem, 6 września, przyszedł do mnie pracownik konsulatu. Myślałem, że ta cała procedura się wydłuży, ale już następnego dnia wydano mi tymczasowy ukraiński dowód i kazano się zbierać. Następnie zostałem przewieziony do aresztu Lefortowo w Moskwie. W budynku, w którym byłem przetrzymywany, byli też zatrzymani w Cieśninie Kerczeńskiej ukraińscy marynarze. Rozpoznałem jednego z nich z telewizji, oni też wiedzieli, kim jestem. Zacząłem krzyczeć: „Sława Ukrainie”, a inni odpowiadali tym samym. W pewnym momencie zrobił się wielki hałas.

Powiedziałeś kiedyś, że będąc w więzieniu, mógłbyś umrzeć za Ukrainę. Czy gdyby wymiana jeńców zależała od ciebie, zdecydowałbyś się nawet na śmierć w więzieniu?

Ja nie jestem zwykłym, zatrzymanym przez Rosjan, studentem. Jestem człowiekiem, który walczy za Ukrainę i który zawsze gotowy jest za nią umrzeć. Czy bym się na to zgodził? Przede wszystkim, nikt mnie o nic nie pytał. Gdyby zapytano mnie o zdanie, powiedziałbym, że nie tak ta wymiana powinna wyglądać.

A jak powinna wyglądać?

Jeśli by to ode mnie zależało, mógłbym zostać jeszcze cztery lata w więzieniu, ale wolałbym, by zwolniono większą liczbę więźniów niż tylko 35. Myślę, że gdyby sam proces wymiany trwał dłużej, to można by było osiągnąć lepsze warunki. Moskwa może się dziś cieszyć, bo znowu postawiła swoje warunki i wygrała. Moim zdaniem doszło po prostu do zdrady.

Nowy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski witał was osobiście 7 września, gdy lądowaliście na lotnisku w Boryspolu.

W samolocie panowała wesoła atmosfera, dużo ze sobą rozmawialiśmy, nawet pojawił się jakiś alkohol. Niektórzy ciągle wypatrywali przez okno, wiedzieliśmy przecież, że wszyscy na nas czekają. Cieszyliśmy się przede wszystkim z jednego powodu – byliśmy pewni, że rosyjscy więźniowie nie będą tak uroczyście witani u siebie, jak my na Ukrainie.

Uważam jednak, że ta wymiana została przeprowadzona niewłaściwie. Doszło do tego, ponieważ nasz prezydent jest populistą. Zełenski podczas kampanii prezydenckiej zapowiadał, że zwolni więźniów, więc doprowadzenie do tego było czystym populizmem, realizowanym na rosyjskich warunkach. W zasadzie to nie była wymiana jeńców, ale zwykłe zwolnienie z więzienia. Jak można wymieniać guziki na hrywny?

To znaczy, że po wyborach prezydenckich nie liczyłeś na powrót do domu?

Miałem nadzieję, że dojdzie do wymiany. My, więźniowie, wiedzieliśmy, że z nowym prezydentem ona będzie i oczywiście na nią czekałem, jak każdy. Kiedy jednak poznaliśmy jej dokładne warunki, to nasza radość zmieniła się w smutek. Dziś jest mi wstyd.

Wstyd?

Jest mi wstyd za to, że inni ukraińscy więźniowie polityczni nadal siedzą w rosyjskich więzieniach i nie wiadomo, kiedy wrócą do domu. Wierzę jednak, że nadal będziemy walczyć, że nasza walka się nie skończy. Zarówno z zewnętrznym, jak i wewnętrznym wrogiem.

Jak myślisz, po co to wszystko było? Po co byłeś potrzebny Putinowi?

Rosjanie chcieli przeprowadzić pokazowy proces. Chcieli pokazać światu, co się dzieje z tymi, którzy walczą dla idei. Według nich świat bez takich jak ja byłby lepszy, a miejsce dla takich ludzi jest za kratami.

Czy po opuszczeniu więzienia czujesz się silniejszy?

Chcę zrobić wszystko, by w świat poszła prawda o tym, co tam się działo. Moskowia to bandyci, którzy nie dopuszczają żadnych protestów. Oni zabijają każdego, kto stanie im na drodze, po prostu są zdolni do wszystkiego. Dla nich każda osoba, która walczy przeciwko nim, jest terrorystą.

Jakie dalsze działania masz zamiar podjąć?

Moim największym marzeniem jest zwycięstwo nad państwem, które od wielu lat niszczy moją ojczyznę. Niedawno minęło 30 lat od ogłoszenia niepodległości Ukrainy. Uważam, że musi zajść poważna zmiana w ukraińskim narodzie. Dziś Ukraińcy muszą zacząć myśleć przede wszystkim o własnej niezależności i wolności. Razem możemy pomóc Ukrainie, a to zwycięstwo jest nam wszystkim bardzo potrzebne.

Dlaczego nam wszystkim?

Ponieważ Rosjanie nigdy się nie zatrzymają. Jak przejmą władzę nad Ukrainą, to dalej mogą pójść na Polskę.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES