Prawda i Dobro
Co zostaje w głowie snajpera? Życie po wojsku to inna walka
08 maja 2026

Przed kolejnymi festiwalami pojawiają się protesty i żądania odwołania koncertów. Czy zakazywanie muzyki metalowej – lub jakiejkolwiek innej – to rzeczywiście realna walka ze złem?
Festiwal Sun Dies w Dobrym Mieście miał się odbyć 22 sierpnia 2026 roku. Na scenie gwiazdy polskiego ekstremalnego metalu. Muzyka głośna, mroczna, ale mająca swoich fanów. Festiwal odwołano po uchwale radnych miejskich. Powoływano się w niej na ochronę młodzieży przed „demoralizacją” i „zagrożeniami duchowymi”. Festiwal ostatecznie przeniesiono do Olsztyna.
W Gdańsku co roku odbywa się znacznie większy festiwal. Mystic Festival to także święto muzyki metalowej. Bilety nie są tanie, duże gwiazdy, duży rozmach europejski. Organizacje katolickie wzywały do odwołania festiwalu pod zarzutem obrazy uczuć religijnych.
Wiosną 2019 roku Antifa, skrajnie lewicowa organizacja określająca się jako „antyfaszystowska”, doprowadziła poprzez presję do odwołania koncertu polskich zespołów blackmetalowych, Mgły i Deus Mortem, w Niemczech. Tym razem nie chodziło o „satanizm”. Zarzuty dotyczyły rzekomych powiązań Mgły z nacjonalistyczną sceną NSBM (National Socialist Black Metal) oraz utworu, w którym jeden z artystów – w zupełnie innym projekcie muzycznym – wcielał się w postać nazisty. Dla Antify to wystarczyło, by uznać cały koncert za promowanie faszyzmu.
Skądinąd podobne oskarżenia spotkały w swoim czasie legendarnego Slayera, za utwór Angel of Death, w którym „podmiot liryczny” wcielał się w doktora Mengele – choć zespół od początku podkreślał, że chodziło o oddanie historii, nie jej gloryfikację.
Lata 80. w USA to także czasy tzw. satanic panic i organizacji w rodzaju Matki Ameryki, które w muzyce słuchanej przez swoje dorastające dzieci upatrywały zagrożeń duchowych. „Satanizm” to częste oskarżenie wobec zespołów grających ciężką muzykę. Czasami ci muzycy rzeczywiście się tak identyfikują, częściej jest to rodzaj pozy czy konwencji albo jest to bardziej zniuansowane („szatan” jako symbol buntu albo metafora zła w człowieku i świecie). A często też po prostu nie ma tu nic na rzeczy. Celem organizacji koncertów jest przede wszystkim możliwość spędzania czasu na słuchaniu ulubionej muzyki oraz wpływy z biletów.
Czasem problem budzą poglądy artystów, jak w przypadku Kanye Westa, któremu pronazistowskie deklaracje – wraz z niskim zainteresowaniem i gorszymi wynikami sprzedaży – przyczyniły się do odwołania koncertów w Europie, w tym w Polsce. Do zakazywania rozmaitych dźwięków skłonna jest zatem zarówno prawica (uczucia religijne), jak i lewica („walka z faszyzmem”). Koncerty te są jednak najczęściej biletowane, całkowicie dobrowolne i raczej niszowe. Dlaczego zatem budzą takie emocje?
Nie do końca przekonujący jest argument, że chodzi o wartości. Nie sposób znaleźć gorących protestów chrześcijan przeciw wystawianiu „masońskiej” opery Mozarta Czarodziejski flet, którą niektórzy interpretują jako utwór promujący idee Oświecenia, w tym racjonalizm i krytykę autorytetów – a masoneria bywała przez Kościół tępiona.
Rzewne piosenki pop, w których lansuje się frywolny styl życia, imprezowanie, narkotyki, nie są zdejmowane z anten. Nie odrzuca się Wagnera czy Straussa mimo złowrogich historycznych konotacji ich muzyki.
Chęć zakazywania muzyki nie jest oczywiście wynalazkiem naszych czasów. Władza zawsze bała się dźwięków, których nie rozumiała. W Związku Radzieckim pod rządami Stalina rozwinęła się doktryna zwana „żdanowszczyzną” – od nazwiska Andrieja Żdanowa, który w latach powojennych kierował sowiecką polityką kulturalną.
Muzyka nie mogła być „formalistyczna” – to znaczy służyć samej sobie, eksperymentować z formą, wyrażać indywidualne emocje. Miała być „socjalistyczna w treści i narodowa w formie”. Czyli: chwalić komunizm, być zrozumiała dla mas i wspierać politykę partii.
Najbardziej znaną ofiarą tej polityki był Dymitr Szostakowicz. Jego muzyka – pełna dysonansów, ironii, ukrytych znaczeń – została potępiona jako „chaotyczna”, „nerwicowa” i „obca narodowi”. Kompozytor żył w ciągłym strachu o własne życie. Jego muzyka naznaczona jest ciągłą grą z władzą.
Pisanie na polityczne zamówienie (VII Symfonia „Leningradzka”) nie zapewniało mu bezpieczeństwa, a tworzenie z dala od ideologii (jak IV Symfonia) było niemożliwe. Władza i tak decydowała, co wolno, a co nie. W demokracji protesty mogą jedynie utrudnić koncert, ale gdy władza ma absolutną możliwość zakazywania – skutki są takie, jak u Szostakowicza: muzyka lądowała w szufladzie, a kompozytor bał się o życie.
Ta historia pokazuje, że muzyka rzeczywiście jest nośnikiem wartości. Nie jest obojętna moralnie. Gdyby była, nikt nie próbowałby jej zakazywać – ani radni w Dobrym Mieście, ani organizacje katolickie, ani Antifa, ani sowieccy komuniści.
Nie chodzi o to, że sama fizyczna fala dźwiękowa ma moralną treść. Chodzi o to, że to, co ludzie za pomocą dźwięków wyrażają – teksty, konwencje, konteksty – niesie wartości. Właśnie to, że może wyrażać bunt, nihilizm, fascynację śmiercią, ale też wolność, solidarność, nadzieję – budzi rozmaite emocje, ale i sprzeciwy.
Tu zaczyna się problem. Bo jeśli muzyka jest nośnikiem wartości, to dlaczego nie zakazać jej wszystkich odmian? Dlaczego akurat metalu, a nie disco polo? Dlaczego akurat black metalu, a nie popowych piosenek o imprezowaniu i narkotykach? W imię wartości można przecież zakazać muzyki w ogóle, tak jak zrobili to talibowie w Afganistanie, uznając dźwięki za zbrodnię.
A przecież historia pokazuje coś jeszcze. Paradoks polega na tym, że to właśnie ta „niebezpieczna”, „formalistyczna”, „zachodnia” muzyka – rock, jazz, a później metal – była w czasach komunistycznych dla wielu młodych ludzi oddechem wolności. Słuchanie jej było aktem buntu. Dziś jest tylko jedną z form rozrywki obok streamingów, kina czy dyskotek.
Co więcej, niejeden nowy, głośniejszy, bardziej buntowniczy gatunek muzyczny był na początku traktowany jako „niebezpieczny”. Jazz w latach 20.? Deprawacja młodzieży. Rock and roll w latach 50.? Zagrożenie moralne. Punk i metal w latach 70. i 80.? Satanizm i przemoc. Dziś te gatunki mają swoje miejsce w kanonie, a ich najwybitniejszych przedstawicieli można usłyszeć w filharmoniach i teatrach.
To, co kiedyś szokowało, może stać się klasyką. O ile było wartościowe. Premiera Święta wiosny Igora Strawińskiego, ze swoimi gęstymi rytmami i pogańskimi odwołaniami, budziła w 1913 roku podobne reakcje oburzenia, co później muzyka metalowa.
Może zatem warto wobec muzyki i muzyków przyjąć bardziej „formalistyczne” nastawienie – ocenić je z perspektywy samej muzyki. Tego, czy jest dobra czy zła w sensie muzycznym. Nie ideologicznym czy etycznym. Bo to, co słabe muzycznie, i tak przepadnie, a to, co dobre – jakoś się obroni. A jeśli komuś się nie podoba styl, gatunek czy przekaz – może nie kupować biletu, nie uczestniczyć. W dobrowolnej, biletowanej, niszowej muzyce nie ma przymusu. Jest tylko wybór.
Przeczytaj także: Lubimy słuchać o zbrodniach. To ma zaskakujący skutek uboczny






***
Rejestracja ruszyła.
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Edukacja
07 maja 2026


Zmień tryb na ciemny