Kultura
Nowy numer „Holistic News”. Wakacyjna lektura o tym, co ważne
24 lipca 2026

Świat stojący pod znakiem amerykańsko-chińskiej rywalizacji i lokalnych konfliktów zbrojnych zburzył nasze poczucie bezpieczeństwa i niszczy podstawy naszego myślenia. Mówi się o globalizacji w kryzysie – ale co to właściwie znaczy? Czy polityka zagraniczna doprowadzi do wywrócenia światowego porządku ekonomicznego, czy wymusi na nas rewolucję ideową?
W debacie publicznej pojawia się teza o końcu globalizacji. Przy czym ci sami autorzy piszą te rewelacje na sprzęcie z amerykańskim logo, produkowanym w Azji, wytworzonym z afrykańskich minerałów i dostarczonym na miejsce przez europejską flotę handlową. Coś jednak się zmienia, ale co?
Odpowiedź zależy od przyjętej definicji. Jeśli potraktować globalizację szeroko, jako szereg zjawisk od ekonomicznych, przez technologiczne, po polityczne, to do współczesnego stanu świat dążył od pierwszej połowy XIX wieku.
W tym czasie rozkwitły Stany Zjednoczone, definitywnie rozpadły się imperia kolonialne. Z kolei Chiny przeszły drogę od politycznego upokorzenia przez Europejczyków, przez komunizm i nędzę, po rolę mocarstwa alternatywnego wobec Stanów Zjednoczonych.
W tym czasie rozegrały się dwie wojny światowe, przemknęły lotem błyskawicy rewolucje przemysłowe, obyczajowe i społeczne. A od lotów balonem doszliśmy do całkiem już realnych koncepcji podbijania kosmosu. Kolejna globalna rywalizacja ma definitywnie zakończyć migracje fachowców, inwestycje zagraniczne, outsourcing i międzynarodową wymianę? Globalizacja to nazwa urzędowa ludzkiej chciwości wyposażonej w konkretne narzędzia.
Skąd zatem ta trwoga? Kryzys globalizmu ma dwa wymiary. Pierwszy, wymierny i mniej znaczący, polega na realnej utracie przez Amerykanów monopolu na władzę nad światem i konieczności podzielenia się wpływami, do czego w gruncie rzeczy już doszło.
Epoka interwencjonizmu, protekcjonizmu, odbudowywania zdolności produkcyjnych i zainteresowania własnym bezpieczeństwem będzie pewnym szokiem dla Europy. Co zresztą już się, w ślimaczym tempie, dzieje.
Skracanie i dublowanie łańcuchów dostaw, utrzymywanie rezerw, przenoszenie produkcji bliżej własnych granic, droższa energia oraz większe wydatki na obronność oznaczają koszt bezpieczeństwa. Zapłacimy za niego niższą efektywnością, wolniejszym wzrostem i spadkiem zamożności. Będziemy po prostu biedniejsi.
Znacznie większy będzie jednak szok kulturowy. Dotychczasowa debata zbyt mocno traktowała globalizację jako mechanizm gospodarczy, a zbyt słabo jako projekt ideowy i antropologiczny. Czyli jako określoną wizję człowieka, społeczeństwa, historii i ładu politycznego.
Najważniejsze jest tu rozróżnienie. Globalizacja to proces faktyczny: przepływy kapitału, towarów, ludzi, informacji, norm i stylów życia. Globalizm to ideologia głosząca, że coraz większa integracja świata jest nie tylko nieunikniona. Jest również zasadniczo dobra, postępowa i prowadzi do wyższego etapu rozwoju ludzkości. To drugie rzeczywiście przeżywa dziś kryzys.
Nowy numer już jest!
Po upadku komunizmu w Polsce ukształtowała się szczególna synteza kilku idei: liberalizmu gospodarczego i politycznego, kosmopolityzmu, instytucjonalizmu ponadnarodowego, technokratyzmu i indywidualizmu.
Globalizm przyjęto u nas ze szczególną gorliwością, ponieważ nie był wyłącznie abstrakcyjną doktryną. W praktyce oznaczał wyjście z sowieckiej strefy wpływów, dostęp do Zachodu, modernizację, wzrost zamożności i swobodę podróżowania.
Sukces polskiej integracji łatwo więc pomylono z dowodem, że model zachodni jest nie tylko korzystny dla nas, ale także uniwersalny dla całego świata.
Globalizacja nie była wyłącznie handlem kontenerami. Była obietnicą stworzenia świata, w którym rynek, prawo, technologia i prawa jednostki stopniowo zastąpią geopolitykę, religię, granice i zbiorowe tożsamości.
W latach 90. tezę Fukuyamy o końcu historii często upraszczano do przekonania, że państwa będą się demokratyzować, klasa średnia będzie się rozrastać, handel będzie łagodzić konflikty, Rosja wraz z bogaceniem się będzie się liberalizować i zostanie włączona do europejskiego systemu, wojny między państwami staną się anachronizmem, a narody pozostaną jako folklor i administracja, lecz stracą realne znaczenie. To założenie okazało się błędne.
Nie kończy się wymiana między narodami ani handel między kontynentami. Kończy się raczej wiara, że cały świat zmierza w stronę jednego, zachodniego modelu nowoczesności. Przez lata sądzono, że kolejne społeczeństwa będą przyjmować gospodarkę rynkową, liberalną demokrację, indywidualizm i coraz słabsze granice.
Dziś widać jednak coś przeciwnego. Chiny budują nowoczesność opartą na technologii i silnym państwie, Rosja na imperialnym nacjonalizmie, Indie na dumie cywilizacyjnej. Państwa islamskie próbują się modernizować bez pełnego przejmowania zachodniej kultury. Powstaje więc nie jeden wspólny świat, lecz kilka wielkich obszarów. Będą one ze sobą handlować, ale niekoniecznie podzielać te same wartości.
W tej rzeczywistości liberalizm będzie musiał pogodzić się z tym, że narody nie znikną. Zamiast próbować je zastąpić, powinien nauczyć się działać poprzez państwa, wspólnoty i narodowe poczucie odpowiedzialności. Najważniejsze pytanie nie brzmi już: liberalizm czy nacjonalizm? Chodzi raczej o to, jaki liberalizm i jaki patriotyzm są nam potrzebne.
Możliwy jest przecież patriotyzm demokratyczny, który łączy silne państwo z prawami jednostki. Jednak możliwy jest też nacjonalizm autorytarny, dla którego siła i jednolitość są ważniejsze niż wolność. Podobny dylemat stoi przed Europą. Albo pozostanie głównie wspólnym rynkiem, albo zacznie zachowywać się jak polityczne mocarstwo chroniące własne granice, technologie i przemysł.
Dla Polski ten problem jest szczególnie złożony. Globalizacja i integracja z Zachodem przyniosły nam modernizację, rozwój, swobodę podróżowania oraz bezpieczeństwo związane z członkostwem w Unii Europejskiej i Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego.
Jednocześnie polska historia przypomina, że organizowanie się wokół narodu nie było dla nas symbolem. Było narzędziem przetrwania w czasach rozbiorów, okupacji i sowieckiej dominacji.
Dlatego Polska nie powinna wybierać między nacjonalizmem a bezwarunkowym globalizmem. W najbliższych latach właśnie między tymi skrajnościami będzie dokonywać się jakaś polska synteza.
Przeczytaj także: Chiny uderzyły w niemiecki przemysł. Polska też to odczuje
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: