Dlaczego dobrze nie wystarczy? Kilka możliwych powodów

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Ikon Images/East News
Przeczytanie artykułu zajmie około 3 minut

Kształtowała się w czasach selekcji naturalnej i ewolucji – wtedy też była strategią przetrwania i dźwignią postępu. Dziś wiadomo, że – jak na narzędzie poznania – bywa zawodna i zwodnicza. Empatia uchodzi powszechnie za progresywny fundament wszelkiego dobra. Pytanie, czy słusznie.

Niekoniecznie – twierdzi Paul Bloom, psycholog i autor książki „Przeciwko empatii. Argumenty za racjonalnym współczuciem”. „Mamy apetyt na wchodzenie w skórę drugiego. To empatia tkwi u źródeł przyjemności związanej z czytaniem, seansem czy oglądaniem telewizji. I to jest argument na jej rzecz. Jednak pozostając źródłem przyjemności, empatia nie powinna być jedynym motywem czynienia dobra. Dobro powinno wynikać z racjonalnych przesłanek” – przekonuje.

Piekło wybrukowane dobrymi chęciami

„Czyńmy dobro, ale bądźmy racjonalni – zastanawiajmy się, czy udzielając natychmiastowej pomocy pod wpływem empatii, koniec końców nie przyczynimy się do długofalowego pogorszenia sytuacji” – mówił przed czterema laty Bloom podczas Festiwalu Nauki Copernicus w Krakowie.

Na przykład: jaki skutek odniesie wręczanie pieniędzy żebrzącemu dziecku, zmuszanemu do tego przez swoich „opiekunów”? Nie wystarczy tylko chcieć się poczuć dobrym, trzeba jeszcze mieć po temu racjonalne powody, – tak Bloom błyskotliwie spuentował krakowski wykład. W innym miejscu napisał, że „empatia to nie mądrość, lecz proces doświadczania świata tak, jak widzą go inni, lub raczej tak, jak myśli się, że inni go doświadczają . Odczuwanie względem kogoś empatii oznacza postawienie się w jego sytuacji, aby poczuć jego ból”. Problem pojawia się, gdy to nie racjonalne przesłanki, lecz właśnie prostoduszny odruch serca ma przesądzać o losach milionowych społeczności.

Jedną z cech empatii jest stronniczość. „Jesteśmy bardziej skłonni czuć ją wobec ludzi, którzy wyglądają jak my, lub z którymi łączy nas kontekst etniczny bądź narodowy” – podkreśla Bloom. Stąd wynika, że ta pozytywna emocja działa zbyt wąsko, zbyt jednoogniskowo, by mogła stanowić ostateczne kryterium podejmowania istotnych decyzji dotyczących większych grup. Empatia emocjonalna łączy nas z poszczególnymi jednostkami, jest jednak niewrażliwa na różnice liczbowe i dane statystyczne.

Mądrymi wysiłkami…

Nawet psychopata może zostać efektywnym altruistą. Ludzie z tym zaburzeniem są zazwyczaj całkowicie pozbawieni empatii. Jak wiadomo, istnieje zależność pomiędzy skłonnością do empatii a chemicznymi regulatorami aktywności człowieka (a więc, z grubsza, jego mózgiem). Zjawisko empatii badacze analizują w ramach dwóch głównych nurtów: psychologicznego (mechanizmy, typy, manifestacje, ewolucyjność i konsekwencje społeczne empatii) oraz biologicznego (napędzanego błyskawicznym rozwojem neuronauki i przełomowym odkryciem neuronów lustrzanych). Dzięki sumie takich badań wiemy na przykład, że choć psychopaci są niemal pozbawieni empatii i strachu, to te braki mogą – choć wcale nie muszą – przysłużyć się społeczeństwu.

Jak dowodzi w swojej książce Robert D. Hare, samo wybrakowanie emocjonalne udaje się niekiedy zrównoważyć na drodze umiejętnego wychowania. Z drugiej strony – jak dodaje autor „Mądrości psychopatów”
Kevin Dutton – w niektórych zawodach (zwłaszcza wysokiego ryzyka jak saperzy, kaskaderzy, komandosi), ze świecą szukać takich profesjonalistów, jak pozbawieni empatii i strachu, chłodno kalkulujący psychopaci. Ci w drodze do celu są zawsze o krok przed pozostałymi śmiertelnikami – nie rozprasza ich zmaganie się ze sobą: swoim rozproszeniem, skrupułami czy empatią. Ten styl działania zwany jest widzeniem tunelowym – wąska szczelina wyświetla psychopacie cel, z pominięciem wiodącej do niego ścieżki. Zmotywowane tym widokiem siły wspomagane są dodatkowo brakiem oporów (empatii) i hamulców (strachu), dzięki czemu cel staje się bardziej realny do osiągnięcia. Cel bardzo często uświęca środki, dlatego po drodze psychopaty trup ściele się gęsto.

Lepiej więc zaburzenie spożytkować angażując psychopatów, by wypełniali zawodowe nisze, niż resocjalizować przymusowo i zwykle bez skutku w ośrodkach. Złudzeń nie ma też Robert D. Hare, który ostrzega, że według badań, grupowe eksperymentalne terapie behawioralne, jakie organizowano dla osadzonych psychopatów, zamiast dobroczynnych efektów przyniosły druzgocące szkody. Prędko okazało się, że większość psychopatycznych uczestników terapii grupowej, nabytą tam wiedzę psychologiczną wykorzystywało później nie do pogłębiania wrażliwości, lecz do manipulacji; co więcej – otwarcie się do tego przyznając.

Na szczęście wymyślono już także, jak pomagać racjonalnie psychopatą nie będąc. W odpowiedzi na to pytanie filozof Peter Singer proponuje metadobroczynną ideę efektywnego altruizmu. 

Jego misja i założenia są proste: robić tak dużo dobra, jak tylko się da. Rewolucyjna jest może nie sama idea i założenia efektywnego altruizmu, lecz pomysł polegający na jego faktycznym, czynnym wdrażaniu. W przeciwieństwie do innych pomysłów Singera, efektywny altruizm padł na podatny grunt. Z filozofii szybko przekuto go w dzieło – prężnie działający ruch społeczny (także w Polsce).

Efektywny altruista nie kieruje się impulsem ani emocjonalną empatią. Działa z pomysłem: nie rozdaje pieniędzy ani przypadkowym żebrzącym dorosłym, ani dzieciom. Nim pomoże, skrupulatnie sprawdzi, gdzie i komu jego pieniądze przyniosą najwięcej korzyści (przy czym pod uwagę brane są organizacje transparentne i sprawdzone). Efektywny altruista z wyboru żyje na umiarkowanym poziomie, tak by resztę pieniędzy móc przekazać na określony cel lub założyć własną fundację. Jego konsumenckie wybory zapadają w oparciu o kryteria moralne, dostępną wiedzę i dość proste kalkulacje.

Efektywny altruista nie dba o narcystyczną przyjemność ze szlachetnego, acz płonnego gestu wręczenia drobnych żebrakowi. Poczuć się dobrze to dobrze dla altruisty. Dla tego efektywnego – jeszcze nie dosyć.

Kiedy jeszcze dobrze nie wystarczy

Pojedyncze dobrze może być zwięzłe i minimalistyczne. Ale dla ego „dobrze” nie zawsze występuje solo. Może też znaczyć na przykład: „dobrze-ale-nie-lepiej” lub: „dobrze-ale-gorzej”.

Porównywarki, ulepszarki, przeszukiwarki. Jak wiele czasu poświęcamy amelioracji z facylitacją? Czy równoważy się on z czasem, który dzięki nim zaoszczędzamy? Jeśli nie, to czy „dobrze nie oznacza w praktyce „nawet-lepiej-korzystniej?”. Czas zaoszczędzony na amelioracji z facylitacją możemy poświęcić na pławieniu się w beztroskim luksusie marnotrawienia czasu – zwanego też niekiedy urlopem.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on linkedin
LinkedIn
Paulina Żebrowska

Paulina Żebrowska

Zawody wystudiowane: polonista-komparatysta oraz krytyk literacki. Z temperamentu zajawkowiec, typ bezpoglądowca, podmiot wątpiący. Pochodzi z Suwałk, mieszka w Krakowie – bez kota i spleena