Poprzedni
Następny

Państwo pod znakiem zapytania

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Ludzie przy fladze Mołdawii przed wejściem do budynku parlamentu w stolicy kraju, Kiszyniowie, marzec 2015. (CARSTEN KOALL / GETTY IMAGES)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 6 minut

Stalin o Mołdawii mawiał, że mamałyga nie wybucha. Tymczasem kraj ten na przestrzeni ostatnich lat trawiony jest separatyzmami – realnymi jak naddniestrzański czy potencjalnymi jak gagauski, masowymi protestami czy nieoczekiwanymi zmianami rządzących. Wybuch na wybuchu, choć uciekają one na ogół uwadze polskich czytelników

Opisuje je Kamil Całus  jeden z najlepszych znawców Mołdawii w Europie, na co dzień analityk Ośrodka Studiów Wschodnich. Trzy lata temu opracował raport Państwo niedokończone: 25 lat mołdawskiej niepodległości, w którym opisał historię i problemy Republiki Mołdawii po 1991 r. Teraz nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jego książka Mołdawia. Państwo niekonieczne, w której przybliża ten kraj szerszemu czytelnikowi.

Całus meandruje między gatunkami, ale jego książce najbliżej do reportażu publicystycznego spod znaku Ronalda Asmusa. Autor sprawnie porusza się w problematyce mołdawskiej, bo zna język i zna – ma się wrażenie – wszystkich Mołdawian. Żart to nie aż tak daleki od prawdy, gdyż w tym liczącym niespełna 3 mln mieszkańców kraju elita jest wąska, a Całus ma do niej dostęp. Mołdawią zajmuje się od dekady, zdążył w tym czasie zebrać szeroki materiał – od rozmów z dyplomatami przez dobre zaznajomienie się z literaturą aż po anegdoty.

Eksperymenty na żywym organizmie

Mołdawia to jedno wielkie laboratorium. Wśród Mołdawian nie ma zgody nawet w tak fundamentalnej kwestii jak ta, czy są oni osobnym narodem, czy też częścią narodu rumuńskiego. Mieszkańcy Besarabii zostali oddzieleni od ziomków z Siedmiogrodu i Wołoszczyzny po traktacie turecko-rosyjskim z 1812 r. Besarabczycy przez kolejnych 100 lat byli poddanymi cara, a car starał się ich zrusyfikować. Ta, w przeważającej mierze, wiejska ludność przegapiła całe rumuńskie odrodzenie narodowe, a wielu Besarabczyków – jak sugeruje Całus – nie wiedziało nawet, że leżąca za rzeką Rumunia w 1878 r. ogłosiła niepodległość.

Losy obu brzegów Prutu zbiegły się ponownie po I wojnie światowej, gdy Bukareszt przyłączył Besarabię i święcił najlepszy okres w swoich dziejach. Nie trwał on jednak długo, gdyż Wiaczesław Mołotow i Joachim von Ribbentrop podzielili Królestwo Rumunii między Berlin i Moskwę. W radzieckiej strefie wpływów znalazła się dzisiejsza Mołdawia – wraz z Naddniestrzem (ono już w międzywojniu należało do ZSRR) uzyskała status republiki związkowej. Radzieccy inżynierowie społeczni od dłuższego czasu pracowali nad stworzeniem alternatywnego narodu rumuńskiego – Rumunów radzieckich, czyli Mołdawian. Lansowali tezę o odrębności obu etnosów, w tym duchu wychowywano parę pokoleń mieszkańców Mołdawskiej SRR.

Gdy więc Związek Radziecki chylił się ku upadkowi, Mołdawianie stanęli przed dylematem: kim jesteśmy? Całus poświęca tej tożsamościowej kwestii sporo uwagi. Początkowo rządy w Kiszyniowie objęli zwolennicy zjednoczenia, którzy chcieli nad Prutem zrobić to, co Niemcy zrobili z NRD i RFN.

Masowa demonstracja w mołdawskiej stolicy przeciwko rządowi Pavla Filipa, styczeń 2016 r. (VADIM DENISOV / TASS / GETTY IMAGES)

„Za język urzędowy w Mołdawii uznano rumuński, a nie mołdawski, a oficjalnym symbolem nowego państwa, prócz wcześniej już przyjętej flagi, ustanowiono rumuński hymn Deșteaptă-te, române!. Co jeszcze ważniejsze, Deklaracja niepodległości w dość wyraźny sposób sugerowała, że owa niepodległość jest jedynie krokiem przejściowym na drodze do ponownego zjednoczenia z Rumunią. (…)” – opisuje Całus.

„Idea zjednoczeniowa błyskawicznie zyskiwała poparcie także w samej Rumunii. Bukareszt wprawdzie uznał niepodległość Mołdawii, ale tajemnicą poliszynela było, że Deklaracja niepodległości została przygotowana w rumuńskiej stolicy i miała stanowić swoistą podkładkę umożliwiającą aneksję świeżo wyzwolonej republiki” – zaznacza.

Mołdawskie konflikty z Gagauzją i Naddniestrzem oraz rumuński kryzys transformacyjny sprawiły, że do zjednoczenia nie doszło. Wciąż jednak jest to istotny temat, a w ostatnich latach nastroje prozjednoczeniowe w Mołdawii przybierają na sile – prawie co czwarty obywatel opowiada się za połączeniem z „macierzą”, temat ten podnoszony jest też przed polityków bukareszteńskich (choć na ogół skierowane jest to na użytek wewnętrzny). Jest to także sposób na wejście do Unii Europejskiej „tylnymi drzwiami”.

Jak pisze Całus, „pokaźna część społeczeństwa opowiada się za likwidacją mołdawskiej państwowości. W zasadzie ponad połowa chciałaby, aby Mołdawię przyłączono jak najszybciej do Rumunii albo do Rosji. A do tego – o czym niewielu wie – tę drugą opcję wspiera nieco więcej osób”. Przywołuje też dane z 2016 r., z których wynika, że 59 proc. mieszkańców Mołdawii uznaje, że rozpad ZSRR był wydarzeniem negatywnym. To wyższy odsetek niż notowany wśród samych Rosjan.

Spuścizna paktu Ribbentrop-Mołotow

Rozmówcy Całusa podkreślają, że trudno być patriotą w państwie, które jest młodsze od osoby w średnim wieku (mogliby zakładać koszulki, które noszą Węgrzy: „Jestem starszy niż Słowacja”). Niełatwo być patriotą w państwie, dla którego nieistnienie jest stanem bardziej naturalnym niż istnienie. Mołdawia – obok Kaliningradu czy Rusi Zakarpackiej – jest najdobitniejszym przykładem historii alternatywnej, która się spełniła, oraz trwałą spuścizną paktu Ribbentrop-Mołotow.

Jeden z bohaterów reportażu tłumaczy: „Państwo mogło nie istnieć 30 lat temu, ale moja rodzina mieszka na tej ziemi co najmniej od czterech pokoleń. Byli tu urzędnicy carscy, Rumuni, był ZSRR, a teraz jest niepodległa Mołdawia. Państwa przychodzą i upadają, ale moja rodzina wciąż tu żyje. Od dziesiątek, a pewnie i setek lat. Wspiera mnie, pomaga. Bez niej nie pojechałbym za granicę na studia. Nie miałbym takiej pracy. I teraz postaw się na miejscu mołdawskiego urzędnika państwowego. Co wydaje ci się bardziej racjonalne? Sumienna praca za grosze na rzecz państwa, wystrzeganie się korupcji itd.? Czy też korzystanie z urzędu… w pełnym wymiarze, zadbanie o swoją rodzinę i najbliższych, zbudowanie domu, wykształcenie dzieci. Hm?”.

Mołdawianie marzą o poziomie życia z czasów ZSRR. Wówczas republika ta notowała jeden z najwyższych standardów w Kraju Rad, a dziś jest najbiedniejszym krajem w Europie, w którym przeciętna pensja wynosi 300 euro, emerytura – 80. Zatrważający jest wskaźnik emigracji – według CIA Factbook Mołdawia zajmuje 211. miejsce na 221 sklasyfikowanych, ustępując jedynie takim krajom jak Erytrea czy Liban. Ze względu na migrację od początku XXI w. rozpada się co drugie małżeństwo.

Nastąpił też poważny regres cywilizacyjny. Wskaźnik umieralności matek podczas porodu jest 13-krotnie wyższy niż w Polsce. Powróciły wytępione choroby jak gruźlica, a w zakładach penitencjarnych „zamknięcie we wspólnej celi z gruźlikami traktowane jest niekiedy przez strażników jako dodatkowa kara lub instrument dyscyplinujący”.

Kraj „Lalkarza”

Całus pokazuje jak kraj, który dekadę temu uchodził za największe success story Partnerstwa Wschodniego, został zawłaszczony przez jednego człowieka, oligarchę Vladimira Plahotniuca.

Vladimir Plahotniuc przemawia w trakcie wiecu w Kiszyniowie domagając się ustąpienia z urzędu prezydenta Igora Dodona, czerwiec 2019 r. (VADIM DENISOV / TASS / GETTY IMAGES)

Autor zaznacza, że biznesmen fortunę zbił w dużej mierze na nielegalnych i nie do końca jasnych interesach (współpracował między innymi z Petrem Poroszenką). Mówi się przede wszystkim o handlu ludźmi i sutenerstwie. Następnie zajął się branżą paliwową i hotelarską, nagrywał ważne persony w intymnych sytuacjach, by móc je szantażować. Sprytnie wykorzystywał kolejne nabywane zasoby, np. kontrolowanie mołdawskich telefonii komórkowych umożliwiało mu podsłuchiwanie obywateli.

Plahotniuc nosił przydomek Lalkarza. Latami rządził z tylnego siedzenia, z rzadka wychodząc na pierwszy plan. W tym czasie jego pozycja się umacniała. W Mołdawii było mu łatwiej zdominować kraj niż byłoby to na Ukrainie czy w Rosji, gdyż miedzy Prutem a Dniestrem nie wyrosła nigdy rodzima oligarchia. Nie było czego rozkraść, a system polityczny lat 90. nazywano „demokracją przez zaniechanie”.

W książce przytoczona jest scena z 2013 r., gdy Plahotniuc spotkał się ze swoim głównym rywalem, czołowym politykiem i biznesmenem Vladem Filatem. Partia Filata była wówczas u władzy, na czele rządu stał Iurie Leancă. Plahotniuc chciał uświadomić Filatowi, kto rozdaje w Mołdawii karty. Gdy Filat nie dawał za wygraną, „Plahotniuc z nieskrywaną radością wyciągnął asa z rękawa”. Jak wspomina Sergiu Mocanu z Animafie, w pewnej chwili rzucił niespodziewanie, że ma dla Filata prezent. „Chcesz? – spytał. – Zadzwonię do twojego Leanki, a on zjawi się tu w ciągu 15 minut”.

Szef liberalnych demokratów zamarł. Do tej pory nie wierzył w plotki o powiązaniach między Leanką a jego przeciwnikiem. Plahotniuc wyciągnął telefon, wybrał numer. 14 minut później w hotelu pojawił się szef mołdawskiego rządu. Trudno powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony tym spotkaniem, Filat, który musiał pogodzić się ze zdradą bliskiego partyjnego kolegi, czy Leanka, który z trudem ukrywał wstyd i zażenowanie”.

Prezydent Igor Dodon podczas wizyty w Rosji. Petersburg, grudzień 2019 r. (MIKHAIL KLIMENTYEV / TASS / GETTY IMAGES)

Decydujący cios Plahotniuc zadał w 2016 r., gdy bezpośrednio z sali parlamentarnej Filat został zabrany do więzienia, gdzie przebywał do listopada 2019 r. Wyrok wydał kontrolowany przez Plahotniuca wymiar sprawiedliwości. Wówczas oligarcha zatriumfował. Deklaratywnie proeuropejski poparł na stanowisku prezydenta prorosyjskiego Igora Dodona, doprowadzając do sytuacji, w której sprawującego autorytarne i kleptokratyczne rządy musiały wspierać Waszyngton i Bruksela. Plahotniuc szantażował również zachodnie stolice, grożąc, że jeśli się od niego odwrócą, on poprowadzi Mołdawię prosto do Władimira Putin.

Koniec przyszedł jednak też na oligarchę myślącego, że przechytrzy cały świat – kilka miesięcy temu upadł, co w swojej książce Całus opisał jak mołdawski House of Cards. Plahotniuc jak i mołdawska klasa polityczna sprawili, że Mołdawianie stali się zakładnikami polityki. „Na mołdawskiej scenie politycznej próżno szukać klasycznej prawicy i lewicy. Między Prutem i Dniestrem nikt na poważnie nie dyskutuje o tym, czy państwa w gospodarce powinno być mniej czy więcej, albo o tym, jaki powinien być stosunek władz do mniejszości (szczególnie tych seksualnych). Prawdziwa walka rozgrywa się tu wokół problematyki tożsamościowej i historycznej” – zauważa Całus.

Ta książka nie jest opowieścią o odległej Rurytanii. Mołdawia – nieobecna w naszym imaginarium – leży raptem 300 km od Polski – to tyle, ile Kraków dzieli od Warszawy. Plaga gruźlicy, niekontrolowane przez Kiszyniów terytorium Naddniestrza, które może stać się teatrem działań wojennych wymierzonych w Ukrainę, czy silna tam rosyjska propaganda to procesy, które bezpośrednio wpływają na sytuację Polski.  

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES