Nauka
Ekstrawertycy są mniej samotni? To wcale nie jest takie proste
21 sierpnia 2026

Każdy obywatel ma prawo do poszanowania własnej godności oraz dobrego imienia i jeżeli uważa, że ktoś to jego prawo naruszył, to może bronić go przed sądem i domagać się stosownej rekompensaty. Nieważne, czy jest zwykłym zjadaczem chleba, celebrytą, czy multimilionerem. Ba, nawet przestępcy mają do podobnej ochrony prawo.
Sama ochrona wartości niematerialnych, do jakich należą właśnie dobre imię i godność, wydaje się być oczywista i spełniać nie tylko uniwersalne kryteria etyczne, ale nawet kryteria wynikające z tego, co możemy nazwać „ludową sprawiedliwością”, czyli z powszechnego poczucia, co jest dobre, a co złe. Ale kiedy bliżej zagłębimy się w problem, to okazuje się, że nie jest on taki banalny i wcale nie jest łatwy do rozsądzenia. W różnych państwach ochrona czci jest na różnym poziomie i różne też przyjęto zasady jej obrony oraz różny jest stopień surowości sądów w stosunku do osób pozwanych o złamanie prawa.
Kwestiami związanymi z ochroną dóbr niematerialnych zajmowały się już tysiące składów sędziowskich, orzekał i pisał swoje opinie Sąd Najwyższy, a nawet wypowiadał się Europejski Trybunał Praw Człowieka, który bardzo rozumnie stwierdził, że osoby publiczne, takie jak chociażby politycy, muszą być chronieni w stopniu nieco mniejszym niż inni obywatele, ponieważ wynika to z prawa obywateli do krytyki władzy i kneblowanie tej krytyki zagrażałoby wolności słowa.
ETPCz stwierdził więc, że politycy powinni mieć grubą skórę i że taka jest cena, jaką muszą zapłacić za to, że należą do klasy, w innych aspektach, uprzywilejowanej.
Orzekanie w kwestiach ochrony dóbr osobistych często nastręcza wiele trudności, ponieważ z jednej strony ustawodawca daje nam wolność słowa, konstytucyjnie gwarantuje prawo do krytyki, satyry, ironii czy karykatury, a jednocześnie zapewnia również wszystkim ochronę godności i dobrego imienia.
Sądy więc mają często kłopot, by wyważyć, kiedy granice wolności słowa zostały przekroczone. I niestety dochodzi czasami do kuriozalnych sytuacji, kiedy sądy skazują za mówienie prawdy. Jeżeli np. publicznie nazwałeś złodziejem kogoś, kto został skazany za kradzież, to sąd może uznać, że powiedziałeś prawdę, ale naruszyłeś godność swojego przeciwnika i musisz ponieść karę. Głupie i nieetyczne?
Owszem, ale w Polsce zdarzało się wiele wyroków, kiedy sąd nie zastanawiał się nad tym, jaka jest PRAWDA, ale nad tym, co czuła osoba, o której tę prawdę mówiono. I odwrotnie: zdarzały się procesy, w których na temat pewnych osób kłamano, ale sąd stwierdzał, że oskarżony, chociaż kłamał, to działał w interesie społecznym, więc zwalniał go od kary. Głupie i nieetyczne? Jak najbardziej, ale wielu polskich sędziów sądzi nie na podstawie prawa i moralności, lecz kierując się sympatiami ideologicznymi i znajomościami środowiskowymi.
Niektórzy ludzie obrażają się o wszystko. O żart, o ironię, o satyrę, o karykaturę, ba, znałem twórców, którzy tak bardzo obrażali się o krytykę swoich dzieł, że grozili nieprzychylnym recenzentom procesami sądowymi. Zresztą dzisiaj podobne groźby wychodzą nie tylko od twórców, lecz również od właścicieli hoteli czy lokali gastronomicznych, które negatywnie zrecenzowano.
W dawnej Polsce, w Rzeczypospolitej Szlacheckiej, były znane postacie pieniaczy sądowych, karykaturalnie wyśmiał takie postawy chociażby Aleksander Fredro w Zemście, przedstawiając nam rejenta Milczka.
W ostatnich dniach mogliśmy podobne pieniactwo obserwować na współczesnej polskiej scenie rozrywkowej, kiedy discopolowy zapiewajło, Zenon Martyniuk, tak się wściekł za kabaretowe parodiowanie jego twórczości przez aktora i piosenkarza Jacka Kawalca, że zagroził mu procesem sądowym. No cóż, widać, że ta parodia zabolała… Ale taka jest cena sławy, pieniędzy i bycia celebrytą. Martyniuk musi zrozumieć, że nie jest chroniony jakimś wyjątkowym immunitetem niczym brytyjski monarcha.
Bardzo często zdarza się jednak, że naruszenia praw osobistych są bezsprzeczne. Mamy z takimi naruszeniami do czynienia, kiedy jakaś osoba wygłasza na nasz temat ewidentne kłamstwa. Na przykład, że popełniliśmy przestępstwo czy czyn nieetyczny (i nie jest ta osoba w żaden sposób owego stwierdzenia udowodnić!).
Stosunkowo nowym naruszeniem jest produkowanie „fejkowych” reklam przedstawiających znanych ludzi (artystów, polityków, dziennikarzy itp.) zachwalających dany produkt, podczas kiedy w rzeczywistości nikt z nimi nie zawarł kontraktu, a oni sami danego produktu nie widzieli na oczy.
I teraz przejdziemy do crème de la crème, czyli do sprawy wojny polskiego miliardera Rafała Brzoski z koncernem Meta (czyli właścicielem Facebooka i Instagrama). Brzoska od dawna walczy z faktem, że na Facebooku ukazują się reklamy pokazujące go w fatalnym i, co ważne, całkowicie zakłamanym świetle. Informują np., że on i jego żona zostali aresztowani czy że pobił żonę.
Co jeszcze bardziej irytujące, owe fałszywe newsy są wzbogacane zdjęciami wyprodukowanymi przez AI. Facebook umywa ręce, twierdząc, że nie kontroluje reklam zamieszczanych na jego łamach, ponieważ każdy taką reklamę może kupić. Ale Facebook, chociaż nie chce brać odpowiedzialności, to za to chętnie bierze pieniądze za podobne oszustwa.
Agencja Reutera wyliczyła, że amerykański koncern zarabia na fałszywych reklamach, na oszustwach i nielegalnym hazardzie 16 MILIARDÓW dolarów rocznie. Rozumiecie więc, że konflikt ma nie tylko aspekt emocjonalny, lecz przede wszystkim finansowy. Można powiedzieć tak: koncern Meta zbija majątek, krzywdząc ludzi, a Rafał Brzoska dąży do tego, by koncern tych ludzi nie mógł więcej krzywdzić. Wypada tylko przyklasnąć i cieszyć się, że wojnę niegodziwym praktykom wydał multimilioner, którego po prostu stać na to, by stoczyć walkę z medialnym gigantem.
Dla mnie osobiście zawsze najważniejsza była wolność. Wolność myśli i słowa, która objawia się między innymi tym, że nie przygryzamy sobie języka, nie kneblujemy własnoręcznie ust, nie boimy się mówić tego, co myślimy. Wielkie koncerny, politycy, często też artyści czy celebryci próbują często niszczyć krytykę i stosują w tym celu metody zastraszania przeciwników. Bo dla większości zwykłych obywateli samo zagrożenie procesem sądowym niesie już wystarczający lęk.
Nie wiedzą, jak sobie poradzić w skomplikowanych procesach, boją się ogromnych kosztów, a czasami również skierowanej przeciwko nim kampanii defamacji. Tak właśnie rok po roku „urabiane” jest społeczeństwo. By nie zabierać głosu na tematy drażliwe, by iść z nurtem „politycznej poprawności”, by przymykać oczy na łajdactwa i przestępstwa.
No i na koniec właśnie smutna historia o karaniu „szeryfów”, którzy głoszą prawdę. Oto na Uniwersytecie Cambridge karierę robił fałszerz, oszust i plagiator Jason Arday, któremu pozwalano na wszystko i silnie go lansowano, gdyż był czarnoskóry. Ale jego fałszerstwa, oszustwa i plagiaty wykrył i udowodnił inny naukowiec, profesor filozofii Nathan Cofnas. I Cofnas właśnie został zawieszony przez swój uniwersytet za to, że pokazał prawdę o oszustwach Ardaya… Cóż, tak niestety działa dzisiaj świat.
Przeczytaj również: Jacek Piekara: Będziemy żyć setki lat. Pytanie tylko, kiedy




***
Czytelnicy Holistic News z kodem: PRAWDA3 otrzymują 20% rabatu!
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: