Nauka
Fizycy nie są zgodni. Kosmos wymyka się znanym teoriom
01 października 2026

Polacy zatańczyli z Bregoviciem do „Prawy do lewego” i pokochali jego bałkański mit. Ale za romantycznym obrazem Sarajewa, trąbek i dzikiej bałkańskiej energii kryje się opowieść o komunizmie, polityce, pieniądzach, wojnie i artyście, który niemal zawsze potrafił znaleźć się tam, gdzie mu się najbardziej oplacało. Dlatego Bregović, którego zna Polska, jest tylko częścią znacznie mniej wygodnej opowieści.
W moim domu, tak samo jak i w większości domów innych chłopaków dorastających w Jugosławii w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, było kilka płyt zespołu rockowego Bijelo Dugme (Biały guzik) Gorana Bregovicia. Kupiła je starsza siostra. Nie była ich fanką, właściwie to nawet nie przepadała za rock and rollem. Jej prawdziwym ulubieńcem był Zdravko Čolić, przystojny jugosłowiański gwiazdor popu, w którym kochały się wszystkie dziewczyny.
Płyty Bijelo Dugme trafiły do jej kolekcji raczej przypadkiem, z rozpędu. Było to kilka pierwszych płyt „Dugmicia” (jak mówili o nich jugosłowiańscy krytycy rockowi). Zawierały utwory, na których Bregović, gitarzysta, kompozytor i niekwestionowany lider zespołu, połączył stadionowy rock w stylu Led Zeppelin z muzyką folkową byłej Jugosławii.
Nigdy ich nie lubiłem. Kiedy zacząłem poważnie słuchać muzyki, interesowały mnie raczej zespoły „nowej fali”, grające muzykę bardziej współczesną, bliższą punkowi. Chorwackie zespoły, takie jak Prljavo Kazalište czy Azra, albo serbskie, jak Idoli, oraz słoweński zespół Pankrti.
I do tego te teksty Bregovicia. Każda piosenka opowiadała o wiejskim łobuzie uwodzącym dziewczynę albo kradnącym ją innemu mężczyźnie. W innych główny bohater płakał za dziewczyną, którą stracił, zazwyczaj dlatego, że nie chciał i nie mógł być jej wierny. Generalnie tego typu bzdury. Dziękuję, to nie dla mnie. Szukałem piosenek, które byłyby bliższe uczuciom, które towarzyszyły mi i sporej części mojej rodziny – poczuciu niepewności i frustracji związanej z życiem w komunistycznej Jugosławii, gdzie rzekomo żyło się bardzo dobrze. Niestety myśmy tego jakoś specjalnie nie odczuwali.
Dlatego słuchałem Prljavego Kazališta, które śpiewało o bezrobotnych w gminie i częstych bójkach w szkołach. Albo Azry i jej piosenek, w których gitarzysta Branimir Štulić śpiewał o komunistycznych „sukinsynach”, a jednocześnie wychwalał „Solidarność” i papieża Karola Wojtyłę.
Zdarzyło się kiedyś na początku osiemdziesiątych, że Bregović nagle zmienił wizerunek, obciął długie włosy i przestał przypominać Jimmy’ego Page’a, a zaczął naśladować wygląd gwiazdy nowej fali. Niestety nie zyskał mojej sympatii. Po co miałbym słuchać człowieka, który ewidentnie robi to, co robi, tylko dla pieniędzy, skoro mogę słuchać oryginalnych i autentycznych muzyków, takich jak Štulić czy Jasenko Houra, gitarzysty i lidera zespołu Prljavo Kazalište?
W miarę upływu czasu i zbliżania się końca Jugosławii moja antypatia do muzyki i osobowości Bregovicia rosła. Jego muzyka stawała się coraz gorsza i coraz bardziej komercyjna, a on sam politycznie stawał się coraz bardziej lojalny wobec komunistów i ich państwa, które rozpadało się na naszych oczach (zawsze był lojalny wobec reżimu, a nawet był członkiem Jugosłowiańskiej Partii Komunistycznej).
Tak naprawdę w drugiej połowie lat 80. Bregović działał na nerwy każdemu człowiekowi tęskniącemu za wolnością, który chciał słuchać lepszej muzyki i żyć w poważnym państwie, a nie w komunistycznej dyktaturze. Stał się symbolem złej muzyki w jeszcze gorszym państwie.
Od samego początku jego kariery było jasne, że Bregović zawdzięczał swój sukces w dużej mierze pewnemu paktowi z komunistami. Ten pakt był przecież całkiem naturalny. Bregović, urodzony w Sarajewie, stolicy BiH, pochodził z rodziny oddanej „nauczaniu” jugosłowiańskiego dyktatora Josipa Broza Tity (ojciec Bregovicia był Chorwatem, partyzantem, a matka Serbką) i tak został wychowany.
Człowiek obdarzony pewnym talentem muzycznym i wielkim talentem do biznesu zdał sobie sprawę, że musi tworzyć muzykę dla „mas”, w której nie będzie poruszał żadnych poważnych kwestii społecznych – i nie będzie miał żadnych problemów. Opracował nawet filozofię, która wyjaśniała jego oportunizm. Jedna z jego piosenek z tego okresu nosiła tytuł „Nic Mądrego” i, parafrazując The Rolling Stones i ich „It’s Only Rock And Roll”, wyjaśniał, że nie ma nic mądrego do powiedzenia, ale to nie ma znaczenia, bo liczy się miłość i taniec. Ten głupi rockandrollowy eskapizm idealnie pasował komunistom, którzy nigdy nie stanęli Bregoviciowi na drodze do zarabiania pieniędzy.
Z wyjątkiem jednej piosenki na albumie „Włóczęga i księżniczka” z 1979 r., w której „Brega” (jak mówili do niego jego fani) chciał, jak każdy dobry jugosłowiański komunista, wyśmiać Jezusa Chrystusa, nazywając go „bękartem”. Ale sami komuniści zdali sobie sprawę, że może to przysporzyć im problemów, więc kazali Bregovićowi zrezygnować z tego pomysłu ekspresji artystycznej. A on, jak zawsze, posłuchał.

W drugiej połowie lat 80. Bregović nagrał album „Spluń i śpiewaj, moja Jugosławio”, który był rodzajem jego ostatecznej przysięgi złożonej komunistycznemu potworowi umierającego państwa. Na płycie wystąpił Svetozar Vukmanović Tempo, były partyzant Tity, dowódca armii, która już wtedy przestała być postrzegana jako bohaterska, a o licznych zbrodniach, których się dopuściła w czasach II wojny światowej, mówiło się coraz głośniej.
Najwięcej mówiło się o nich w Chorwacji i Słowenii, byłych republikach socjalistycznych, a dziś niezależnych krajach, usianych masowymi grobami ofiar komunizmu. Dowódca tej zbrodniczej armii, Vukmanović, zaśpiewał z Bregoviciem i grupą dzieci starą komunistyczną pieśń „Padaj silo i nepravdo”, wysyłając jasny sygnał: jeszcze nie skończyliśmy.
Żeby nie było wątpliwości, Bregović nie robił tego wszystkiego z powodu ślepej lojalności wobec Jugosławii. Chodziło raczej o ocenę aktualnej sytuacji i o to, po czyjej stronie powinien stanąć. Podobnie jak inni jugosłowiańscy komuniści, o wiele bardziej interesowały go pieniądze i luksus niż los klasy robotniczej.
W końcu nauczył się tego od swojego wielkiego wzoru do naśladowania, Tity, komunistycznego dyktatora, który żył jak europejski monarcha. Podczas gdy w latach 80. wszystkie narody umierającego państwa ledwie wiązały koniec z końcem, Bregović opłynął świat swoim jachtem i spędzał coraz więcej czasu za granicą, zwłaszcza w Paryżu, gdzie kupił mieszkanie.
Pojechał do tego mieszkania, gdy w jego rodzinnym Sarajewie wybuchła wojna. Nie wspomniał w tym czasie ani słowa o cierpieniu, jakiego doświadczali jego współobywatele w oblężonym mieście, ani nie pomógł im w żaden sposób. Zrobili to inni artyści, zwłaszcza U2. Bregović, który zawsze przedstawiał się jako dziecko wielokulturowego Sarajewa, milczał.
Jak poprzednio, milczenie to nie dotyczyło żadnych jego poglądów, lecz chłodnej oceny biznesowej. Jak napisał kiedyś sarajewski publicysta Senad Pećanin, Bregović rozumiał, że „Belgrad i Serbia to większy rynek niż Bośnia i Hercegowina, a w pewnym momencie nie było pewne, czy BiH w ogóle przeżyje”.
Bregović był tego świadomy, dlatego unikał Sarajewa, ale Belgradu, dawnej stolicy SFRJ, a wówczas logistycznego i politycznego centrum agresji na BiH i Chorwację – nie. Kupił tam mieszkanie, a następnie współpracował ze swoim przyjacielem z Sarajewa, reżyserem Emirem Kusturicą, przy filmie „Underground”, do którego napisał muzykę. „Underground” z 1995 r. jest pewnego rodzaju autorskim pożegnaniem z komunistyczną Jugosławią, w którym wszyscy oprócz Serbów są postaciami negatywnymi.
Film w dobrej części został sfinansowany przez zbrodniczy reżim Slobodana Miloševicia, serbskiego lidera i głównego mózgu wielkoserbskiej agresji na inne państwa powstałe z rozpadu SFRJ. Zatem Bregović i Kusturica, ludzie intelektualnie i artystycznie ukształtowani w Sarajewie, pracowali za pieniądze reżimu politycznego, który w tym samym momencie niszczył ich rodzinne miasto. Oto prawdziwe oblicze Jugosławii.
Kusturica, który otwarcie opowiedział się po stronie Wielkiej Serbii, nie może dziś wrócić do Sarajewa. Bregović, który mądrze milczał przez cały ten czas, może. Ale rzadko to robi, bo doskonale wie, że dawno utracił status, który kiedyś miał w tym mieście. I dlatego częściej bywa w Belgradzie.
Od czasu wojny w byłej Jugosławii i swojej międzynarodowej kariery Bregović robi to, co zawsze robił najlepiej: przetwarza cudze i własne stare pomysły i wplata je w rzekomo nowe utwory. Stworzył muzyczny amalgamat muzyki bałkańskiej i cygańskiej, który gra ze swoją Orkiestrą Weselno-Pogrzebową. Zupełnie nieoryginalny, ale atrakcyjny komercyjnie dla tych, którzy wierzą w debilną historię o „egzotycznych, radosnych Bałkanach”.
Jak już pisałem, Bregović nie jest pozbawiony talentu muzycznego. Ale nawet w jego rodzinnym Sarajewie byli muzycy bardziej utalentowani od niego. Na przykład Slobodan Kovačević, gitarzysta i kompozytor legendarnego zespołu Indexi, który stworzył scenę muzyczną w tym mieście. Albo duet kompozytorski Nenad Janković-Davor Sučić, członkowie zespołu Zabranjeno Pušenje, prawdopodobnie najważniejszego tandemu muzycznego, jaki wydała Bośnia i Hercegowina. Jednak nie mieli tego, co Bregović – zmysłu biznesowego, który doprowadził go do miejsca, w którym jest teraz.
Oprócz zmysłu biznesowego ma on również skłonność do zapożyczania cudzych pomysłów muzycznych oraz prezentowania swoich starych jako nowych.
Według niektórych informacji francuscy muzycy pozwali go za piosenkę, którą skomponował do filmu Kusturicy „Arizona Dream”, a której melodię Brega miał „zapożyczyć”. Chociaż bałkańskie media donosiły w 2015 roku, że Bregović musiał zapłacić milion euro, jego zespół prawny zaprzeczył tym doniesieniom.
Kiedy stworzył hymn Mistrzostw Świata w Narciarstwie Alpejskim we włoskim Val di Fiemme w 2013 roku, odkryto, że jest to utwór, który Bijelo Dugme wydał w 1986 roku pod tytułem „Hajdemo u planine” (Jedźmy w góry). Co ciekawe, utwór powstał w 1984 roku, kiedy Bregović sprzedał go na potrzeby kampanii reklamowej, w której Sarajewo reklamowało ośrodki narciarskie, które pozostały po Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1984 roku.
Reklama odniosła tak duży sukces, że Bregović postanowił nagrać utwór ponownie, tym razem jako „Bijelo Dugme”. Nawiasem mówiąc, liczni już wtedy twierdzili, że melodię utworu „pożyczył” od serbsko-rosyjskiej piosenkarki Olgi Janečeveckiej. Gdy powiedziano mu, że pobieranie wysokiej opłaty za nową wersję piosenki, którą napisał dawno temu, nie jest uczciwe, Bregović odpowiedział po prostu, że podobnie jak wszyscy inni artyści postmodernistyczni, on po prostu „przekształca wcześniejsze dzieła”.
W tym sensie współpraca Bregovicia z Kayah przy słynnym już albumie z 1999 roku była dla niego idealna. Nie musiał robić nic poza sprzedawaniem swoich starych piosenek.
Chociaż przeszedłem przez mękę dorastania w Jugosławii w otoczeniu tych piosenek, cały czas granych w mediach reżimowych, ta współpraca wydała mi się nawet sympatyczna. Natomiast gdy uświadomiłem sobie, że Bregović, ten stary cynik, którego głównym celem zawsze było zarabianie pieniędzy, jest postrzegany przez część polskiej opinii publicznej jako jakiś „postjugosłowiański romantyk”, zaczęło mi to przeszkadzać.
Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że dobrą część odpowiedzialności za ten fałszywy wizerunek ponosi polska biografia Bregovicia „Szczęściarz z Sarajewa”, napisana przez Grzegorza Brzozowicza. To polski krytyk rockowy i kolejny rockman z „biznesowym zmysłem”, który był pomysłodawcą współpracy Bregovicia i Kayah.
Po sukcesie tej współpracy szybko napisał książkę, próbując dorobić do już kasowego pomysłu. Książka jest pełna drobnych, ale i poważnych błędów. Począwszy od tego, że Brzozowicz przenosi w książce słynną część Sarajewa, Baščaršiję (gdzie dorastał Bregović), z centrum miasta na jego obrzeża (chyba było to bardziej romantyczne), przez ogłoszenie serbskiej pieśni patriotycznej „Tamo daleko” hymnem narodowym Chorwacji. Po fakt, że Polak (i to już nie jest śmieszne) powtarza w książce komunistyczne kłamstwo o nawet 700 000 Serbów zabitych w chorwackim obozie koncentracyjnym Jasenovac (prawdziwa liczba to około 80 000, choć coraz więcej poważnych ekspertów twierdzi, że i ona jest przesadzona).
To kłamstwo miało na celu przedstawienie całego narodu chorwackiego jako ludobójczego i niezdolnego do jakiejkolwiek autonomii politycznej.
Głównym błędem tej książki pisanej z powierzchownej perspektywy serbskiego lewego salonu, z którym Brzozowicz jest związany intelektualnie i emocjonalnie, jest jednak fakt, że Jugosławia jest pokazana jako całkiem sympatyczne państwo, a Bregović jako jego bohater. Jugonostalgia promowana w Polsce w celu zarobku to jeden z ulubionych trików Bregovicia w ostatnich dekadach.
W dużej części polskiego społeczeństwa przecież panuje naiwne wyobrażenie o Jugosławii jako państwie opiekuńczym, które zostało zniszczone przez „nacjonalizmy” z zewnątrz. Za każdym razem, gdy słyszę coś takiego, łapię się za głowę. Jugosławia została zbudowana na zbrodniach komunistycznych, zawsze taka pozostała, a nienawiść, która ją zniszczyła, pochodziła z wewnątrz. Od ludzi uformowanych w tym państwie, takich jak niedawno zmarły serbski generał Ratko Mladić oraz Slobodan Milošević, ale i ludzi, którzy na to wszystko milcząco patrzyli, tak jak Goran Bregović.
Kiedy kilka lat temu dowiedziałem się, że Bregović i Kayah pokłócili się o pieniądze, mogłem się tylko uśmiechnąć. Kayah nie jest ani pierwszą, ani ostatnią osobą, z którą Bregović współpracował i z którą pokłócił się o pieniądze („Nie jestem papieżem, jestem muzykiem”, jak mawiał).
W międzyczasie pogodzili się i zorganizowali kilka letnich tras koncertowych po Polsce. Przed trasą biedna Kayah musiała w polskich mediach wyjaśniać występy Bregovicia na okupowanym Krymie w 2015 roku, kiedy muzyk mówił o „zachodniej antyrosyjskiej paranoi”. Chociaż można by mówić o tym, że komunista Bregović (który nigdy nie wyrzekł się tej zbrodniczej ideologii) ma naturalną sympatię do Moskwy, prawdziwy powód jest – znowu – o wiele bardziej banalny.
Goran Bregović jest po prostu gotowy grać wszędzie, gdzie mu dobrze zapłacą. Jestem pewien, że zagrałby nawet przed Putinem. Oczywiście za odpowiednie pieniądze.
Przeczytaj również: Serbia miała dość Vučicia. Ale to on znów rozdaje karty
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: