Łukaszenka nie chce być Chmielnickim

Kreml po raz kolejny nie zdołał skłonić Łukaszenki do wykonania następnego kroku na rzecz zjednoczenia Białorusi z Rosją. Łukaszenka, polityk ery postprawdy, woli być prezydentem mniejszego kraju niż gubernatorem jednego z obwodów dużego. Integracja bowiem oznacza pełzającą aneksję

Kreml po raz kolejny nie zdołał groźbą i prośbą skłonić Łukaszenki, by ten został białoruskim Chmielnickim i wykonał następny krok na rzecz zjednoczenia Białorusi z Rosją. Łukaszenka, polityk ery postprawdy, woli być prezydentem mniejszego kraju niż gubernatorem jednego z obwodów dużego. Integracja bowiem oznacza pełzającą aneksję

Władimir Putin od kilkunastu lat próbuje zreintegrować resztki obszaru poradzieckiego. To scheda, jaką chce po sobie zostawić. Nie odnosi jednak spektakularnych sukcesów. Wystarczy wspomnieć o zantagonizowaniu Ukrainy, czyli kilkudziesięciu milionów prawosławnych Słowian (choć nie jest powiedziane, że antagonizm trwać będzie wiecznie). Jedynymi krajami, które dołączyły do tworzonej pod auspicjami Kremla Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, są Białoruś i Kazachstan oraz biedne Armenia i Kirgistan. Fanfaronady o „Unii Europejskiej-bis” można włożyć między bajki.

Najdalej reintegracja posunięta jest w przypadku Rosji i Białorusi, a Kreml życzyłby sobie, by proces ten nadal postępował. To zresztą stała oś sporu rosyjsko-białoruskiego. Rosja chce krok po kroku wchłaniać Białoruś, podczas gdy Białoruś chce zachować swoją – i tak już dość ograniczoną – samodzielność, ale jednocześnie nie zamierza odłączać się od rosyjskiej rublowej kroplówki.

Putinowi tymczasem powoli przestają wystarczać symboliczne i przyjacielskie gesty Alaksandra Łukaszenki. Coraz łapczywiej spogląda na najcenniejsze dobro rodowe w kolekcji białoruskiego prezydenta – suwerenność kraju. Władimir Żyrinowski, lider Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, wezwał nawet Łukaszenkę, by ten zapisał się w historii jako nowy Chmielnicki, który podda Białoruś Rosji.

Symboliczny policzek wymierzony Putinowi

Przez ostatnich kilkanaście miesięcy trwały wzmożone rosyjskie naciski dyplomatyczne na Mińsk. Kreml chciał, by na 20-lecie powołania wspólnego Państwa Związkowego – 8 grudnia 2019 r. – ogłoszono nowy etap integracji. Szczegóły nie zostały ujawnione, ale mówiło się m.in. o powołaniu prezydenta takiego tworu (według niektórych miałby zostać nim sam Władimir Putin, który niebawem kończy ostatnią przewidzianą konstytucją kadencję na fotelu prezydenta Rosji).

Mińsk nie zgodził się jednak na skok na głęboką wodę, a hucznie zapowiadane podpisanie dokumentów trzeba było w żenującej atmosferze odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Po spotkaniu Putina i Łukaszenki nie zwołano nawet konferencji prasowej. Dla Putina był to spory afront. Władimir Władimirowicz potrzebuje takich sukcesów – zarówno na użytek wewnętrzny, jak i po to, by pokazać Zachodowi, że w Europie Wschodniej to on rozdaje karty.

Po grudniowej porażce wizerunkowej Kreml starał się docisnąć Łukaszenkę. Uderzył w kilka czułych punktów białoruskiej gospodarki, m. in. znacznie ograniczając dostawy ropy naftowej. Łukaszenka się jednak nie ugiął, zagroził dywersyfikacją i pozyskiwaniem gazu amerykańskiego (spotkał się nawet z sekretarzem stanu USA), kupił nieco norweskiego, ale nie poszedł na żadne polityczne ustępstwa.

Prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka i sekretarz stanu USA Mike Pompeo podczas spotkania w Mińsku, 1 lutego 2020 r. (NIKOLAI PETROV / TASS / GETTY IMAGES)

I udało się – przynajmniej taktycznie. Ustalono, że dostawy po blisko dwóch miesiącach zostają wznowione. Mińsk niespodziewanie wygrał tę bitwę, a Kreml nie zdecydował się zagrać va banque.

Scenariusz pełzającej aneksji

Łukaszenka formalnie zgadza się na integrację, ale domaga się jej na równych prawach. To jednak jest niemożliwe i Alaksandr Hryhoriewicz dobrze o tym wie – białoruski PKB jest blisko 30-krotnie mniejszy od rosyjskiego, a i tak w dużej mierze napędzany przez rosyjskie subsydia. Integracja oznacza tutaj pełzającą aneksję. Łukaszenka obawia się, że Putin zrobi z jego krajem w miękki sposób to, co z Krymem i Donbasem zrobił w sposób twardy.

O ile jednak dla Rosji sprawa integracji ma głównie wymiar polityczny, o tyle dla Białorusi dochodzi kluczowy aspekt finansowy. Białoruś jest uzależniona gospodarczo od Rosji i gdyby Moskwa zdecydowała się wykorzystać wszystkie instrumenty nacisku, białoruska gospodarka niechybnie by się załamała. Na Rosję przypada około połowa białoruskiej wymiany handlowej, rosyjski rynek jest głównym rynkiem zbytu, z Rosji pochodzi ok. 40 proc. inwestycji zagranicznych. I tak dalej.

Dla kondycji białoruskiej gospodarki priorytetowa jest cena rosyjskich surowców, głównie ropy naftowej. Jak bardzo? Podlicza to Ośrodek Studiów Wschodnich: „Produkcja białoruskiej petrochemii (m.in. dwóch rafinerii w Nowopołocku i Mozyrzu) stanowi ok. 10 proc. PKB Białorusi, 25 proc. jej eksportu i 20 proc. dochodów budżetowych”.

Rosyjskie subsydia stanowią około 10 proc. białoruskiego PKB. Moskwa w ostatnich latach coraz mniej chętnie łoży jednak na potrzeby sąsiada, bo sama musi liczyć każdy grosz. Subsydia są więc zmniejszane, co dotkliwie odbija się na białoruskich portfelach. Uzależnienie od Rosji jest bardzo duże i Łukaszenka musi za każdym razem zastanowić się dwukrotnie, zanim Putinowi powie niet.

Stabilność czy „kolorowa rewolucja”?

Białoruski prezydent mógłby oczywiście próbować stopniowo uniezależniać się od Kremla, przeprowadzając transformację gospodarki, by ją urealnić. Ta jednak opiera się w lwiej części na nierentownych zakładach, państwowych molochach i produkcji powstającej z myślą konkretnie o rynku rosyjskim. Lojalność obywateli reżim kupuje w zamian za jaką taką stabilność (choć w ostatnich latach coraz mniejszą) i zatrudnienie w budżetówce. Transformacja mogłaby więc doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia i podkopania istoty rządów Łukaszenki. A ten takiego scenariusza boi się bardzo – szczególnie po aneksji Krymu.

Głównym rywalem Łukaszenki nie jest bowiem w pierwszej kolejności, jak chcemy to często widzieć w Polsce, demokratyczna opozycja. W większym stopniu rywalami są Rosja i kondycja białoruskiej gospodarki.

Opozycja jest słaba, skłócona, kanapowa. Nieco ponad tysiąc demonstrujących, którzy zgromadzili się zimą w Mińsku, by zaprotestować przeciwko dalszej integracji białorusko-rosyjskiej, to najwyższa frekwencja, jaką zanotowano od lat. Opozycjonistów dodatkowo osłabia fakt, że po aneksji Krymu pozycja Łukaszenki na Zachodzie uległa wzmocnieniu. Zdjęto z niego nieco anatemę „ostatniego dyktatora Europy”, a Mińsk wybrano na miejsce przeprowadzenia negocjacji w sprawie wojny na Donbasie. Z kolei Waszyngton planuje – po kilkunastu latach przerwy – ponownie wysłać na Białoruś swojego ambasadora.

Protest w Mińsku przeciwko integracji Białorusi z Rosją, 20 grudnia 2019 r. „Panie Putin, Białorusini to nie Rosjanie” – głosi napis na jednym z transparentów (NATALIA FEDOSENKO / TASS / GETTY IMAGES)

Obawiający się pojawienia się „zielonych ludzików” w Homlu czy Mohylewie Łukaszenka nie poparł bowiem jednoznacznie aneksji Krymu i wykonał wiele symbolicznych gestów mających podkreślić niezależność od Rosji. Wykorzystał też propagandowo kazus krymski, aby wysłać swoim obywatelom sygnał: „Chcecie kolorowej rewolucji i zmiany władzy? Spójrzcie, czym skończyło się to na Ukrainie. Przelewem krwi i wojną. Ja gwarantuję wam stabilność i bezpieczeństwo”. Powtarza to zresztą od lat.

„Łukaszenka okazał się prekursorem nowych czasów. (…) Zdołał przeczekać czas triumfu liberalnej demokracji i jakoś doczołgał się do epoki postprawdy. Reprezentuje typ populistycznego autokraty, jakich coraz więcej na świecie i w samej Europie” – napisał Andrzej Brzeziecki w „Gazecie Wyborczej”.

W jego ocenie Łukaszenka „przed laty był niemal jedynym memogennym politykiem w Europie, teraz ginie w całej plejadzie przywódców, którzy sami zadziwiają świat swoimi wypowiedziami, tudzież tweetami”. Jak zauważył, „wcześniej dziwactwa przywódcy Białorusi zawsze były pożywką dla mediów. Dziś deklasują go liderzy najważniejszych państw Zachodu”.

Rosyjski kandydat na prezydenta

Rosyjsko-białoruski spór na chwilę przycichł, jednak może wybuchnąć z nową siłą za kilka miesięcy. Czekają nas bowiem obchody 75. rocznicy zakończenia II wojny światowej. Na Białorusi święto to jest fundamentem współczesnej tożsamości. Główna arteria kraju – Prospekt Niepodległości – swoje miano nosi właśnie na pamiątkę wyzwolenia miasta spod hitlerowskiej okupacji.

Władimir Putin i Alaksandr Łukaszenka podczas posiedzenia Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym w Biszkeku w Kirgistanie, 28 listopada 2019 r. Do utworzonej w 1992 r. organizacji – oprócz Rosji i Białorusi – należą także: Armenia, Kazachstan, Kirgistan i Tadżykistan ( MIKHAIL SVETLOV / GETTY IMAGES)

W 2020 r. na Białorusi odbędą się wybory prezydenckie. Trudno powiedzieć, jakim dokładnie poparciem cieszy się dziś nad Świsłoczą Alaksandr Hryhoriewicz, gdyż nie funkcjonują tam niezależne ośrodki badawcze. Najpewniej wygra szóstą kadencję bez większych przeszkód – jak na razie wciąż jest rosyjskim kandydatem na to stanowisko, nawet jeśli taka sytuacja nie będzie trwać wiecznie.

Symbolicznym punktem odniesienia dla putinowskich planów reintegracyjnych jest najpewniej grudzień 2021 r. Wówczas wypada 20. rocznica rozpadu Związku Radzieckiego. Dla jednych będzie to święto radosne, dla innych – smutne.

Opublikowano przez

Zbigniew Rokita


Dziennikarz i reporter. Specjalizuje się w problematyce Europy Wschodniej. Publikował m.in. w Polityce, Tygodniku Powszechnym, Dzienniku Gazecie Prawnej, Nowej Europie Wschodniej. Autor książki reporterskiej Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium (Wydawnictwo Czarne 2018)

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.