Prawda i Dobro
Szefowi nie mówią tego, co maszynie. Mają swoje powody
16 października 2026

Były premier Leszek Miller powiedział kiedyś, że „mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy”. Abstrahując od seksualnego podtekstu tej wypowiedzi, trzeba powiedzieć, że miał świętą rację. I dotyczy ona nie tylko mężczyzn, lecz nas wszystkich, bez względu na płeć. Nie tylko stosunków międzyludzkich: miłości czy przyjaźni, ale również rozstań z pracą i współpracownikami. Zawsze lepiej mieć dobre wspomnienia niż złe, prawda? Zarówno z miłości i przyjaźni, jak i z pracy.
Rozstania bywają zaplanowane i kontrolowane, tak jak kiedy jesteśmy na wakacjach i czas już wracać do domu. Ale taki obrót spraw jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości bez większego bólu, bo przecież już wyjeżdżając, wiedzieliśmy, że urlop jest ściśle ograniczony i pożegnanie z beztroskim wolnym czasem oraz wypoczynkiem jest koniecznością i oczywistością.
Gorzej, kiedy rozstanie dotyczy spraw poważnych i przychodzi niespodziewanie. Nie będę tutaj poruszał kwestii osobistych (chociaż od razu przypomina mi się film Uciekająca panna młoda z Julią Roberts), ale zajmijmy się kwestiami zawodowymi.
Lata transformacji gospodarczej i epoka, która nadeszła po nich, nauczyły nas, że nikt nie jest zawodowo bezpieczny. Że nawet menadżerowie, którzy zarabiali krocie, dysponowali służbowymi samochodami z kierowcami oraz mieli dostęp do służbowych kart kredytowych z gigantycznymi limitami na cele reprezentacyjne, nie tylko lądowali na bruku, ale nie bardzo mieli możliwość z tego bruku się podnieść.
Sam takie przypadki znałem i widziałem, kiedy zwolniony menadżer wysokiego szczebla był pewien, że zaraz dostanie podobną pracę w innej firmie, po kilku miesiącach poszukiwań godził się już na pracę gorszą i mniej płatną, aż wreszcie po kolejnych kilku miesiącach był gotów wziąć już pracę jakąkolwiek, aby tylko przeżyć. Jasna sprawa, że nie w każdej branży i nie zawsze tak bywało, lecz były to przypadki na tyle częste, że można mówić o pewnej regule.
Od samego początku mojej pracy zawodowej byłem związany z mediami jako dziennikarz prasowy i radiowy. W dodatku przez długi czas byłem częścią niezwykle niegdyś prężnego rynku pism o grach komputerowych. Właściwie jako autor i jako redaktor otarłem się słabiej i mocniej o niemal wszystkie najważniejsze pisma w branży (takie otarcie najdłuższe trwało pięć lat!), poczynając od miesięcznika Top Secret aż po miesięcznik Secret Service czy portal gry.online. Z ponadroczną przerwą na pracę w portalu kulturalnym. Na etat pracowałem w dwóch miesięcznikach i właśnie w owym portalu.
Z miesięcznika Gambler wyleciałem w sposób dość zabawny, ponieważ ówczesny redaktor naczelny, widząc, jak przychodzę do pracy, żartuję i wesoło witam się z kolegami, powiedział: „niezły masz humor, jak na kogoś, kogo właśnie wyp… z roboty”. Aby go usprawiedliwić, powiem, że prywatnie byliśmy kumplami, a on sam również dostał w tym samym momencie wypowiedzenie, tak jak zresztą wszyscy inni pracownicy redakcji.

Mój wylot z pracy numer dwa był nieco bardziej skomplikowany. Otóż do portalu, w którego newsroomie pracowałem (i zarabiałem jak na owe czasy świetne pieniądze), przyszła nowa szefowa, dramatycznie niekompetentna i konfliktowa. A ponieważ nigdy nie dawałem sobie w kaszę dmuchać, więc toczyłem z nią nieustające boje, skądinąd z całkiem niezłej pozycji, bo pomimo że stała stopień wyżej w hierarchii, to mogła najwyżej się na mnie skarżyć, ale nie mogła mnie wyrzucić.
W końcu jednak zdarzyło się tak, że doznałem kontuzji szyi i lekarz wystawił mi miesięczne zwolnienie. Ten miesiąc, kiedy nie musiałem się codziennie użerać z tym durnowatym babsztylem, tak mi się spodobał, że postarałem się już na owym zwolnieniu pozostawać. Okazało się, że miałem niezłego nosa, ponieważ po pół roku okazało się, że firmę rozwiązano, a wszystkich pracowników oszukano, nie wypłacając im zaległych pensji (a było to ponad 20 osób).
Nawet nie było z czego tych należności ściągnąć (mimo wyroków sądowych), bo szefowie firmy sprytnie wyprzedali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Dodam tu, że głównym prezesem owej firmy był syn producenta filmowego, który w pewnej chwili bardziej znany był nie dzięki swym filmom, a dzięki swym przestępstwom.
Trzecia moja etatowa przygoda toczyła się w wielkim niemieckim wydawnictwie Bauer, działającym na zasadach korporacyjnych. Jednak chociaż wiele osób skarży się na podobne molochy, to ja pracę w miesięczniku Click (jednym z wielu pism wydawanych przez koncern) wspominam świetnie. Miałem dobre stanowisko, wysoką pensję, zarząd zgadzał się na realizowanie moich dużych pomysłów, które przynosiły wszystkim nie tylko sporo pieniędzy, ale też naprawdę wiele satysfakcji.
No, ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, więc skończył się również fajny okres pracy w Clicku, gdyż rynek papierowych pism przeżywał nie tylko zadyszkę, ale wręcz ciężkie suchoty, które niedługo potem miały się zakończyć śmiercią całej branży. Tym razem rozstanie przebiegło wzorowo i z zachowaniem wszelkich reguł prawnych oraz etycznych, a nawet potem przez pewien czas współpracowaliśmy jeszcze z wydawnictwem jako zewnętrzni podwykonawcy.
I tak właśnie w 2005 roku zakończyła się moja przygoda z pracą na etat, a zaczęła się przygoda z pracą w tak zwanym „wolnym zawodzie”. W którym niewątpliwymi plusami jest to, że nie musisz przychodzić do pracy na konkretną godzinę, że nie masz nad sobą szefów, którzy by cię kontrolowali, ani często nie masz również deadline’ów, których przekroczenie grozi katastrofą. Ale „wolny zawód” to również zwiększona odpowiedzialność.
Jeżeli pracę na etat można porównać do rejsu spokojnym wycieczkowcem, to praca w „wolnym zawodzie” jest jak ślizganie się na desce surfingowej. Kiedy złapiesz wielką falę, szybujesz pod niebo. Ale kiedy noga się omsknie, to lądujesz w kipieli wśród rekinów. No, ale coś za coś, prawda?
A skąd dzisiejszy temat o pożegnaniach i rozstaniach? No cóż, dlatego właśnie, że i my się rozstajemy. My, czyli ja z Państwem. A w każdym razie rozstajemy się na łamach Holistic News, gdyż portal zwolnił pracowników oraz współpracowników i z końcem października przestaje działać.
To smutna wiadomość, jak zawsze, kiedy wyczerpuje się pewna fajna formuła, kończy się jakieś sympatyczne przedsięwzięcie, w które mnóstwo osób włożyło wiele czasu, pracy i serca. Wypada tylko podziękować Państwu, że czytaliście teksty moje i innych autorów, oraz podziękować szefom portalu, że zaproponowali mi współpracę.
I że mogłem dzięki temu napisać kilkadziesiąt tekstów dotyczących spraw społecznych i kulturalnych, wyłączając się zupełnie z bieżącej polityki (co było całkiem pouczające, bo o politycznych „bieżączkach” zawsze pisać najłatwiej).
A ze mną na pewno się jeszcze nieraz spotkacie. Jak nie w Internecie, to w papierowej prasie, a przede wszystkim w książkach, do których lektury serdecznie wszystkich zapraszam!
Przeczytaj również: Upadek literackiego Nobla. Dlaczego nikt nie czyta noblistów?
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: