Nauka
Kosmiczny huragan pustoszy młodą galaktykę. Może ją uśmiercić
25 lipca 2026

Młodzi twórcy kina grozy pokazują, jak przez konwencje gatunkowe portretować autentyczne lęki współczesnego człowieka. Efekt? Coraz częściej najstraszniejsze demony nie czają się w mroku nocy, ale w zakamarkach naszej własnej, zagubionej codzienności. Najbardziej przerażające okazuje się to, co nosimy w sobie.
Horror od zawsze kojarzył się z nieczystymi siłami pozaziemskimi: wampirami, upiorami, duchami czy żywymi trupami. W wersji bardziej przyziemnej – seryjnymi mordercami dokonującymi makabrycznych zbrodni. W klasycznym kinie gatunkowym filmowa groza służyła głównie rozrywce i odreagowaniu, ale podświadomie zawsze oddawała niepokoje konkretnej epoki, ewoluując wraz z nią.
Arystokratyczne wampiry – jak hrabia Dracula – odwoływały się do lęku przed śmiercią, zakazanego pożądania i destrukcyjnych pragnień wiecznego życia. Z czasem zastąpiły je bardziej demokratyczne zombie, czyli bezmyślne tłumy żywych nieboszczyków. Już w przełomowych filmach George’a Romero (Noc żywych trupów, 1968) były one interpretowane jako przejaw niepokojów społecznych, ślepego konsumpcjonizmu i narastających nierówności.
Z kolei potwór Frankensteina, będący nowoczesną wersją starożytnego golema, inkarnował się w postaciach rozmaitych konsekwencji ludzkiej pychy w przekraczaniu granic nauki.
Potwory z kosmosu i istoty z innych wymiarów oddawały lęk przed nieznanym aspektem rzeczywistości, nieosiągalnej dla ludzkiego poznania. Klątwy, zaklęcia i opętania „przerabiały” lęki o podłożu religijnym lub moralnym. Często też – choćby w niedawnej Mumii Lee Cronina – były metaforą skomplikowanych i toksycznych relacji rodzinnych.
Wszystkie te klasyczne ujęcia łączyło jedno: zagrożenie miało wymiar zewnętrzny. Bohaterowie stawali do konfrontacji z siłami zza grobu, z kosmosu lub z czyjejś ewidentnej psychozy. Konflikt był łatwo rozpoznawalny: rozgrywał się między spokojnym, dobrym, bezpiecznym życiem a czyhającym na nie cieniem.
Horror egzystencjalny, czyli taki, w którym pierwotnym źródłem metafizycznego przerażenia jest samo istnienie, funkcjonował dotąd raczej na obrzeżach głównego nurtu. W literaturze dawali mu wyraz autorzy tacy jak Thomas Ligotti czy Brian Evenson. W filmie pojawiał się na pograniczu autorskiego dramatu i thrillera – w dziełach Romana Polańskiego, Stanleya Kubricka czy Davida Lyncha.
Dziś, za sprawą takich filmów jak Weapons Zacha Creggera, Obsesja (Obsession) Curry’ego Barkera czy Backrooms. Bez wyjścia Kane’a Parsonsa – do głównego nurtu kina grozy przebija się coraz wyraźniej jej wariant właśnie egzystencjalny.
Zagrożeniem nie są już w tym nurcie diabły, klątwy, wampiry czy zamaskowani psychopaci. Nawet jeśli te motywy się pojawiają, mają charakter umowny, wręcz pastiszowy – w odróżnieniu od mainstreamowych franczyz, które wciąż z powodzeniem eksploatują klasyczne schematy.
W nowym kinie grozy rolę złych sił przejęły relacje międzyludzkie, prozaiczna codzienność i fundamentalny problem uporania się z własnym wnętrzem.
W głośnej Obsesji widzowie mogą oglądać historię strukturalnie właściwą raczej komediom romantycznym, ale ukazaną w wydaniu, w którym romantyczna relacja młodych ludzi staje się koszmarem. Film jest obrazem lęku przed zaangażowaniem, konsekwencji fałszywych wyobrażeń o związkach i paraliżu zrodzonego z intensywnych emocji.
Film Barkera, który wcześniej współtworzył niezależny kanał na YouTube, stał się jednym z najbardziej dochodowych horrorów ostatnich miesięcy. Po wyjściu z seansu można było usłyszeć komentarze w rodzaju: „zawsze będę singielką”, „ludzie nie powinni się wiązać w pary”.
Film Together Michaela Shanksa porusza podobny motyw – najbliższych relacji – nadając mu formę grozy wynikającej z dosłownego, fizycznego połączenia się dwóch ciał w jeden organizm. To makabryczna metafora zatracenia siebie w związku i całkowitego zaniku własnej tożsamości.
Z kolei Weapons. Zniknięcia skrywa w sobie dramat szkolnej przemocy i braku systemowego poczucia bezpieczeństwa u dzieci. Natomiast hitowe Mów do mnie! oraz najnowsze Oddaj ją braci Philippou – australijskich twórców, którzy z internetowego undergroundu trafili do pierwszej ligi reżyserskiej – to wyczerpujące emocjonalnie zmagania ze stratą, traumą i żałobą. To opowieści o uczuciach, które, zamieniają ludzkie życie w piekło na ziemi.
Backrooms. Bez wyjścia to z jednej strony twórcze rozwinięcie internetowej creepypasty – fenomenu zrodzonego na platformie YouTube za sprawą Kane’a Parsonsa. Jako nastolatek zaczął on tworzyć amatorskie filmy found-footage osadzone w surrealistycznej przestrzeni „pomieszczeń za ścianą rzeczywistości”.
Parsons został najmłodszym reżyserem w historii kultowego studia A24. Kinowa wersja nadała tego cyfrowej koncepcji głęboki, egzystencjalny wymiar. Puste, nieskończone labirynty o żółtawym odcieniu, oświetlone bzyczącymi jarzeniówkami, stają się w filmie Parsonsa przestrzenią psychiczną.
Film opowiada o właścicielu sklepu meblowego i jego terapeutce, którzy odkrywają portal do równoległego wymiaru w piwnicy budynku. Nieprzepracowane traumy, problemy osobiste, brzemię związane ze sprostaniem wymaganiom ekonomicznym i społecznym codziennego życia – wszystko to tworzy platformę koszmaru, która materializuje się w nieprzeniknionych, powtarzalnych korytarzach. Ludzie stają się więźniami własnych problemów, a największym wyzwaniem staje się dla nich samo dźwiganie ciężaru własnego istnienia.
Wszystkie te obrazy wskazują z jednej strony na coraz większą dojrzałość twórców i tematów poruszanych w kinie gatunkowym, które jeszcze niedawno było rezerwowane dla czysto eskapistycznej, odstresowującej rozrywki. Z drugiej – pokazują, gdzie przesunęły się społeczne lęki. To już nie obawy o zagrożenie z zewnątrz dla codziennego komfortu i bezpieczeństwa. Ta perspektywa jest właściwie nieobecna. Koszmarem staje się samo życie, jego codzienne wyzwania i sytuacje, które dotąd uznawane było za normalne.
Dlaczego współczesna codzienność generuje taki niepokój? Odpowiedź tkwi być może w realiach dorastania obecnych dwudziesto- i trzydziesto-latków, uformowanych przez internetową samotność, presję algorytmów społecznościowych i permanentną niepewność ekonomiczną.
Kiedy tradycyjne, instytucjonalne punkty oparcia i autorytety zaczęły się chwiać, jedynym ratunkiem miały być relacje z drugim człowiekiem. Jednak i one – jak pokazuje młode kino – często przynoszą strach: przed odrzuceniem, nieszczerością czy ostateczną utratą własnej podmiotowości.
Puste korytarze w Backrooms to coś więcej niż sprytna, internetowa scenografia – to wizualny zapis zagubienia w świecie, który wymaga ciągłej, produktywnej gotowości, w zamian dając niewiele. Z tego kina grozy nie bije obawa o utratę bezpiecznego życia, lecz o to, że samo życie od samego początku jest pułapką.
Czy we współczesnym horrorze wyraża się autentyczny głos młodego pokolenia i lęki współczesnego człowieka? A może raczej jeden z jego głosów, wybrzmiewający szczególnie donośnie w kontekście kryzysu zdrowia psychicznego? Jeśli tak, to może właśnie ten fakt – a nie same makabryczne sceny na ekranie – powinien budzić niepokój po wyjściu z kina.
Przeczytaj także: Dlaczego czytamy fantasy? Psychologowie zajrzeli do głów czytelników




***
Czytelnicy Holistic News z kodem: PRAWDA3 otrzymują 20% rabatu!
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: