Świat zapomniał o kurdyjskich bohaterach

Share on facebook
Share on twitter
Share on whatsapp
Share on linkedin
Kurdyjski bojownik patrzy za zniszczone syryjskie miasto Kobane. Zdjęcie roku 2015 według francuskiej agencji prasowej AFP BULENT KILIC / AFP / EAST NEWS)

Zobacz również

O nas

Kurdyjscy bojownicy byli potrzebni w walce z radykałami państwa islamskiego. Ale gdy wykonali robotę, zniszczone kobanê, swoje miasto, musieli odbudować bez niczyjej pomocy

Zanim latem 2014 roku przyszli bojownicy Państwa Islamskiego, Şehîn miał dwa dobrze prosperujące sklepy w południowej części Kobanê. To kurdyjskie miasteczko w północnej Syrii, zamieszkane przez prawie 50 tys. ludzi, leży tuż przy granicy z Turcją.

43-letni Şehîn był także właścicielem domu. Wojna, która gwałtownie spadła na Kobanê, spowodowała, że wraz z rodziną musiał uciekać do Turcji. Wydawało się, że kurdyjskim bojówkom nie uda się powstrzymać nacierających dżihadystów, którzy tryumfalnie zajmowali kolejne miasta Syrii i Iraku, a na wyzwolonych terytoriach proklamowali powstanie kalifatu.

Oblężenie Kobanê okazało się pierwszą militarną porażką kalifatu. Dzięki heroicznej walce kurdyjskich bojowników ‒ o każdy dom ‒ i amerykańskiemu lotnictwu, które im pomogło, dżihadyści zostali przepędzeni. Ale cena, jaką zapłaciło miasto, była ogromna: według miejscowych władz 80 proc. budynków zostało zniszczonych lub uszkodzonych.

Şehîn wrócił do Kobanê wiosną 2015 roku, wkrótce po tym, jak skończyły się walki.

– Nie leżał tu kamień na kamieniu. Mimo to byłem bardzo szczęśliwy – wspomina.

Jego dom został zniszczony, a ze sklepów nie zostało nic. Początkowo wraz z rodziną mieszkał w cudzym opuszczonym mieszkaniu ‒ dopóki nie wrócił właściciel. Taki scenariusz powtórzył się kilka razy. Wreszcie postanowili, że wrócą do własnego domu. Nie mieli jednak pieniędzy, by go odbudować. Życie w ruinach okazało się zbyt uciążliwe, sprzedali dom i wynajęli inny.

Şehîn wziął w ajencję skromnie zaopatrzony sklepik z artykułami spożywczymi i przemysłowymi. Nie umywa się on ‒ niestety ‒ do tamtych, które miał przed oblężeniem. Dziennie wynajem kosztuje 1500 syryjskich funtów, czyli ponad 3 dolary.

Dużo łatwiej byłoby Şehînowi stanąć na nogi, gdyby mógł liczyć na jakąś pomoc. Nie doczekał się jednak żadnej.

– Nigdy niczego nie otrzymałem, nawet jedzenia czy koców – mówi.

Kurdowie rzucają kamieniami w tureckie pojazdy opancerzone. Prowincja Sanliurfa, październik 2014 r. (AFP / ARIS MESSINIS)

Kobanê trzyma się mocno

Państwo Islamskie rozpoczęło ofensywę na Kobanê we wrześniu 2014 roku. ONZ informowało, że w ciągu czterech dni do Turcji uciekło ponad 130 tys. osób. Potem ta liczba wzrosła trzykrotnie. 27 września na nacierających dżihadystów spadły pierwsze amerykańskie bomby, ale to ich nie powstrzymało. Szturmowali kolejne dzielnice miasta. Zza tureckiej granicy widać było powiewające na „wyzwolonych” budynkach czarne flagi kalifatu.

Na początku października Kurdowie przystąpili do kontrofensywy. Wspierani z powietrza zaczęli odbijać ulicę po ulicy. Amerykanie zrzucali im broń, amunicję i medykamenty. Wkrótce nadeszły też posiłki, czyli oddział peszmergów, kurdyjskich bojowników z północnego Iraku, których Turcja ‒ pod presją Waszyngtonu ‒ zgodziła się przepuścić przez swoje terytorium.

Dżihadyści Państwa Islamskiego zostali ostatecznie wyparci z Kobanê po pięciu miesiącach walk ‒ pod koniec stycznia 2015 roku.

Cały świat podziwiał kurdyjskich bojowników za to, że jako jedyni nie uciekli przed fanatykami, lecz stawili im twardy opór. Peszmergowie nie ograniczyli się tylko do obrony własnego terytorium; w następnych latach stali się filarem międzynarodowej koalicji walczącej z Państwem Islamskim jednocześnie na wielu frontach w Syrii i Iraku.

W październiku ub.r. wchodzili w skład oddziałów, które ‒ przy wsparciu amerykańskiego lotnictwa ‒ zdobyły Rakkę, stolicę kalifatu.

Kurdyjscy bojownicy Peszmergi szykują się do walki z bojownikami Państwa Islamskiego (ISIS) w Rashad, na drodze między Kirkukiem a Tikritem, wrzesień 2014 r. (JM LOPEZ / AFP / East News)

Cena zwycięstwa

Według Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka z siedzibą w Londynie w rezultacie walk o Kobanê zginęło ponad 2 tys. osób, z czego 2/3 to bombardowani przez Amerykanów bojownicy Państwa Islamskiego.

Po bitwie powstał cmentarz „męczenników” ‒ tak Kurdowie określają poległych obrońców miasta. Znajdują się tam setki grobów. Ułożone w równe szeregi, zbudowane z takiego samego jasnego kamienia. Obok siebie leżą kilkunasto- i kilkudziesięciolatkowie, kobiety i mężczyźni.

Setki amerykańskich nalotów zmieniły znaczną część miasta w gruzowisko. ONZ wyliczył, że zniszczonych lub uszkodzonych zostało 3200 budynków.

Mustafa Bederxwan jest architektem pracującym w administracji miejskiej. Ma 33 lata i mieszka w pobliżu Kobanê. W maju 2015 roku wrócił z Ukrainy, gdzie najpierw studiował, a potem pracował.

– To był straszny widok. W mieście pozostało jakieś 10 proc. ludności sprzed wojny. Na ulicach wciąż leżały ciała, bo nie zdążono ich pozbierać – mówi. – Niektórych miejsc nie byłem w stanie poznać. Myślałem, że jestem tu pierwszy raz, że to nie Kobanê.

Nie był to jednak koniec koszmaru; Państwo Islamskie przygotowało miastu jeszcze jedną niespodziankę. 25 czerwca 2015 roku grupa dżihadystów zakradła się do Kobanê przebrana w mundury arabskich bojówek sprzymierzonych z Kurdami. Zajęli pozycje wewnątrz miasta. Zdetonowali kilka samochodów pułapek, a następnie ‒ z okien zajętych wcześniej budynków ‒ strzelali do ludzi jak do kaczek.

Wszyscy bojownicy komanda zostali ostatecznie zabici przez peszmergów, ale wcześniej zdążyli zamordować ok. 200 cywilów.

To była zemsta za przegraną bitwę o Kobanê. Kilka dni przed samobójczą misją komanda rzecznik prasowy Państwa Islamskiego mówił: ‒ Możemy przegrać kilka bitew, ale wygramy wojnę.

Jego słowa nie potwierdziły się. Obecnie Państwo Islamskie jest już niemal pokonane, a Rakka stoi zrujnowana podobnie jak Kobanê. Kurdyjscy bojownicy, wspierani przez międzynarodową koalicję ze Stanami Zjednoczonymi na czele, walnie się do tego przyczynili.

Brakujące miliony

Heroiczna walka Kurdów wzbudziła do nich ogromną sympatię. Obrońcom Kobanê, a szczególnie rozsławionym wówczas bojowniczkom, kibicowało wielu ludzi na całym świecie. Zewsząd płynęły gesty solidarności, a nawet zapewnienia, że mieszkańcy miasta nie będą musieli odbudowywać go sami, że mogą liczyć na pomoc.

Członkini Partii Wolności Kurdystanu (PAK) na pozycji w Dibis, około 50 km na północny zachód od Kirkuku, wrzesień 2014 r. (SAFIN HAMED / AFP / EAST NEWS)

1 lipca 2015 roku w Parlamencie Europejskim odbyła się konferencja poświęcona odbudowie Kobanê. Brały w niej udział różne grupy polityczne oraz ponad 40 organizacji pozarządowych i humanitarnych. Wszystkie wzywały do działań na rzecz odbudowy syryjskiego miasta.

Niestety, na deklaracjach się skończyło. Pomoc była żadna, a w najlepszym razie symboliczna, zaś Kurdowie czują się porzuceni przez społeczność międzynarodową.

– Nie jesteśmy w stanie realizować wszystkich projektów, bo brakuje pieniędzy – mówi Murat Qamişlo, 47-letni przedstawiciel Rady Odbudowy Kobanê. – Na same wodociągi i kanalizację potrzebujemy 7 mln dolarów, na sieć elektryczną 5 mln dolarów, a na szpitale i przychodnie zdrowia w mieście i okolicznych wsiach 20 mln.

Udało się odbudować centrum kultury, budynki administracji, posterunki i szpital. Niektóre z działań Rady są lub były wspierane przez zagraniczne organizacje, ale koszt odbudowy podnosi częściowe embargo nałożone przez Turcję na syryjski Kurdystan. Granica jest zamknięta (ponieważ rząd w Ankarze uważa mieszkańców Kobanê za sojuszników tureckich Kurdów, którzy domagają się autonomii i w latach 80. stworzyli PKK, czyli zbrojną partyzantkę walczącą z tureckimi władzami).

Z kolei zdobycie pozwolenia na przewóz materiałów budowlanych z innych rejonów Syrii, kontrolowanych przez żołnierzy podległych prezydentowi Baszarowi Asadowi, wymaga negocjacji i dodatkowych opłat. Import jest ‒ niestety ‒ jedyną opcją, bo miejscowe fabryki nie działają. Z dwóch fabryk cementu w Kobanê jedna nie ma wyposażenia, a druga została zamieniona na bazę wojskową.

Mundial z rzutnika

Trzy lata po oblężeniu przez Państwo Islamskie Kobanê wciąż nie wróciło do stanu sprzed wojny.

Według szacunków miejscowych urzędników w mieście i okolicznych wioskach mieszka połowa przedwojennej populacji. Rada Odbudowy Kobanê usunęła 1,5 mln ton gruzu. Kosztowało to mieszkańców wiele pracy, ale dzięki temu toczy się tu normalne, bezpieczne życie. To już nie tylko kwestia odbudowania własnych mieszkań ‒ w coraz większym stopniu przywracana jest także przestrzeń publiczna.

Na nowo powstałym skwerze ustawiono rzutnik i gdy się ściemnia, mieszkańcy miasta licznie gromadzą się, by oglądać mistrzostwa świata w piłce nożnej. Jest też więcej sklepów i kawiarń. Coraz mocniej tętni tu życie.

Mimo to wiele budynków stoi niedobudowanych, niewykończonych lub niewyremontowanych. Straszą podziurawione lub poprzebijane na wylot ściany domów, zawalone dachy, piętra, nawet całe budynki. W niektórych z nich prowadzona jest działalność gospodarcza, bo nie każdego stać, żeby odbudować sklep. Z największymi problemami mierzą się uboższe dzielnice na południu i wschodzie miasta, które najbardziej ucierpiały na skutek bitwy.

– 25 proc. mieszkańców Kobanê wciąż nie odbudowało swoich domów – podsumowuje Bederxwan. – Oni są zbyt biedni. Wciąż liczą, że ktoś im pomoże.

Kobane, miasto, o które Kurdowie stoczyli zaciętą walkę z Państwem Islamskim, marzec 2015 r. (YASIN AKGUL / AFP / EAST NEWS)

Muzeum oblężenia

28-letni Nazgia Hendawî ma podwójnego pecha. W jego dom wjechał samochód pełen materiałów wybuchowych. A co gorsza ‒ teraz znajduje się on na terenie muzeum. Stoi w sąsiedztwie betonowych szkieletów, zawalonych lub obdartych ze ścian domów. Tutaj, we wschodniej części Kobanê, odbudowa jest zabroniona. Muzeum pod chmurką ma przypominać o oblężeniu. Są nawet zniszczone transportery opancerzone i działa artyleryjskie.

Zarówno Hendawîemu, jak i pozostałym mieszkańcom domów, które przed wojną znajdowały się na terenie muzeum, administracja wypłaciła rekompensatę. Otrzymał ziemię na obrzeżach Kobanê.

Nie ma jednak dość pieniędzy, by zbudować tam nowy dom. Nim uciekł do Turcji, handlował walutą. Połowę pieniędzy stracił, gdy kurs syryjskiego funta zaczął szaleć w trakcie wojny. Resztę wydał, by przetrwać. Od roku nie może znaleźć pracy.

– Co mam teraz zrobić? Iść do drogówki i pracować za 40 tys. syryjskich funtów [ok. 90 dolarów ‒ red.] miesięcznie? – pyta retorycznie.

Obecnie mieszka u rodziny. Nie mają jednak bieżącej wody, bo w tej części miasta rurociąg wciąż nie został naprawiony. Nie ma też prądu.

Hendawî narzeka, że nie może liczyć na czyjąkolwiek pomoc – ani miejscowej władzy, ani zagranicznych organizacji. Nie rozumie decyzji o pozostawieniu części miasta jako muzeum, co tylko utrudnia mieszkańcom i tak niełatwe życie.

– Przy takim podejściu cała Syria powinna być muzeum – gorzko zauważa.

Znacznie lepiej od Hendawîego ma się 31-letni Rustem Hanifi, który z bratem i ojcem prowadzi sklep w centrum miasta. Przez przeszklone witryny widać półki uginające się od towarów. Niemal wszystko pochodzi z Turcji – słodycze, sery, konserwy i napoje. Jakość tureckich towarów jest lepsza, a ceny niewiele wyższe od tych sprowadzonych z terytoriów kontrolowanych przez rząd Asada.

– To było duże wyzwanie, by po wojnie zapełnić półki na nowo – mówi Hanifi.

Jest zadowolony. Twierdzi, że ma dobre obroty. Napędzają je obcokrajowcy – pracownicy organizacji pozarządowych, żołnierze, którzy przyjeżdżają na zakupy, dziennikarze.

Hanifi – podobnie jak wielu mieszkańców miasta – obawia się jednak przyszłości. Na początku 2018 roku Turcja zaatakowała i zajęła region Afrin, jeden z czterech kurdyjskich kantonów w północnej Syrii. Ameryka nie stanęła w obronie Kurdów, którzy tak dzielnie walczyli po jej stronie przeciwko Państwu Islamskiemu. Teraz Turcy domagają się również kontroli nad miastem Manbidż leżącym 70 km na zachód od Kobanê.

Dlatego, jak mówi Hanifi: – Wciąż się zastanawiamy, czy nie nadchodzi kolejna wojna.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on linkedin
LinkedIn