Humanizm
Rozmowa jest podróżą. Holistic Talk 2026: kosmos idei i wartości
22 maja 2026

Sport i polityka stają się na światowych arenach jednym i tym samym. Mundial w USA, wykluczenie Iranu, sankcje wobec Rosjan – międzynarodowy sport to nie neutralna zabawa, lecz ścieranie się wizji porządku świata.
Gdy w 2026 roku świat będzie śledził piłkarski mundial współorganizowany przez Stany Zjednoczone, Kanadę i Meksyk, wielu kibiców chciałoby po prostu cieszyć się grą. Tymczasem sport i polityka znowu splatają się w sposób, którego nie da się ignorować.
Kontrowersje wokół amerykańskiego gospodarza pokazują, że nawet największe święto futbolu staje się areną geopolitycznych napięć. Z drugiej strony słychać głosy za wykluczeniem z międzynarodowych zawodów reprezentantów Rosji, wciąż objętej sankcjami po inwazji na Ukrainę, czy Iranu.
Sport międzynarodowy nie istnieje w próżni, lecz jest gęsto utkany z decyzji politycznych, moralnych i ekonomicznych.
Czy w takim świecie sport i polityka mogą w ogóle istnieć osobno? Na pierwszy rzut oka sport obiecuje prostą utopię: jasne zasady, równe warunki, zwycięzcę wyłonionego w uczciwej rywalizacji. Jest w tym obietnica świata, w którym liczy się wysiłek, talent i szczęście, a nie paszport czy poglądy. Dlatego tak kuszący jest mit, że „sport jest ponad polityką”. Że to, co dzieje się na stadionie, można oddzielić od sporów toczących się poza nim.
Ten mit zaczyna jednak pękać, gdy tylko przyjrzymy się bliżej temu, co dzieje się poza boiskiem. Gdy pojawiają się pytania: kto jest gospodarzem turnieju? Kto decyduje o przydziale biletów? Jak traktuje się kibiców i mniejszości? Które państwa zaprasza się do gry, a które wyklucza z rywalizacji? Sport międzynarodowy nie istnieje w próżni, lecz jest gęsto utkany z decyzji politycznych, moralnych i ekonomicznych.
Sport międzynarodowy nie jest neutralny. Każda próba oddzielenia go od polityki jest w istocie milczącym opowiedzeniem się po stronie istniejącego porządku. Tam, gdzie pojawiają się rywalizacja, wspólnota i symbol, natychmiast ujawnia się polityczność – nieusuwalny element ludzkiej natury.
Polityczność nie jest zewnętrznym dodatkiem, którym ktoś „zaraża” sport. To sposób, w jaki ludzie organizują wspólne życie, tworzą hierarchie, ustalają, kto jest „swój”, a kto „obcy”.
Międzynarodowy sport, ze swoimi ceremoniami otwarcia, rankingami i medalami, jest jednym z najczystszych laboratoriów tej polityczności. Pokazuje, że nawet tam, gdzie szukamy czystej gry, wracają pytania o władzę, godność i sprawiedliwość. Sport i polityka okazują się dwiema stronami tej samej ludzkiej skłonności do tworzenia wspólnoty poprzez konflikt i symbol.
Neutralność sportu to piękny mit, ale trudny do utrzymania. Żeby coś było naprawdę neutralne, musiałoby istnieć poza relacjami władzy, symboli i wykluczeń – a sport międzynarodowy jest utkany właśnie z nich. To, kto może stanąć na podium, jakie barwy niesie w rękach, jakie logo widnieje na jego koszulce i jaki hymn rozbrzmiewa w tle, jest zawsze częścią większego układu sił.
Gdzie w tym wszystkim miejsce dla „zwykłego kibica”? Lubimy myśleć, że naszym jedynym wyborem jest kolor szalika. A jednak każdy bilet, każde włączenie transmisji, każde globalne widowisko tworzy wspólną przestrzeń znaczeń. To, co oglądamy i komu bijemy brawo, mówi coś o tym, na co jesteśmy gotowi przymknąć oko, a co uznajemy za granicę nie do przekroczenia.
To nie znaczy, że kibic ma moralny obowiązek śledzić wszystkie raporty organizacji praw człowieka i prowadzić rachunek sumienia przed każdym meczem. Nie da się jednak już uczciwie udawać, iż stadion jest całkowicie odłączony od świata.
Emocje, które przeżywamy na trybunach, są prawdziwe. Jednocześnie stają się jednak częścią większej historii o tym, kogo dopuszczamy do globalnej społeczności, a kogo z niej usuwamy. W tym sensie kibic nie jest tylko widzem, lecz współuczestnikiem – nawet jeśli jego głos wyraża się „tylko” w obecności lub nieobecności na widowni.
Nie chodzi tylko o konkretne decyzje – udział w imprezie czy bojkot – ale o coś głębszego. Czy czysta radość z gry jest w ogóle możliwa, gdy trybuny stają się sceną propagandy? Historia uczy, że rzadko. Od igrzysk berlińskich 1936 roku, przez olimpiadę w Pekinie, po Katar 2022 – wielkie imprezy zawsze były lustrem władzy.
Sport nie „zostaje wciągnięty” w politykę. On od zawsze w niej tkwi, bo człowiek jest istotą polityczną. Arystoteles wiedział to już dwa i pół tysiąca lat temu, twierdząc, że człowiek to zoon politikon.
Dlatego pytanie „czy sport może jeszcze być przestrzenią czystej radości i jedności?” brzmi dziś naiwnie. Może – ale tylko wtedy, gdy świadomie zrezygnujemy z udawania, że jest apolityczny. Każda flaga na trybunach, każdy hymn, każdy medal wręczany przez szefa państwa to symbol. A symbol to zawsze polityka. Próba oderwania sportu od kontekstu władzy jest formą samooszukiwania się – wygodnego, bo pozwala kibicować bez wyrzutów sumienia.
Międzynarodowy sport nigdy nie jest neutralny. To jedna z tych przestrzeni, w których władza, wartości i interesy spotykają się z naszym pragnieniem czystej radości i niewinnych emocji. Im szybciej przestaniemy udawać, że stadion jest oderwany od świata, tym dojrzalej będziemy mogli decydować, jakie gesty – udziału, milczenia czy bojkotu – naprawdę chcemy współtworzyć.
Przeczytaj również: Rosję wyrzucono, Izrael nie. Jacek Piekara o podwójnych standardach
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: