Nauka
Nie starzejemy się tak, jak myśleliśmy. Dwa momenty są przełomowe
11 września 2026

Miał 22 lata, gdy po raz pierwszy zagrał na automacie. Miała być chwila emocji, odreagowanie po pracy i szansa na dodatkowy zarobek. Przez 17 lat grał coraz więcej, także online, nawet za kierownicą ciężarówki. Szacuje, że stracił około 1,5 mln zł. Dziś, w trakcie terapii, mówi Patrycji Krzeszowskiej, że najtrudniejsza nie była strata pieniędzy, lecz przyznanie żonie, że jest uzależniony.
Patrycja Krzeszowska: Jest pan kierowcą zawodowym od wielu lat. Jak pan radził sobie z trudnymi emocjami, presją, stresem i rozłąką z rodziną, zanim w pana życiu pojawił się hazard?
Paweł*: Kiedy zacząłem jeździć na ciężarówkach, w transporcie międzynarodowym, od razu zacząłem grać. Uciekłem w hazard. Niektórzy przyczyn swojego uzależnienia szukają w dzieciństwie czy w relacjach z rodzicami. W moim przypadku dużą rolę odegrały stres i napięcie związane z pracą, odpowiedzialnością oraz częstą rozłąką z domem i bliskimi. Samotność i ciągłe trasy sprawiły, że zacząłem szukać sposobu na odreagowanie i w ten sposób zacząłem grać. Praca kierowcy jest przecież bardzo obciążająca. Towarzyszy jej chroniczny stres, więc szukałem w hazardzie ucieczki i sposobu na rozładowanie tego, co we mnie narastało.
Z terapeutami doszliśmy do wniosku, że jedni w takich sytuacjach idą w alkohol, drudzy na przykład w narkotyki, a mnie akurat spodobał się hazard. Istnieje jeszcze jedna kwestia – jak było w domu, jakie są relacje z rodzicami. Czy był alkohol, czy nie było. Na przykład ja miałem ojca alkoholika, ale nie sądzę, że ktoś dziedziczy nałóg w genach. Wydaje mi się, że to bardzo indywidualna sprawa.
Jak to się stało, że zaczął pan grać?
Miałem 22 lata. Jeździłem w podwójnej obsadzie z kolegą, który lubił grać na automatach. On grał, a ja się przyglądałem. Kiedyś mu zabrakło pieniędzy i mówi: „Dobra, Paweł, to zagraj ze mną albo pożycz mi stówę”. I że jak wygra to odda mi to, co pożyczył plus wygrana na połowę. Tak się trafiło, że parę tysięcy złotych wygrał. Nie pamiętam ile, ale na dużym plusie byłem i mi się to spodobało.
Kiedy z nim jeździłem, to zarówno on grał, jak i ja. On mi pokazywał, uczył mnie, co i jak. Zaczęło mnie kręcić, że można dodatkowe pieniądze wygrać. Jak jechałem w trasę, to wybierałem taką, żeby były przy niej automaty do gry. Może gdybym wtedy nie zagrał z nim i nie wygrał, to inaczej by się to wszystko potoczyło. Nie wszedłbym w to.
Co pan poczuł w momencie, gdy maszyna wydała wygraną?
Euforię i szczęście, przypływ adrenaliny i dopaminy. Taka chwila wesołości i radości. Bardzo mi się to spodobało.
Wtedy wcale nie myślałem, że to będzie sposób na regulowanie emocji czy ucieczkę. Po prostu się bawiłem. Nawet czasami myślałem, że to będzie niezły sposób na dodatkowy dochód. Ale niestety…

Co pan zrobił z dodatkowymi pieniędzmi?
Byłem wtedy świeżo po ślubie, byliśmy na dorobku, więc zawsze coś się kupiło: coś do domu albo nowe auto, gdyby wpadła większa wygrana. Były marzenia i fantazje o dużych wygranych.
Teraz, gdy rozmawiam z terapeutami, myślę, że te marzenia pojawiły się w momencie, gdy już byłem uzależniony. U mnie to nastąpiło bardzo szybko, może po roku od chwili, gdy zacząłem grać. Po niecałych pięciu latach gry już całą uwagę skupiałem wyłącznie na tym, żeby znaleźć kasyno stacjonarne, bo nie wiedziałem o internetowych.
W końcu wygrał pan trzysta tysięcy złotych. Co pan wtedy czuł?
Jakbym zdobył jakiś szczyt górski albo trzymał świat w swoich rękach. Złudne poczucie, że już nic więcej nie mogę osiągnąć, że mam wszystko, czego chciałem. Tylko że to trwało bardzo krótko. Wszystko przegrałem, a przy okazji narobiłem długów. Wziąłem dwa kredyty w banku i później kilka chwilówek. Trzysta tysięcy przegrałem i jeszcze byłem jakieś 100 tysięcy na minusie.
Ile łącznie pan przegrał?
Przez te siedemnaście lat około półtora miliona złotych.
O hazardzie w internecie nie wiedziałem i nie planowałem tam grać. Dopiero kiedy kolega z pracy pochwalił się, że wygrał tam duże pieniądze to mnie zainspirowało, poczułem „podniecenie”: „O kurde, to może jednak spróbuję”.
Spróbowałem i nałóg bardzo się pogłębił. Zwiększyła się tolerancja na wydawanie pieniędzy i na przegrane w kasynie internetowym. To był przełomowy moment. Problemy zaczęły się piętrzyć. Przez pierwszy rok wygrywałem, ale w drugim już zaczynałem tracić.
Kiedy zaczynałem przegrywać, brać kredyty i chwilówki, doszedłem do ściany. Nie miałem już kasy, żeby grać dalej, choć bardzo chciałem. Wie pani, hazardzista chce się odegrać za wszelką cenę.
Jak wyglądał pana przeciętny dzień?
Jechałem, 9–10 godzin dziennie, i jak było gdzieś stacjonarne kasyno, to szedłem do niego po pracy. Pograłem dwie godzinki i wracałem do auta, ale jak zacząłem grać w internecie, to grałem po 10 godzin dziennie. Jechałem, telefon był na stojaku, a ja grałem. Z przerwami, na obiad, toaletę, ale to już praktycznie całymi dniami. Tak intensywnie grałem przez dwa lata.
Obstawiał pan zakłady podczas jazdy ciężarówką, korzystając z tempomatu. Niby maszyna ma robić za nas wiele, ale mimo wszystko nie bał się pan o bezpieczeństwo swoje i innych ludzi na drodze?
W ogóle nie myślałem o tym, że mogę zrobić komuś krzywdę i spowodować wypadek. Ciężarówka jest wyposażona w systemy, które same hamują i ostrzegają przed kolizją, ale któregoś razu te systemy mogą nie zadziałać.
Ze dwa razy prawie wylądowałem w rowie, bo system co prawda zahamuje, ale kierownicę muszę trzymać ja i panować nad pojazdem. Takich zagrożeń było kilka. Mogłem doprowadzić do tragedii. To było skrajnie nieodpowiedzialne.

Przez długą grę i duże emocje spał pan w nocy tylko po dwie godziny. Czy nie bał się pan, że podczas tak krótkiego czasu regeneracji może pan być mniej skupiony na drodze?
Byłem jak w amoku. Istniała tylko chęć jak największej wygranej, żeby się odegrać.
Tego się nie da zatrzymać, dopóki się celu nie osiągnie. Wtedy nie myślałem, że śpię po dwie godziny, a czasami wcale nie spałem.
Jak już naprawdę nie miałem siły jechać, to zjeżdżałem na parking, uciąłem sobie drzemkę z godzinę, ale miałem tak wysoką adrenalinę i dopaminę, że nawet nie chciałem spać. Jakbym był na prochach.
Czy miał pan jeszcze inne doświadczenia związane z hazardem, o których mógłby pan powiedzieć: „To było hardcorowe”?
Hardcorowe to było to, jak w Anglii rozładowałem się i tam odebrałem pieniądze za ładunek, który przepłaciłem, za fracht. No i te pieniądze przegrałem w kasynie.
Cudze pieniądze?
Cudze pieniądze. To był jeden jedyny raz. Oczywiście oddałem je. Zanim wróciłem do Polski i pojechałem do szefa się rozliczyć, to już je zdobyłem, bo pożyczyłem od kolegi. To się zdarzyło jakieś siedem lat temu.
To było prawie czterdzieści tysięcy złotych na nasze. Już wtedy sobie pomyślałem: „No kurde, Paweł, co ty robisz? Nie tędy droga”. Ale i tak mnie to nie zatrzymało.
Zastanawiam się, co się czuje w momencie, kiedy po pierwsze przegrywa się nieswoje pieniądze, albo jak się przegrywa całą wypłatę naraz?
Na początku jest smutek, później żal, wyrzuty sumienia, ale to bardzo szybko mija. Chęć wygrania jest tak duża, że wszystkie złe emocje idą w niepamięć bardzo szybko.
Grał pan siedemnaście lat. Kiedy myślał pan, że już teraz czas skończyć grę, uwolnić się od tego?
Dwa lata temu, krótko po tym, jak zacząłem grać w internecie i tam troszeczkę pieniędzy najpierw wygrałem, później przegrałem był taki moment. Zatrzymałem się na jakieś trzy tygodnie, ale po tej przerwie wróciłem.
Co zmieniło się w pana uzależnieniu, ale też w pana życiu, kiedy hazard przeniósł się już do internetu?
Przede wszystkim więcej czasu poświęcałem na niego, bo online był dostępny cały czas, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przeznaczałem też na niego więcej pieniędzy i coraz więcej przegrywałem. U mnie nałóg rozwinął się, w momencie przejścia do internetu.
Algorytmy w kasynach internetowych są specjalnie skonstruowane. Tam jest wszystko piękne, kolorowo zrobione. Oprawa muzyczna jest tak zrobiona, że pani się czuje, jakby weszła na jakąś bardzo fajną imprezę i dobrze się tam odnajdywała. I coraz trudniej wyjść.
Gdy wszedłem do internetowego kasyna, zauważyłem, że na początku cały czas wygrywałem. Te algorytmy wciągają, pobudzają i łudzą, że tam człowiek jest w stanie wygrać. Raz wygrałem, drugi, piąty, dziesiąty. Przez długi, długi czas się tam wygrywa w tym kasynie. Bardzo mało się przegrywa, jak ktoś się tam świeżo zaloguje, tak jak ja.
Na automatach się nie wciągnąłem tak mocno, bo nie było tak wysokich wygranych. Były mniejsze, większe, ale dużo się przegrywało. Internetowe kasyno jest większym zagrożeniem niż stacjonarne, bo jest bardziej dostępne. Każdy telefon ma internet i można w dowolnej chwili zagrać.

Korzystał pan z domowych oszczędności, przeznaczając je na hazard. Zastanawiam się, co pan czuł, kiedy przegrywał pan już nie tylko swoje pieniądze, ale też najbliższych?
Było mi bardzo przykro później, nie w momencie grania, bo refleksja przychodzi później. Jakby nie było, to jest okradanie własnej rodziny z oszczędności.
Niby żona nie wiedziała do ostatniego momentu, że ja gram, ale pytała: „Miałeś tyle pieniędzy, na co wydałeś?”. No to człowiek kłamał: „Tu zapłaciłem mandat, tu jakiś serwis musiałem zapłacić”. Kłamstwa szły bardzo szerokim strumieniem, wymyślało się na poczekaniu.
Kiedy zaczął pan grać w sieci, mógł pan grać prawie wszędzie i o każdej porze. Czy zdarzało się panu grać w domu, a jeżeli tak, to jak to pan wtedy ukrywał przed rodziną?
Jak wychodziłem do toalety, to już telefon był w ręku, grałem. Żona poszła spać, grałem. Wyszedłem do garażu, miałem dziesięć minut, grałem.
W każdej wolnej chwili, gdzie tylko byłem sam, grałem. A jak nie miałem możliwości grania w telefonie, bo lubiłem też i stacjonarnie grać, oko w oko z maszyną stać, to Totalizator Sportowy w Polsce ma automaty.
Jak jeździłem gdzieś na miasto, na zakupy, to przeważnie wstąpiłem tam i na automacie pograłem dziesięć, piętnaście minut, nie za długo, żeby nie było podejrzeń, że gdzieś za długo jestem.
Najtrudniejsze było ukrywanie, że tych pieniędzy nie ma. Miałem swoją kasę, żona swoją, no ale wiedziała, ile z pensji sobie zostawiam, że powinno mi starczyć na cały miesiąc. A ja czasami po jednym dniu już nie miałem i pożyczałem od kolegów, od swojego pracodawcy, później mi to odcinał z wypłaty.
Czy był moment, kiedy bardziej bał się pan, że ktoś odkryje prawdę niż tego, że wpada w destrukcyjny nałóg?
Nie bałem się tego, bo bardzo dobrze się ukrywałem, więc prawdopodobieństwo, że się wyda było małe. Bardzo pilnowałem, żeby nikt nie zauważył.
Jak wszedłem w internet, moja tolerancja na wydawanie pieniędzy się zwiększyła, nałóg postępował. Coraz gorzej się z tym czułem psychicznie i fizycznie byłem czasami wyczerpany. Wszyscy spali w domu, a ja siedziałem i w nocy grałem.
Żona już podejrzewała, że coś się dzieje i wypytywała, ale jeszcze nie przyznawałem się, jeszcze nie był ten moment. Nie byłem gotowy na to, żeby się przyznać. Siedemnaście lat ukrywałem się i nikt nie wiedział, że coś się dzieje.
Kiedy się zorientowała?
Któregoś wieczoru zapytała, co się ze mną dzieje, że jestem taki zdenerwowany i nie da się ze mną porozmawiać. Byłem wtedy w takim stanie, że chciałem to z siebie wyrzucić. Powiedziałem, że od kilkunastu lat jestem hazardzistą. Na tym się skończyło. Wypowiedziałem jedno zdanie i ona już się więcej nie odezwała.
Do rozmowy wróciliśmy dopiero następnego dnia. Wtedy opowiedziałem jej wszystko od początku: kiedy mniej więcej zacząłem grać i jak to wyglądało. Oczywiście od razu przyznałem, że przez wszystkie te lata ją okłamywałem i oszukiwałem. Poczułem wielka ulgę.
Żona powiedziała, że muszę zapisać się na terapię. Może jakoś sami damy radę, ogarniemy to, że przestanę grać – przekonywałem. Ale po kilku dniach, gdy poczytała na forach stwierdziła, że sam sobie nie poradzę i muszę skorzystać z pomocy. I to był strzał w dziesiątkę.
Co zmieniło się od momentu, kiedy pana żona dowiedziała się, że jest pan uzależniony od hazardu? Wprowadziliście nowe zasady w domu?
Żona mnie bardzo wsparła w moim wyjściu z nałogu. Ale straciła do mnie zaufanie, trzeba będzie to odbudować z czasem. Ma też żal do mnie.
Kontrolę nad finansami oddałem żonie. Dostaję jak dziecko kieszonkowe. Jak idę do sklepu, dostaję na konkretne zakupy, ile potrzeba, bo jest ryzyko, że mogę resztę przeznaczyć na automaty. Chociaż na razie jestem w trakcie terapii, nie gram. Mam takie myśli, że nie będę grał.
Ale kontrola musi być. Oddałem żonie wszystkie dostępy, hasła do kont, które miałem, do mObywatela. Ona je zmieniła, PESEL zastrzegła, żebym nie mógł wziąć kredytu, chociaż i tak nie mam dostępu teraz do konta, mam wszystko zablokowane.
Wszystkie platformy, które mam, też zostały zablokowane, więc jestem na razie zabezpieczony.

Jest pan nie tylko mężem, ale i ojcem trójki dzieci. Jakby pan chciał, aby pana dzieci żyły w przyszłości, by nie wpadły w sidła nałogów?
Nałogu się nie dziedziczy z reguły, ale można dziedziczyć jakieś cechy od ojca, który jest uzależniony, czy to od alkoholu, czy od hazardu, tak jak w moim przypadku.
Zauważam u mojego młodszego syna pewne podobne cechy i obawiam się, że w przyszłości też może mieć większą skłonność do podobnych zachowań, np. brak hamulców, na pewno wulgarność.
Dzieciństwo spędziłem podobnie jak mój młodszy syn, z kolegami na dworze. Wiadomo, jak się jest nastolatkiem to człowiek wszystkiego próbuje, również alkoholu. Narkotyków na szczęście nie, ale po alkoholu parę razy go już złapałem. Widzę, że próbuje i ma skłonności. Widzę u niego te cechy, które miałem ja, kiedy byłem nastolatkiem.
Właśnie kończy pan pierwszy etap terapii. Co dzieje się z człowiekiem uzależnionym od hazardu w czasie pierwszych tygodni współpracy z terapeutami?
Codziennie miałem chęć zagrać, gdzieś zajrzeć. Oczywiście przerabiam to z terapeutami na zajęciach. Przez pierwsze dwa tygodnie było bardzo dużo myśli, głodów hazardowych, snów o grze, chęć powrotu do nałogu. Jednak mózg przez naście lat był przecież przyzwyczajony do dostarczania dawki adrenaliny, dopaminy. Nagle to wszystko zniknęło, nie ma tego, więc się domaga.
Przez dwa tygodnie było bardzo ciężko, ale z czasem zaczęło ustępować i słabnąć. To jest dopiero początek leczenia, a cały program trwa dwa lata. Dzisiaj te głody hazardowe u mnie się już pojawiają bardzo rzadko, ale jednak czasami jeszcze są.
Ostatnio miałem na przykład taką sytuację spowodowaną awarią auta, w domu też się coś popsuło. No i myślę: „aha, trzeba będzie wydać pieniądze na auto, na coś w domu. Syn idzie na studia niedługo, też trzeba będzie pieniądze zbierać”.
W moim przypadku głody hazardowe uruchomiły się, bo pomyślałem sobie, że mógłbym zagrać, zarobić bardzo szybko i załatać tę dziurę.
Jak pan sobie radzi z takimi sytuacjami – zarówno wcześniej, jak i teraz?
Kiedy dopadał mnie pierwszy głód szedłem na siłownię, bo bardzo ją lubię. Takie miałem zalecenie od terapeuty – trzeba sobie znaleźć rzecz, którą się lubi, która wyzwala w nas pozytywne emocje, nawet adrenalinę. Jak nie mogłem, to na rower, albo mówiłem żonie: „słuchaj, mam głód, potrzebuję z kimś porozmawiać”. Rozmowa także bardzo szybko zbija napięcie, bo podczas głodu momentalnie rośnie napięcie i chęć zagrania.Trzeba ją zatrzymać odwracając czymś uwagę. Kryzys mija po około piętnastu minutach.
Czego pan dowiedział się o samym sobie na terapii?
Jak się zapisałem na terapię, to jeszcze do końca nie wierzyłem, że jestem uzależniony. Myślałem, że może nie jest tak ze mną źle, może dam radę to kontrolować.
Dopiero w momencie, gdy człowiek sam sobie uświadomi, że jest uzależniony, zobaczy na tych zajęciach konkretne, twarde dowody, zrozumie, że ma problem. Ale trzeba umieć samemu się do tego przyznać i się z tym pogodzić.
Kiedy do mnie to dotarło to na początku był żal do siebie samego, ale później, przyszła bardzo duża ulga. Jakbym narodził się na nowo. Przede wszystkim przestałem kłamać, bo kłamstwo towarzyszyło mi codziennie.
Mam nadzieję, że po tych ośmiu tygodniach trafię do grupy nawrotów, żeby jeszcze raz przeanalizować wszystkie tematy związane z radzeniem sobie z nawrotami choroby. To przecież nieuniknione.
Patrząc na siedemnaście lat pana doświadczeń z hazardem i obecną terapię, co było dla pana najtrudniejszym momentem w całej historii?
Największy jest chyba wstyd, przyznanie się do tego. Trzeba mieć dużo odwagi także po to, żeby przyjść na terapię, ale najgorsze dla mnie było przyznanie się do tego, że jestem osobą uzależnioną. To był najgorszy moment w moim trwaniu w tym. To jest bardzo ciężkie do udźwignięcia.
Teraz, kiedy wraca pan do pracy, w jaki sposób zamierza pan radzić sobie ze stresem i trudnościami?
Wróciłem do treningów, bo wcześniej byłem bardzo aktywny sportowo, później tego zaniechałem. A sport dobrze mi robi, oczyszcza trochę głowę. Druga rzecz, to mityngi, będą kontynuowane online właśnie w tej grupie. Trzecia – będę starał się od czasu do czasu przyjeżdżać do Mławy na indywidualne rozmowy.
Jeżeli zdarzy się trudny moment, że ciężko będzie to dźwignąć w ciągu dnia, to trzeba będzie dzwonić do przyjaciela, najbliższej osoby, czy do terapeuty, bardzo szybko trzeba odwodzić myśli od tego, że chce się zagrać.
Jeszcze dodatkowa edukacja, książki. Teraz będę czytał Pokonać uzależnienie, którą terapeuta mi polecił.
Ale bardzo ważne jest by mieć osobę, z którą można sobie porozmawiać, tak, szczerze i otwarcie, bez żadnych tam, że tak powiem niuansów.
Czy ma pan kogoś takiego?
Z żoną mogę porozmawiać, mam bardzo duże wsparcie od niej. W moim przypadku to jest kluczowe. Mam od kilkunastu lat bardzo dobrego przyjaciela, który też wie o moim nałogu, ale jemu dopiero niedawno powiedziałem, też ukrywałem to przed nim.
Kiedy dowiedział się o nałogu?
Jakieś trzy miesiące temu. Bardzo ciężko zareagował, mówi: „Tyle lat się znamy”, strasznie mu było żal. Powiedział, że mogłem mu wcześniej powiedzieć, może byłby w stanie mi pomóc. Dodał, że skopie mi tyłek jak się ze mną spotka. Niedawno się z nim widziałem, powiedział, że „szkoda, że wcześniej się nie odezwałeś”. On miał jednego brata uzależnionego od narkotyków, drugiego od alkoholu i przerabiał te tematy. Wiedziałem o tym bardzo dobrze, tylko nie przyznałem się, ukrywałem przed wszystkimi.
Pan już jest na dobrej drodze, żeby się uwolnić od hazard. Ale jakby miał pan coś powiedzieć osobie, która jeszcze gra, jeszcze nie ma tej autorefleksji silnego postanowienia: „dobra nie gram”, co pan chciałby jej powiedzieć, żeby jednak postarała się z tego wyjść?
Trudno jest sobie z tym poradzić samemu i warto skorzystać z pomocy terapeuty. Problem nie pojawia się wtedy, gdy widzisz, że przegrywasz duże pieniądze, wtedy już tkwisz w nim po uszy, on się zaczyna wtedy, gdy codziennie myślisz sobie, a może jednak bym dziś też zagrał.
Paweł* – osoba uzależniona od hazardu. Przez 17 lat grał m.in. na maszynach, w kasynie i internecie. Kierowca zawodowy, jeżdżący na trasach międzynarodowych. Prywatnie mąż i ojciec trójki dzieci.
WYWIAD POWSTAŁ W RAMACH PROJEKTU STYPENDIÓW PROWADZONYCH PRZEZ FUNDACJĘ INSPIRATORNIA DZIĘKI dofinansowaniu ze środków Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych na zlecenie Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom.
Warto przeczytać: Najpierw ulga, potem uzależnienie. Tak nastolatki wpadają w pułapkę
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: