Humanizm
Dar czy przekleństwo? Kiedy empatia zaczyna szkodzić
30 października 2026

Dzieci mają w przyszłości pracować na emerytury, bronić kraju i podtrzymywać gospodarkę. W debatach o ich przyszłości łatwo zapomnieć, że każde z nich jest przede wszystkim człowiekiem, a nie środkiem do realizacji społecznych celów. Instrumentalne traktowanie dzieci przesłania ich prawo do własnego życia i samodzielnego decydowania o przyszłości.
W filmie Snowpiercer: Arka przyszłości z 2013 roku, wyreżyserowanym przez Bong Joon-ho, ocalali ludzie próbują podtrzymać resztki cywilizacji w pociągu pędzącym przez zamrożony świat. Obserwujemy konflikty społeczne, konsumpcję bogatych i nędzę ubogich. Pociąg nie może się zatrzymać, bo jego pasażerowie są przekonani, że na zewnątrz nie przetrwaliby ekstremalnego zimna.
W finale filmu okazuje się, że w mechanizmie silnika pracują małe dzieci. Są wykorzystywane jako części maszyny, bez których nie mogłaby ona działać. Pociąg, który ma ratować ludzkość przed całkowitym wyginięciem, jedzie dzięki niewolniczej pracy dzieci. Dorośli podporządkowują ich życie własnemu przetrwaniu, przedstawianemu jako bezwzględna konieczność.
Trudno nie odczytywać Arki przyszłości jako alegorii losów ludzkości. W losie filmowych dzieci można dostrzec również alegorię roli, jaką wyznacza się najmłodszym w najdonioślejszych debatach publicznych. Dzieci są kluczowym argumentem w dyskusjach o demografii, edukacji, przyszłości gospodarki i – koniec końców – obronności. Są bezcenne i niezbędne, by dzisiejsza „arka przyszłości” mogła jechać dalej.
Podobnie jak w filmie, także w tych debatach dzieci bywają traktowane utylitarnie, czyli jako środek do osiągania określonych celów. Ich wartość określa się przez to, co mogą dać społeczeństwu, a nie przez to, kim są i jakiego życia same pragną.
Zacznijmy od demografii i pomysłów na to, jak skłonić ludzi do posiadania większej liczby dzieci. Program 500 plus, później przekształcony w 800 plus, nie przyniósł przełomu demograficznego. Pojawiają się zatem kolejne propozycje, przedstawiane na razie głównie przez think tanki. Są wśród nich bony mieszkaniowe, jeszcze wyższe wypłaty dla młodych rodziców, a nawet sugestie wprowadzania wątków promujących rodzicielstwo do popularnych seriali. Przed kilkoma laty pojawił się również pomysł utworzenia specjalnego urzędu do spraw dzietności.
Problem zaczyna się wtedy, gdy potrzeby państwa i gospodarki stają się nadrzędnym uzasadnieniem dla oczekiwań wobec życia prywatnego obywateli. W takich przekazach młodzi ludzie przestają być postrzegani jako jednostki mające własne potrzeby i aspiracje – zarówno te związane z posiadaniem dzieci, jak i te, które prowadzą do świadomej bezdzietności. Stają się raczej trybikami mechanizmu o jasno określonym celu. Jest nim wydanie na świat potomstwa, którego potrzebuje organizm społeczny, a wraz z nim system podatkowy, wydatkowy i ubezpieczeniowy.
Dziecko pojawia się wówczas nie tyle jako nowy człowiek, którego dobro powinno być celem troski, ile jako odpowiedź na przyszłe potrzeby zbiorowości. Można jednak pomagać ludziom w realizacji ich planów rodzinnych, nie czyniąc z rodzicielstwa społecznego obowiązku ani z dzieci zasobu, który należy uzupełniać.
Podstawowym celem edukacji powinno być to, by dziecko nauczyło się rozumieć siebie i otaczający je świat. Tymczasem kolejne programy nauczania, wyznaczane przez polityczne kierownictwa odpowiedzialnego resortu, mogą służyć nie tylko przekazywaniu wiedzy, lecz także kształtowaniu uczniów zgodnie z potrzebami i interesami aktualnej władzy.
Pytanie brzmi: gdzie przebiega granica między wyposażaniem młodych ludzi w wiedzę i umiejętności a narzucaniem im określonego sposobu myślenia? Kto ją wyznacza i czyje wartości uznaje za obowiązujące?
Spory o edukację często koncentrują się na tym, jakie treści należy wprowadzić do programu, a znacznie rzadziej na tym, jak pomóc uczniom samodzielnie rozumować, oceniać argumenty i formułować własne sądy. Coraz więcej miejsca mogą zajmować kwestie, które w dużej mierze należą także do sfery życia prywatnego i wychowania domowego. Szkoła powinna zachować świadomość granic swojej roli.
tymczasem zamiast kształcić, system chce kształtować. Zamiast uczyć, jak myśleć – rozstrzygać, co myśleć. Zamiast pomagać w rozumieniu emocji – wskazywać, które postawy i reakcje należy uznać za pożądane.
Także tutaj dziecko zostaje odsunięte na dalszy plan. W centrum uwagi znajdują się cele instytucji i oczekiwania szeroko rozumianej władzy. Bynajmniej nie tylko rodzicielskiej. Za to rozwój młodego człowieka schodzi na dalszy plan. Słuchając publicznego dyskursu na temat edukacji można czasem odnieść wrażenie, że uczniowie są dla szkoły a nie odwrotnie.
Dzieci mają być również po to, by miał kto pracować na „nasze emerytury”. W takim ujęciu gospodarka jawi się jako mechanizm produkcji dóbr służących zwiększaniu bieżącej konsumpcji oraz zapewniania środków na utrzymanie systemu świadczeń. Łatwo wtedy stracić z oczu jej podstawowy sens: zaspokajanie rzeczywistych potrzeb żyjących ludzi.
Problem pojawia się wtedy, gdy przyszłe pokolenia traktuje się przede wszystkim jako źródło podatków i składek, od których zależeć ma utrzymanie określonego poziomu świadczeń.
Przez wieki ważną rolę w zabezpieczeniu ludzi na starość odgrywały więzi rodzinne i bezpośrednia pomoc udzielana przez dzieci rodzicom. Współczesne systemy emerytalne działają inaczej. Ciężar finansowania świadczeń rozkłada się szerzej, między uczestników systemu. Mechanizm redystrybucji nie jest w stanie zastąpić osobistych relacji i naturalnych więzi społecznych. A jego sprawność nie powinna być jedyną miarą społecznego dobrobytu.
Jeśli uzasadnieniem dla posiadania dzieci staje się przede wszystkim potrzeba zapewnienia przyszłych pracowników i płatników składek, ich życie zostaje podporządkowane celom, na które nie mają wpływu. Zanim jeszcze przyjdą na świat, przypisuje się im rolę w systemie zaprojektowanym przez poprzednie pokolenia.
Wreszcie pojawia się argument obronności. Dzieci są potrzebne, by w przyszłości miał kto zostać żołnierzem i „nas bronić”.
Literatura wojenna wielokrotnie opisywała los młodych ludzi wysyłanych na front w imię politycznych interesów i decyzji rządzących, często należących do starszego pokolenia. Widać to choćby w Na Zachodzie bez zmian Ericha Marii Remarque’a, Podróży do kresu nocy Louisa-Ferdinanda Céline’a czy Stąd do wieczności Jamesa Jonesa.
Służba wojskowa może być zaszczytna, godna i bardzo potrzebna. Tym bardziej gdy pełni się ją dobrowolnie. Rządy mogą też ułatwiać, zamiast utrudniać, posiadanie i wychowywanie potomstwa.
Czym innym jest jednak uznanie potrzeby obrony wspólnoty, a czym innym traktowanie przyszłych pokoleń przede wszystkim jako rezerwy żołnierzy. Odpowiedzialność za bezpieczeństwo nie może oznaczać, że życie konkretnego człowieka z góry uznaje się za środek do realizacji politycznego celu. Młodzi ludzie nie rodzą się po to, by w przyszłości wypełnić z góry określone zadania.
Formułowanie utylitarnych oczekiwań wobec dzieci coraz bardziej przypomina wizje znane z dystopijnych opowieści, takich jak Opowieść podręcznej czy Nowy wspaniały świat. W powieści Aldousa Huxleya przyszli ludzie są projektowani i przypisywani do określonych ról jeszcze przed narodzinami. Ich wartość określa się przez przydatność dla systemu, który nie pozostawia im swobody decydowania o własnym losie. To nic innego jak instrumentalne traktowanie dzieci.
Takie myślenie prowadzi do sytuacji, w której wartość człowieka mierzy się jego przydatnością dla systemu. Wychowanie i edukacja przestają wówczas służyć rozwojowi konkretnej osoby, a zaczynają podporządkowywać ją zewnętrznym celom. Drugi człowiek staje się środkiem do celu.
Kiedy młodym ludziom wyznacza się sztywne ramy, a ich własne pomysły na życie i przyszłość nie znajdują w nich miejsca, nie powinno dziwić, że część z nich zaczyna buntować się przeciwko całemu systemowi. Takie napięcia mogą prowadzić do ulicznych protestów, zamieszek, a niekiedy rewolucji. Ile energii młodzi mogliby zamiast tego przeznaczyć na realizowanie własnych pomysłów i budowanie przyszłości według własnych wyobrażeń? Nie chodzi przecież o to, by każde pokolenie burzyło świat stworzony przez poprzedników. Chodzi o to, by miało przestrzeń do rozwijania własnych koncepcji i wprowadzania ich w życie.
Czy jest sens zachęcać ludzi do zakładania rodzin, jeśli uzasadnieniem ma być przede wszystkim interes państwa, gospodarki czy systemu emerytalnego? Przez wieki posiadanie potomstwa było powszechnym elementem życia, ale nie oznacza to, że współczesne decyzje rodzinne można sprowadzić do odtwarzania dawnych wzorców. Zmieniły się warunki życia, aspiracje i możliwości dokonywania wyborów.
Nie znamy wszystkich przyczyn spadku dzietności. Społeczeństwo nie działa jednak jak za naciśnięciem guzika. Nie wystarczy ustanowić odpowiednich świadczeń, uruchomić kampanii promujących rodzicielstwo czy wyznaczyć urzędu odpowiedzialnego za realizację określonego celu, by ludzie zaczęli podejmować decyzje zgodne z oczekiwaniami władzy. Gdyby samo podporządkowanie życia społecznego odgórnym założeniom gwarantowało szczęście, totalitarne reżimy miałyby najszczęśliwszych obywateli. Historia pokazuje, że tak nie jest.
A dzieci? Słusznie są w centrum uwagi. Ale tylko wtedy, gdy celem jest ich dobro, a nie przyszła użyteczność dla innych. Oznacza to umożliwienie im dokonywania wyborów i rozwijanie zdolności do podejmowania mądrych decyzji. Dzieci powinny dorastać ze świadomością, że gdy staną się dorosłe, będą mogły same urządzać świat, w którym żyją. Mogą też chcieć urządzać go według wartości innych niż te, które wyznawali ich rodzice.
Nie musi to prowadzić do konfliktu między pokoleniami. Jeśli młodzi ludzie otrzymają możliwość samodzielnego myślenia, poznają dorobek poprzedników i nauczą się rozważać różne racje, będą mogli zarówno kontynuować ich dzieło, jak i je zmieniać. Nie po to, by za wszelką cenę odrzucić przeszłość, ale by wziąć odpowiedzialność za własną przyszłość. Jak pisał Joseph Conrad w powieści Nostromo:
Aby życie było bogate i pełne, musi zawierać troskę o przeszłość i przyszłość w każdej przemijającej chwili teraźniejszości. Nasza codzienna praca powinna służyć chwale tych, którzy odeszli, i dobru tych, którzy przyjdą po nas.
Być może właśnie taka idea powinna przyświecać sprawom społecznym, zwłaszcza tak delikatnym jak powoływanie dzieci na świat i ich wychowywanie. Kolejne pokolenia nie muszą odcinać się od poprzedników, ale nie powinny też być zobowiązane do realizowania ich planów. Mogą czerpać z ich dorobku, a zarazem samodzielnie decydować, co warto zachować, a co zmienić.
Troska o przyszłość zaczyna się bowiem nie od wyznaczania dzieciom zadań, lecz od uznania ich prawa do własnego życia.
Przeczytaj także: Najpierw znikają dzieci. Potem zmienia się cały kraj
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: