Resi Capital - Deweloper miejskiej przyszłości

Mariola Popińska: Góry trzymają mnie przy życiu. Dzięki nim się nie poddaję

Mariola Popińska jako pierwsza Europejka zdobyła najwyższy szczyt Antarktydy

W 1995 roku Mariola Popińska jako pierwsza osoba z Polski stanęła na Mount Vinson, najwyższym szczycie Antarktydy. Tę wyprawę opisała w książce o przewrotnym tytule „Kura domowa na Antarktydzie”. Jak sama wspomina, środowisko wspinaczkowe najpierw z niej kpiło, a potem długo nie potrafiło jej tego sukcesu wybaczyć. Dziś ma za sobą przeszczep nerki i walkę z nowotworem, a mimo to weszła na Matterhorn. Rozmawiamy o strachu, który trzeba przełamać, o decyzji, która uratowała jej życie, i o tym, dlaczego wciąż wraca w góry.

Milion dolarów na Zawracie

Mariusz Martynelis: Pamiętasz moment, w którym góry cię wciągnęły?

Mariola Popińska: Pamiętam dwa. Pierwszy to Boże Narodzenie 1980 roku. Pojechaliśmy z Włodkiem, moim obecnym mężem, do Zakopanego i poszliśmy przez Dolinę Chochołowską na Przełęcz Iwaniacką. Wtedy zimą prawie nikt nie chodził po górach, więc brnęliśmy w śniegu po pas. Włodek przecierał szlak, pruł do góry i znikał mi z oczu, a ja zostawałam sama w lesie. Nie wiedziałam nawet, co to jest przełęcz – na każdej polance myślałam, że to już koniec wycieczki. W pewnej chwili zobaczyłam czyjeś oczy i serce mi stanęło. To była sarna, pewnie bardziej przestraszona niż ja. Włodek co jakiś czas zbiegał do mnie i pytał: „Podoba ci się?”. „Nie!” – odpowiadałam. Po drodze po prostu go znienawidziłam.

Ale kiedy doszliśmy na przełęcz, wiał halny i nad Tatrami przewalały się chmury. Widowisko nie z tej ziemi. Weszłam kawałek na stok Kominiarskiego Wierchu i totalnie mnie zauroczyło – porwało, wciągnęło, pochłonęło. Kiedy Włodek do mnie podszedł, wybaczyłam mu wszystko. Tak zaczęła się moja pasja.

„Zrozumiałam, ile jest w głowie”

Drugi, przełomowy moment przyszedł latem, na Zawracie. Byliśmy już małżeństwem, mieliśmy małe dzieci. Choć to był środek wakacji, pogoda była fatalna: wyżej panowała zima, łańcuchy były oblodzone, nic nie było widać. Przy zejściu dwa razy zgubiliśmy drogę i za drugim razem o mały włos skończyłoby się źle. Straciłam zaufanie do Włodka i poprosiłam o pomoc przewodnika, który akurat schodził ze Świnicy. Mimo to w trudnych miejscach i tak zsuwałam się na siedząco. Przewodnik skomentował, że to niegodne. „Godne jest żyć, a nie ginąć” – odpowiedziałam.

Wieczorem w Murowańcu, kiedy przysypialiśmy już w śpiworach na podłodze, Włodek zapytał: „Mariolka, gdyby na Zawracie leżał milion złotych, poszłabyś?”. „Nie”. „A milion dolarów?”. Aż się podniosłam: „Milion dolarów? Poszłabym!”. I wtedy zrozumiałam, ile jest w głowie. Przecież to przejście już zrobiłam, mój strach nie wynikał z tego, że czegoś nie potrafię. Dwa tygodnie później przyjechałam w Tatry sama, tylko po to, żeby przejść Zawrat – i przeszłam. I tak już zostałam w tych górach.

Fot. Archiwum własne Marioli Popińskiej

Dziś jeszcze się boisz?

Tylko głupi nie odczuwają strachu. Idę w góry i są momenty, kiedy myślę sobie: „O kurczę, tu trzeba uważać”. Ale nie o strach w tym wszystkim chodzi, tylko o nieprawdopodobną radość – i nie należy jej mylić z adrenaliną. Kiedy jesteś w górach, skupiasz się na jednym, zamykasz się w swojej bańce i nagle wiele spraw przestaje cię dotyczyć. A do tego jest tak pięknie. Nigdy nie da się wszystkiego przewidzieć. Kiedy warunki zaczynają ci zagrażać, musisz się dostosować i wziąć to na klatę. Tak samo jak w życiu.

Antarktyda za kilkanaście dni

Jak to się stało, że zamiast na Everest pojechałaś na Antarktydę?

Everest był moim marzeniem, jak większości osób, które się wspinają. Kiedy już sprawdziłam na czterotysięcznikach w Alpach, jak mój organizm znosi wysokość, w górskim czasopiśmie znalazłam informację, że Rob Hall organizuje komercyjną wyprawę na Everest. Napisałam do niego faks. Dwa dni przed Bożym Narodzeniem odpisał, jakie dokumenty muszę mu dosłać, i przy okazji dodał, że za kilkanaście dni ma wolne miejsce na wyprawie na Antarktydę. W moim planie Antarktyda była na samym końcu, ale pomyślałam: „Why not? Jadę!”.

Pierwsza z Polski

Problem polegał na tym, że nie byłam przygotowana – nie miałam nawet żadnych puchowych ciuchów. Nasz kolega szył odzież puchową, więc Włodek zadzwonił do niego: „Stary, na jutro potrzebujemy śpiwór, kurtkę i spodnie, działaj!”. I zdążył. O samej Antarktydzie nie wiedziałam prawie nic. Nie było internetu, nie było polskich książek. Pierwszą książkę na jej temat, oczywiście po angielsku, przeczytałam w naszej ambasadzie w Chile, tuż przed wylotem. Wiedziałam tyle, ile uczono nas w szkole – że jest zimno i że jest tam albo cały czas dzień, albo cały czas noc. Wiedziałam też, że mam szansę być pierwszą osobą z Polski na tym szczycie.

Jak wspominasz zdobycie najwyższego szczytu Antarktydy?

To był jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Zachwycił mnie cały kontynent i ludzie, z którymi tam byłam – z różnych stron świata i wszyscy pozytywni. Pamiętam jak dziś: pogoda uwięziła nas na dwie doby w namiotach. W końcu mój przewodnik Aaron Waters wyszedł z namiotu i powiedział: „Mariola, idziemy!”. Zapytałam, czy zwariował. Jeden z chłopaków z sąsiedniego namiotu miał zegarek z termometrem – pokazywał minus 52 stopnie, do tego wiało straszliwie. Aaron uznał jednak, że jeśli teraz nie spróbujemy, pogoda zatrzyma nas nie wiadomo na ile.

Poszliśmy jako pierwsi i to też było niesamowite: cała Antarktyda i my dwoje. Kosmos, uwielbiam takie chwile. Tuż przed wierzchołkiem Aaron zatrzymał się, poczekał na mnie i powiedział: „Lady first”. Nie czułam dumy, tylko czystą radość, że stoję na górze, na której mało kto przede mną był.

Fot. Archiwum własne Marioli Popińskiej

Srebrne Jajo dla kury domowej

Jak zareagowało na ten sukces polskie środowisko wspinaczkowe?

Najpierw się ze mnie śmiali, a potem bardzo mnie nienawidzili. Z mojego powodu reaktywowano nawet kapitułę Srebrnych Jaj, czyli żartobliwej antynagrody, którą dostałam za „najbardziej naiwny pomysł roku”. Kiedy starałam się w Polskim Związku Alpinizmu o rekomendację na Everest, długo nie chcieli mi jej dać. W końcu ktoś stwierdził, że można, bo najwyżej i tak nie wejdę.

Dla wielu wspinaczy wyskoczyłam jak Filip z konopi. Kobieta spoza środowiska, w dodatku „kura domowa”, staje na szczycie, na którym nie był jeszcze żaden Polak, a potem wymyśla sobie Everest. Odbierano to tak, jakbym odbierała im chwałę i bohaterstwo. Wcześniej podobnie traktowano inne kobiety w himalaizmie – to było takie męskie, szowinistyczne podejście.

To były też czasy bezwzględnej rywalizacji. W literaturze górskiej z tamtych lat można przeczytać, że ludzie, którzy na dole razem pili piwo, na wysokości potrafili nasikać sobie nawzajem do butów, tak żeby na mrozie zrobiła się z tego bryła lodu. I nagle w tym świecie pojawia się ktoś, kto wspina się wyłącznie dla radości. Ja nigdy nie chciałam się z nikim ścigać, rywalizacja kompletnie mnie nie obchodzi. A skoro pojawił się ktoś taki, trzeba go było „załatwić”.

Przejmowałaś się tym?

Bardzo. Środowisko mnie po prostu zaszczuło. Ludzie, których miałam wśród wspinaczy za przyjaciół, nagle się ode mnie odwrócili. Padały słowa, których nie da się zapomnieć – ktoś napisał nawet w gazecie, że najchętniej przestrzeliłby mi kolana, żebym już nigdzie nie mogła chodzić. Po czymś takim zaczęłam się naprawdę bać. Mieszkałam w Kościelisku, a przez kilka lat w ogóle nie chodziłam w góry. Bałam się pójść choćby na Halę Gąsienicową, bo nie wiedziałam, co mogą mi zrobić. Poznając nowych ludzi, nie chciałam nawet mówić, jak się nazywam. Doszło do tego, że zaczęłam bać się o swoje życie, i trwało to kilka długich lat.

Decyzja, która uratowała mi życie

W 1995 roku w końcu pojechałaś na Everest. Dlaczego nie weszłaś na szczyt?

To był ostatni rok, kiedy od strony Nepalu działały tylko trzy wyprawy, więc w tych potężnych górach byliśmy garstką ludzi. Często byłam z nimi zupełnie sama i tego się nie da przecenić. Niestety przeziębienie, które przywiozłam z domu, na wysokości przerodziło się w zapalenie płuc. Miałam ponad 39 stopni gorączki, a mimo to szłam w górę. Everest ma w sobie coś takiego, że trochę traci się zdrowy rozsądek. Kiedy stoisz pod tą górą, chcesz za wszelką cenę stanąć na szczycie i nic innego się nie liczy.

Przed atakiem szczytowym, w obozie drugim, przez całą noc nie zmrużyłam oka, bo kaszel wyrywał mi płuca. Rano Rob Hall zajrzał do namiotu i powiedział, że wychodzimy. Usiadłam w śpiworze i odpowiedziałam: „Rob, ja nie idę. Nie dojdę”. Długo mnie przekonywał, ale nie zmieniłam zdania. Do bazy zeszłam ledwo żywa, a stamtąd niżej zwieziono mnie na jaku – niemal przez cała drogę leżałam na nim jak wojownik po bitwie. Gdybym wtedy poszła wyżej, nie byłoby mnie dziś tutaj. Ostatecznie nikt z uczestników naszej wyprawy nie stanął wtedy na szczycie – wszyscy zawrócili spod Południowego Wierzchołka.

Rok później pod Everestem było już kilkadziesiąt wypraw i zaczęła się niezdrowa rywalizacja o to, kto wprowadzi na szczyt więcej klientów. Skończyło się tragedią. Zginęło kilka osób, w tym Rob i Doug Hansen, który był z nami w 1995 roku. To pokazuje, jak niebezpieczna potrafi być w górach presja wyniku.

Góry trzymają mnie przy życiu

Po co właściwie chodzisz w góry?

Krótko – bo są. Ale też dlatego, że one naprawdę trzymają mnie przy życiu. To nie jest przesada, bo od wielu lat mocno choruję i góry pomagają mi radzić sobie psychicznie z tymi chorobami. Kiedy mieszkaliśmy w Zakopanem, odwoziłam dzieci do szkoły, a zanim je odebrałam, zdążyłam wbiec na Giewont i z niego zbiec. Część wad serca mam od urodzenia, ale z czasem doszły kolejne choroby i zaczęłam zwalniać. Na szlaku wyprzedzali mnie ludzie starsi ode mnie. Nie denerwowało mnie, że są lepsi, tylko to, że coś się ze mną dzieje. Mój lekarz zapytał wtedy, w ilu procentach wydolne są moje nerki. Odpowiedziałam, że w dwudziestu pięciu. „To jak pani sobie wyobraża, że reszta organizmu będzie wydolna w stu?” – usłyszałam. Najpierw była wściekłość, potem załamanie, a dopiero później akceptacja.

„Nie ma dla mnie nic piękniejszego”

Najtrudniej było w czasie dializ poprzedzających przeszczep nerki. Po każdej Włodek przenosił mnie z łóżka na wózek inwalidzki i do wieczora w ogóle nie żyłam. Ale następnego dnia czułam, że muszę coś zrobić. Kiedyś wybraliśmy się na Baranie Rogi. Do schroniska przy Pięciu Stawach Spiskich ledwo doszłam, co 50 metrów musiałam siadać i odpoczywać, a wszyscy mnie mijali. Dawniej by mnie to wściekało, a teraz przyjęłam to spokojnie. Rano, wypoczęta, sama wniosłam plecak na szczyt. Następnego dnia znowu dializa i znowu gorzej. Tak wyglądają moje wzloty i upadki.

Kiedy przychodzi lepszy dzień, staram się go wykorzystać – ale nie tak jak bilet do kina, żeby nie przepadł. Chcę być na tym filmie, bo sprawia mi radość. Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż bycie w górach. Tam jestem naprawdę szczęśliwa.

Fot. Archiwum własne Marioli Popińskiej

Który szczyt z ostatnich lat cieszy cię najbardziej?

Matterhorn. Marzyłam o nim od lat, ale kiedy byłam w formie i mogłam sama prowadzić podczas wspinania, nie znalazłam nikogo, kto by ze mną poszedł. Aż w końcu w 2024 roku, już po przeszczepie nerki, po usunięciu nowotworu dróg żółciowych, z siedmioma chorobami serca i po ostrych zapaleniach trzustki, stanęłam na jego szczycie. Na Everest już się nie wybieram – ważniejsze jest dla mnie życie i moja nowa nerka. Mam za to kolejne marzenia tatrzańskie i alpejskie.

Planujesz kolejną książkę. O czym będzie?

O tym, co dał mi przeszczep. Gdyby nie on, nie byłoby Matterhornu ani wszystkiego, co mnie ostatnio spotkało. Podziwiam ludzi, którzy w chwili odejścia kogoś bliskiego decydują się oddać jego narządy, bo to ogromnie trudna decyzja. W Polsce dawstwo jest anonimowe, więc nie mam jak powiedzieć tej rodzinie „dziękuję” – za ten Matterhorn, za Alpy, za Tatry, za wszystko. Dlatego postanowiłam napisać książkę. Nie pamiętnik ani kronikę mojego życia, tylko opowieść o tym, jak żyłam przed dializami, w ich trakcie i po przeszczepie. To będzie moje podziękowanie dla wszystkich, którzy decydują się podarować komuś życie.

Przeczytaj również: Najwyższa ściana skalna przyciąga śmiałków. Zdobywali ją Polacy


Zapraszamy do: ksiegarnia.holistic.news

Życzymy udanych zakupów!
Redakcja

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Mariusz Martynelis

Dziennikarz


Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej, od 15 lat związany z branżą medialną. Doświadczenie zdobywał m.in. w „Dzienniku Łódzkim”, „Super Expressie” oraz „Esce”. Równolegle współpracował z agencjami reklamowymi i zajmował się tłumaczeniem filmów. Pasjonat dobrego kina, literatury fantastycznej oraz sportu. Swoją kondycję fizyczną i psychiczną zawdzięcza samojedowi o imieniu Jaskier.

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.