Pół roku nadziei na ocalenie życia

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Azyl kościelny to dla kobiet, które uciekają przed przemocą, ostatnia szansa, by przeżyć (ANDREW LICHTENSTEIN / CORBIS / GETTY IMAGES)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 6 minut Dom znalazły tutaj prawosławna Erytrejka, muzułmanka z Iraku i lesbijka z Ugandy. 15 zakonnic z Monachium udziela azylu kościelnego kobietom, którym grozi deportacja, bezdomność, a nawet śmierć

W oparciu o średniowieczne prawo azylu kościelnego protestanckie i katolickie wspólnoty w Niemczech mogą udzielać schronienia osobom zagrożonym deportacją. Państwo respektuje umowy z Kościołem oparte na wielowiekowej tradycji – do klasztoru czy parafii, w której schronił się uchodźca, policja nie ma wstępu. Po półrocznym pobycie cudzoziemca na kościelnym terenie władze ponownie rozpatrują jego wniosek o azyl.

Na prośbę Kościoła niemiecki urząd przejmuje sprawę migranta, nawet jeśli jego podanie o ochronę powinno zostać rozpatrzone w innym kraju. O tym, jak wygląda praca 15 zakonnic, które w swoim domu udzielają azylu prześladowanym kobietom, opowiada siostra Maria Stadler ze Zgromadzenia Misjonarek Chrystusa.

ANNA WILCZYŃSKA: Jakie kryteria trzeba spełnić, by móc zamieszkać z siostrami w ramach azylu kościelnego?

SIOSTRA MARIA STADLER*: Po pierwsze, przyjmujemy tylko kobiety. Wynika to z tego, że przyjmowane przez nas uchodźczynie żyją razem z siostrami. Nie mamy osobnego domu, innego miejsca, w którym mogłybyśmy przyjąć mężczyzn. Dajemy im nasz dom, ale my również chcemy czuć się w nim swobodnie. Raz próbowałyśmy przyjąć pod nasz dach mężczyznę, ale to nie wypaliło. Po drugie, zazwyczaj przyjmujemy maksymalnie dwie osoby naraz. Zwyczajnie nie mamy miejsca, by ugościć więcej osób. Po trzecie, przyjmujemy tylko te kobiety, co do których mamy pewność, że są w wyjątkowo ciężkiej sytuacji. Chcemy zapewnić ochronę przede wszystkim tym kobietom, które później mają realną szansę na otrzymanie statusu uchodźcy w Niemczech.

O jakich wyjątkowo ciężkich sytuacjach mówimy?

Jeżeli kobieta prosi o azyl kościelny, bo w ramach procedury dublińskiej ma zostać deportowana np. do Austrii, to nie przyjmiemy jej w naszym domu. Oczywiście mamy świadomość, że deportacja do innego kraju nigdy nie jest przyjemnym doświadczeniem. Ale w Austrii kobieta ma dużo mniejsze szanse na to, by doświadczyć przemocy czy wylądować na ulicy jako bezdomna, niż na przykład we Włoszech. Tam takie sytuacje są częste. We Włoszech kobiety oczekujące na rozpatrzenie wniosku o azyl stają się bezdomne, padają ofiarą wykorzystywania, handlu ludźmi i gwałtów. Wydalenie kobiety z Niemiec do Włoch stawia kobietę w bardzo trudnej sytuacji, więc taką osobę przyjmiemy w pierwszej kolejności.

Kiedy siostry zdecydowały po raz pierwszy, by w ramach azylu kościelnego przyjąć uchodźcę pod swój dach?

Prawie cztery lata temu. Wtedy blisko współpracowałam z Jezuicką Służbą Uchodźcom, która koordynowała działania na rzecz azylu kościelnego w Bawarii. Dzięki tej organizacji weszłyśmy w kontakt z osobami, które potrzebowały schronienia. Dzisiaj sama również zajmuję się osobami, które przebywają w więzieniach i oczekują na deportację.

Ile osób w tym czasie schroniło się u sióstr?

Jak dotąd, 18 osób. Przez ostatni rok w naszym domu mieszkały trzy kobiety – jedna z Ugandy i dwie młode dziewczyny z Erytrei.

Czyli nie każdy uchodźca zostawał w tym domu przez sześć miesięcy, tak jak przewiduje procedura azylu kościelnego.

Z początku nie wszyscy przebywali u nas przez taki okres. Cztery lata temu mieszkała z nami młoda kobieta z Iraku, która przyjechała do Niemiec wraz z mężem. Została u nas tylko dwa miesiące. Magdalene** z Ugandy, która była u nas w zeszłym roku, mieszkała z nami jakieś pięć miesięcy. Zdarzało się, że ktoś zostawał u nas na cztery miesiące.

Często sytuacja tych osób zmienia się tak dynamicznie, że z różnych powodów musiały opuścić azyl kościelny wcześniej. Ale w sierpniu 2018 r. sytuacja się zmieniła, ponieważ weszły w życie nowe regulacje prawne. Teraz kobiety zostają z nami minimum sześć miesięcy, a czasem znacznie dłużej – nawet do 18 miesięcy.  Jednak w dalszym ciągu osoby te wiedzą, że ich pobyt tutaj ma charakter tymczasowy.

A jak wiele osób prosi o przyjęcie?

Jeszcze w ubiegłym roku zdarzało się, że dzwoniły do nas po dwie, czasem trzy osoby, które prosiły o udzielenie im azylu. Teraz otrzymujemy prośby od jednej, dwóch osób miesięcznie. Ale nie możemy przyjąć wszystkich.

Jako misjonarkom, które mieszkały w krajach Afryki i Azji, siostrom pewnie było łatwiej podjąć decyzję o przyjęciu kogoś z Erytrei czy Iraku w swoim domu?

W Domu Generalnym Misjonarek Chrystusa w Monachium mieszka 15 sióstr. Przeważająca część z nich to osoby starsze – siostry w wieku powyżej 80 lat. Najstarsza mieszkanka domu ma 87 lat. Większość z nich ma doświadczenie misji w różnych krajach Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Ja sama przez wiele lat mieszkałam w Rosji.

To doświadczenie sprawiło, że zrozumiałyśmy obawy uchodźców przed prześladowaniem w ich rodzinnych krajach. Ponadto jesteśmy z tego pokolenia, które pamięta II wojnę światową i jej skutki – także z tego powodu nie wahałyśmy się przyjąć uchodźców w naszym domu.

Jak zdecydowałyście o tym, że zaczniecie się przyjmować kobiety w azylu kościelnym? Ostateczną decyzję podjęła przełożona czy każda siostra musiała wyrazić zgodę, żeby zamieszkała z wami pierwsza uchodźczyni?

Rozmawiałyśmy na ten temat wszystkie razem. Każda siostra musiała zabrać głos. Ale nie było wśród nas siostry, która nie chciała się zgodzić. Stało się dla nas jasne, że nie ma nad czym dyskutować. Wątpliwości dotyczyły raczej tego, co będzie się działo po tym, jak już kogoś przyjmiemy – czy wszystko będzie w porządku, czy uda nam się dogadać.

I jak siostry się dogadują z przyjmowanymi kobietami?

O kobietach, które mieszkały z nami w ostatnim roku, mamy bardzo dobre zdanie. Świetnie się rozumiałyśmy, chociaż dziewczyny z Erytrei, które przyjęłyśmy, nie mówiły dobrze ani po angielsku, ani po niemiecku. Trzecia kobieta, Magdalene z Ugandy, trafiła do nas po tym, jak przez krótki czas mieszkała w innym klasztorze. Ale tam był remont, więc poproszono nas, by mogła zostać w naszym domu. Magdalene ubiegała się o azyl w Niemczech, bo jest osobą homoseksualną. W ostatnim roku bardzo dobrze nam się razem mieszkało, ale nie zawsze nasze relacje z uchodźczyniami układały się gładko.

Jakie problemy miewały siostry w przeszłości?

Raz mieszkała z nami arabska kobieta, która miała w okolicy bardzo dużo znajomych i wciąż ją ktoś odwiedzał. Nie mamy nic przeciw odwiedzinom, jeśli zdarzają się raz na jakiś czas. Ale codziennie, bez przerwy? Czasem nie wiedziałyśmy, kto wchodzi, a kto wychodzi. To było dla nas za dużo. Musiałyśmy prosić ją, by ograniczyła trochę te wizyty.

Czasem niektóre kobiety bardzo chciały ugotować coś dla siebie lub dla nas. Mocny zapach afrykańskich i arabskich potraw rozchodził się po całym domu. To może wydawać się zabawne, ale dla starszych sióstr było to nie do zniesienia. Mieszkała też z nami kobieta, która lubiła spać do południa i nie chciała jeść wspólnie z nami. Nie wszystkim siostrom się to podobało.

Uchodźczynie muszą wstawać wcześnie rano i razem z siostrami odprawiać wszystkie modlitwy?

Oczywiście, że nie! (śmiech) Przyjmowałyśmy w naszym domu kobiety różnych religii, a one zawsze uczestniczyły tylko w tych częściach naszego życia duchowego, w których chciały uczestniczyć. Z drugiej strony, w tym domu żyjemy jak rodzina. To dla nas ważne, żeby być razem w ważnych momentach dnia, np. przy posiłkach.

Nie miały siostry czasem dosyć? Nie żałowały swojej decyzji?

Nie żałowałyśmy, ale po jakimś czasie poczułyśmy się trochę zmęczone. Dlatego w grudniu 2017 r. postanowiłyśmy, że zrobimy sobie kilka miesięcy przerwy od udzielania azylu kościelnego. Po jakimś czasie usłyszałyśmy o sytuacji Magdalene z Ugandy. Uznałyśmy, że to jest moment, by na nowo przyjąć kogoś w naszym domu. Wiedziałyśmy, że jako lesbijka jest w bardzo ciężkiej sytuacji i trzeba działać szybko. Dlatego wszystkie siostry na nowo wyraziły zgodę, by zamieszkała z nami kolejna uchodźczyni.

Nie miałyście oporów, żeby przyjąć pod swój dach lesbijkę?

Nie, to nie był problem. Raczej był to jeden z powodów, dla których tym bardziej należało ją przyjąć. Wiemy o tym, że osoby LGBT są szczególnie narażone na przemoc i wykorzystywanie, także w obozach dla uchodźców. W swoich krajach często grozi im więzienie lub śmierć. Gdy podejmowałyśmy decyzję o przyjęciu Magdalene, nie było między siostrami dyskusji, czy chcemy ją przyjąć, czy nie. Tak jak w przypadku innych uchodźczyń, wszystkie uznałyśmy, że chcemy i że trzeba.

Przez te cztery lata zdarzało się jednak, że musiałyśmy rozważyć, czy akurat w tym momencie jesteśmy w stanie przyjąć kolejną kobietę. Ostatecznie musimy być wolne w tej decyzji. Także jeśli relacje z naszą nową mieszkanką się nie układają, zawsze możemy powiedzieć kobiecie, że bardzo nam przykro, ale nie może u nas dłużej zostać.

Czy siostry kiedyś musiały poprosić kobietę, by opuściła wasz dom?

Taka sytuacja miała miejsce raz. Problem polegał na tym, że ta kobieta ciągle opuszczała teren klasztoru, czego w świetle prawa nie wolno jej było robić. Uchodźca w azylu kościelnym musi cały czas pozostawać na terenie kościoła, który dał mu schronienie. Raz, drugi, trzeci przypominałam jej, że nie może wychodzić, ale to nie pomogło. Po jakimś czasie ta kobieta ukradła nam trochę pieniędzy. Wszystkie nasze pokoje są otwarte, mamy do siebie zaufanie i nie zamykamy drzwi na klucz. Po tym incydencie powiedziałyśmy jej, że nie może dłużej u nas zostać.

Jak często się zdarza, że klasztory w Bawarii przyjmują uchodźców pod swój dach?

W Bawarii wiele klasztorów i parafii przyjmuje uchodźców zagrożonych deportacją. Ale to nie jest tak, że pozostałe kościoły, które ich nie przyjmują, są antyuchodźcze. Nie każda wspólnota ma możliwości lokalowe, finansowe czy kadrowe pozwalające na przyjęcie uchodźcy i to na pół roku. W niektórych domach zgromadzeń mieszkają na przykład tylko trzy siostry, które nie są w stanie unieść takiego zobowiązania.

Czy obecnie rolą Kościoła jest wyciąganie ręki do uchodźców, nawet jeśli nie zawsze w zamian otrzymujemy dobro i wdzięczność?

Niemcy są bogatym krajem, ludziom żyje się dobrze. Ale niektórzy politycy w naszym kraju zaczynają skupiać się wyłącznie na bezpieczeństwie i chcą zamykać granice przed potrzebującymi. Chcą nam wmówić, że uchodźcy są terrorystami. Dlatego wielu katolików uważa, że uchodźcy są dla nich zagrożeniem. Jako osoby wierzące nie możemy poddawać się panice i strachowi. Także moim zdaniem, właśnie taka jest rola Kościoła – przypominać, że nie możemy się bać człowieka w potrzebie.

*Siostra Maria Stadler – siostra zakonna mieszkająca w domu Zgromadzenia Misjonarek Chrystusa w Monachium. Opiekunka uchodźczyń w azylu kościelnym. Przez wiele lat pracowała jako misjonarka w Rosji.

**Imię bohaterki zostało zmienione ze względu na jej bezpieczeństwo.

]]>
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES