Nauka
NASA buduje nowy teleskop. Ma zajrzeć tam, gdzie rodzą się planety
15 października 2026

W biznesie osiągnęli już wszystko, więc biorą się za politykę zagraniczną. Dodają w niej trochę świeżości, wyznaczając często kontrowersyjny kierunek. Tylko że cenę za ich działania ponosimy my – już teraz.
W drugiej kadencji Donalda Trumpa jako prezydenta USA ten duet widać w najbardziej zapalnych miejscach świata, gdzie Ameryka stara się dbać o swoje interesy. Jared Kushner i Steve Witkoff, dwaj miliarderzy z Nowego Jorku, zięć i przyjaciel Trumpa, zepchnęli na bok amerykańskich dyplomatów i stoją na czele zmian w polityce zagranicznej Białego Domu. Czegoś takiego Ameryka nie znała przed rządami Trumpa.
Owszem, zdarzało się, że miliarderzy mieli wielkie wpływy w amerykańskiej dyplomacji, dbając o swoje interesy poza granicami USA, jak choćby David Rockefeller (1915-2017), któremu bardzo zależało na ochronie swoich interesów na Bliskim Wschodzie. Jednak nie da się tego porównać do wpływów, jakie w amerykańskiej administracji mają Kushner i Witkoff.
Obaj dorobili się fortun w branży nieruchomości. Teraz jeżdżą po całym świecie i w imieniu Donalda Trumpa, który – jak sam deklaruje – ufa im bezgranicznie, negocjują międzypaństwowe „deale”. Portal Axios, który ma doskonałe kontakty w amerykańskim rządzie, napisał w zeszłym roku analizę działań Witkoffa pod znamiennym tytułem: „Jak dealmaker Trumpa kształtuje politykę zagraniczną USA”.
I to właśnie szczególnie Witkoff zapadł w pamięci mieszkańcom naszego regionu Europy z powodu jego „specyficznego” sposobu rozmawiania z Rosjanami, m.in. komplementowania Władimira Putina i przedstawiania go jako czułego, religijnego człowieka (w rozmowie z Tuckerem Carlsonem Witkoff podkreślał, jak Putin opowiadał mu, że modlił się za Trumpa po zamachu na jego życie).
Nie było tajemnicą, że Witkoff, reprezentując USA, doskonale rozumie rosyjski punkt widzenia. We wrześniu tego roku duet Witkoff-Kushner pojawił się w końcu w Kijowie. Ukraińcy mają nadzieję, że ich percepcja tego konfliktu będzie nieco bardziej zniuansowana.

Ale Witkoff i Kushner szczególnie duży wpływ odcisnęli na Bliskim Wschodzie. To w końcu oni prowadzili rozmowy z Iranem i to ich ocena intencji przedstawicieli reżimu w Teheranie sprawiła, że Trump podjął decyzję o rozpoczęciu otwartego konfliktu.
Marco Rubio, który jest zarówno sekretarzem stanu jak i doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego, wydaje się zredukowany do roli gapia
– tymi słowami The New York Times komentował tydzień przed wybuchem wojny z Iranem pozycję Witkoffa i Kushnera.
Przy czym obaj miliarderzy prezentują skrajnie proizraelską postawę, a przecież Izrael od wielu lat naciskał na kolejnych amerykańskich prezydentów, by wspólnie uderzyć na Iran i zniszczyć tamtejszy reżim. I to właśnie Bliski Wschód wydaje się najważniejszym zagranicznym polem działania dla Witkoffa i Kushnera (ten ostatni odegrał ważną rolę w wynegocjowaniu tzw. Porozumień Abrahamowych z 2020 r., na mocy których znormalizowane zostały relacje między Izraelem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Bahrajnem).
Jednak jak od lat wskazują politycy Partii Demokratycznej oraz wiele mainstreamowych amerykańskich redakcji, łączenie roli specjalnych wysłanników USA ds. negocjacji międzynarodowych z prowadzeniem biznesów, rodzi wiele poważnych pytań.
Niektórzy Demokraci i organizacje zajmujące się kontrolą rządu, wyrażają sceptycyzm w sprawie roli Kushnera w kształtowaniu polityki administracji na Bliskim Wschodzie, skoro zarządza on miliardowymi inwestycjami, również państwowymi funduszami majątkowymi Arabii Saudyjskiej i Kataru, poprzez swoją firmę Affinity Partners. Podobnie Witkoff był prześwietlany w związku z głębokimi więzami biznesowymi z państwami Zatoki Perskiej, które posiada zarówno on sam, jak i jego rodzina
– podkreślała w zeszłym roku Associated Press piórem Matthew Lee i Aamera Madhaniego.
W 2024 r. rodziny Witkoffów i Trumpów wspólnie weszły w biznes kryptowalutowy, tworząc World Liberty Financial. Krytyków zaalarmowała wieść, że w przedsięwzięcie 2 mld dolarów wpompował fundusz, nad którym kontrolę sprawują władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Na liście amerykańskich miliarderów, którzy wpływają na politykę zagraniczną swojego państwa, nie może zabraknąć Elona Muska. Ten najbogatszy człowiek świata w iście spektakularny sposób zerwał w czerwcu zeszłego roku współpracę z Donaldem Trumpem, ale od tego czasu relacje obu miliarderów stały się znowu całkiem dobre. Szczególnie z powodu zbliżających się wyborów do Kongresu, gdzie finanse Muska (lokowane po stronie Republikanów) są trudne do przecenienia.
Musk swoją siłę na arenie międzynarodowej pokazuje na kilku polach. Jednym z nich jest Starlink. Według ustaleń Reutersa, Musk kazał jesienią 2022 r., w czasie ukraińskiej ofensywy, wyłączyć internet w kluczowych miejscach frontu. Zresztą słynna awantura, do jakiej doszło rok temu między szefem polskiego MSZ Radosławem Sikorskim i Elonem Muskiem w kontekście użytkowania Starlinka (miliarder podkreślił wtedy, że ukraiński front upadłby, gdyby wyłączył swoją usługę), pokazała, że działalność amerykańskiego krezusa jak najbardziej zahacza o politykę zagraniczną.

Elon Musk dał się też poznać jako wielki orędownik normalizacji stosunków gospodarczych między USA a Chinami. Wielu polityków na Kapitolu przekonuje, że to ostatni moment, by próbować powstrzymać wzrost potęgi Chin do poziomu, który realnie może zagrażać USA. Trump początkowo starał się polityką celną uderzyć w Pekin ale Musk robił, co mógł, by tonować jastrzębie zapędy po stronie USA.
Niewątpliwie wynika to z faktu, że miliarder ma wielkie interesy w ChRL (w Szanghaju posiada olbrzymią fabrykę aut Tesla). Z powodu swojego stanowiska wobec Chin Elon Musk jest bardzo niepopularny wśród tych Tajwańczyków, którzy optują za niezależnością swojej wyspy. Szef Tesli stwierdził bowiem w 2022 r. w rozmowie z Financial Times, że Tajwan powinien stać się „specjalną strefą administracyjną” w ramach porozumienia z Pekinem…
Choć superbogaczy nie brakuje w takich krajach jak Chiny czy Rosja, to ich wpływ na kierunek, w jakim podążają te państwa, jest właściwie zerowy. To nie oligarchowie są tam bowiem centrum władzy, ale specsłużby (w przypadku Rosji) i partia (ChRL). Inaczej sprawa przedstawia się w największej demokracji świata – w Indiach.
Gautam Adani, dysponujący majątkiem wynoszącym niemal 100 mld dolarów, sprzedaje niemal wszystko. Energię, cement, broń, jedzenie, ale obecny jest także w sektorze usług – należą do niego lotniska i porty. Nazywany bywa „Rockefellerem Modiego” (m.in. Financial Times tak go przedstawia), co podkreśla jego bliskie relacje z premierem Indii.
Adani rywalizuje o tytuł najbogatszego człowieka w Indiach z Mukeshem Ambanim. Obaj panowie zmieniają się miejscami na szczycie tej listy. Jednak to ten pierwszy częściej pojawia się mediach w kontekście oskarżeń o nieczyste zagrywki biznesowe.
„Tym, kim Elon Musk jest dla prezydenta USA Donalda Trumpa, tym Adani jest dla Modiego. Z jedną zasadniczą różnicą: Adani nie pełni żadnej roli w rządzie Indii – pisał rok temu o Adanim magazyn »The Diplomat«. – Modi przemierza świat, promując interesy biznesowe Adaniego. Jednak w ten sposób premier Indii zaszkodził relacjom swojego kraju z co najmniej dwoma sąsiadami, Bangladeszem i Sri Lanką, a poza tym także m.in. z Kenią, czyli miejscami, gdzie projekty Adaniego powodowały lokalne kontrowersje i rozgoryczenie”.
Dzięki takim raportom całe Indie wiedzą, jak wielkie przełożenie na politykę zagraniczną ma ich miliarder, który rozwija w innych miejscach globu swoje imperium. A jeżeli ktoś mu rzuci w twarz oskarżenie o zmianach ku prywatyzowaniu polityki zagranicznej kraju liczącego 1,5 mld ludności, Adani zawsze będzie mógł powiedzieć: „I tak robię to bardziej subtelnie niż Amerykanie!”.
Warto przeczytać: Obiecał spokój, wybrał wojnę. Trump ma dziś poważny problem
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Prawda i Dobro
15 października 2026


Zmień tryb na ciemny