Przyczajony system

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
(East News)
Przeczytanie artykułu zajmie około 11 minut

Setki koni, spot, znajomi… Nocne wyścigi samochodowe nie opuszczają pręgierza opinii publicznej. Czy skala zagrożenia rzeczywiście jest tak wielka, jak przedstawiają to mainstreamowe media? Wywiad nocą

Pytań dotyczących tych uznawanych za nielegalne praktyk rodzi się jeszcze co najmniej kilka: czy w tym wszystkim, jak głoszą środki przekazu, chodzi głównie o adrenalinę i dziką satysfakcję z samego faktu łamania prawa? I czy ściganie się w ogóle jest sednem aktywności ludzi z tego środowiska, czy też sedno to tkwi gdzie indziej?

Może chociaż część odpowiedzi pod wspomniany pręgierz przyholuje Karol oraz snop światła z ledów jego czarnego audi RS3 quattro, którym jednej głuchej nocy rozcinaliśmy pomroki obrzeży Krakowa.

Prolog, czyli rozruch

Na miejscówkę wjeżdżasz pewnie, ale i bez zbytniego szarżowania, bo wiesz, że w okolicy mogą kręcić się nieoznakowani, tylko czekający na twój najmniejszy błąd. Wjedź, zaparkuj samochód, zgaś silnik. Wysiądź i zbij piony z kumplami – twój dzień dopiero się rozpoczął, chociaż jest grubo po 22.

Tak w skrócie wygląda przepis na udany czwartek w sezonie, czyli tak gdzieś od kwietnia do października. Wtedy krakowskie spoty, miejsca spotkań motoryzacyjnych zajawkowiczów: Rybitwy (zakopianka), Futura Park (Modlniczki), Bora-Komorowskiego czy Bonarka, są pełne życia i cierpią na deficyt miejsc parkingowych.

Teraz jest grudzień i na mieście nie dzieje się zbyt wiele. Można pogadać na chłodno, dosłownie i w przenośni. Stoimy przed jednym z bloków na osiedlu Podwawelskim, w poświacie rzucanej przez żarówkę klatki schodowej. Karol kończy palić szluga, jak wspomina, „nauczył się” tego na spotach.

Jak byś opisał miasto nocą? – pytam.

– Zupełnie inne doświadczenie niż za dnia. Często jadąc w to samo miejsce, gdy jest jasno, zastanawiam się, czy wczoraj po zmroku tutaj byłem. Używa się zupełnie innych punktów orientacyjnych – zamiast tego budynku, który kojarzą wszyscy, to mały neon obok sklepu monopolowego mówi ci, że na miejscówkę skręca się zaraz w prawo.

No i możesz wtedy przejechać na drugi koniec miasta w 15 minut. Wyobrażasz to sobie, żeby w dzień w kwadrans przebić się na drugą stronę? Maksymalnie do następnych świateł…


– Jak by ci to powiedzieć, żeby nie polecieć farmazonem, czuję, jak kilosy przede mną stapiają się z sekundami, które zapieprzają mi w głowie, stają się jedną wskazówką na budziku. Macki, które w dzień cię obłapiają, znikają, jest radość. Coś takiego.

Teraz zrobiło się trochę cieplej, bo siedzimy już w smukłym, przylegającym do naszych sylwetek wnętrzu RS-a. Przez profil siedzeń można wyczuć jego charakter. Po przekręceniu kluczyka także sprawdzić, czy mu nic nie dolega.

– Tu masz różne smaczki: temperaturę płynu chłodzącego i zasysanego powietrza, ciśnienie w dolocie, prędkość obrotów, napięcie, wysokość spalania – wskazuje Karol na smartfona, który przez bluetooth i specjalną aplikację łączy się z komputerem pokładowym.

Pełna kontrola w czasie rzeczywistym

– Ludzie zamiast telefonów mają na stałe zamontowane tablety albo dodatkowe zegary pokazujące temperaturę, ciśnienie oleju itd. Tego typu rzeczy się nie instaluje, bo akurat była promocja na Allegro. Podniesione dawki paliwa sprawiają, że silnik bardziej się grzeje. Przesadzisz i kilkadziesiąt kafli w plecy.

Podobnie jak w sytuacji, gdy pięcioletnie dziecko ma gorączkę – trzeba cały czas sprawdzać, czy dawki lekarstwa skutkują i temperatura nie podnosi się do stopnia, który zaczyna zagrażać jego życiu.

– Przy dalszych modyfikacjach to szczególnie ważne, bo musisz wiedzieć, w jaki sposób cały układ reaguje na rozwój poszczególnych partii – zauważa Karol.

Złą sławą owiany

Sądy, loty, squaty, pozwy
Przydymione wloty nozdrzy
But i pierdolony rozbłysk

PRO8L3M, „V8”

„Brat był zmielony przez koła” – całkiem niedawno krzyczały cytatem nagłówki gazet, kiedy doszło do tragedii na pasach w Jeleniej Górze. Zginęły wtedy dwie osoby, które stały się ofiarami „prawdopodobnie uczestników nielegalnych wyścigów samochodowych”.

– Takie ekstremalne momenty, czyli śmierć, trudno komentować i oceniać. Nikt nie chce, nie robi tego, żeby ktoś zginął. Nie spotkałem się z sytuacją, żeby nawet największy kozak nie nacisnął hamulca przed walnięciem w inny samochód czy przy zagrożeniu, że kogoś potrąci. Dla ludzi wina jest łatwa do określenia: prędkość, lekkomyślność, a może nawet i jakieś złe intencje. No i nie możemy odpowiadać za każdego, kto ma problem z myśleniem…

Lekko uchylona szyba, przez szparę dobywa się wyrafinowany pomruk przechodzący w groźny, ale niegubiący dostojeństwa wraz z oktanami ryk. Rezonans bębenków usznych wyczuwa tętno 2,5-litrowego silnika, wybijane przez 5-cylindrowe serce. Od czasu do czasu przerywa go salwa uderzeń z wydechu.

Gawędzimy dalej, a swoje z dumą dopowiada wspomniane pięć cylindrów.

– Spotykasz się z ludźmi. Przyjeżdżasz samochodem, który jest przez ciebie doinwestowany, masz podrasowany silnik, ale i wyczynowe hamulce oraz drogie opony. To wszystko sprawia, że ten samochód jest w ciul bezpieczniejszy od połowy samochodów na ulicy, bo masz świadomość, że możesz się szybko rozpędzić, ale i musisz szybciej się zatrzymać. Dla nich część tych modyfikacji jest nielegalna i będą cię ścigać. I tłumaczysz policjantowi czy komuś z Inspekcji Transportu Drogowego, że nie zmienia to konstrukcji negatywnie, tylko pozytywnie. Ale według ich martwych przepisów z książek brak homologacji od producenta, jakiejś pieczątki, papierowego świstka sprawia, że twój samochód z urzędu jest niebezpieczny.

A kara za to jaka? – dopytuję.

– Dostajesz mandat 1–1,5 tys. zł, zatrzymują ci dowód rejestracyjny. Jeżeli nie masz takiego projektu, który na potrzeby badania technicznego możesz w miarę przywrócić do seryjnego stanu, to życzę powodzenia. Nie wiem, co możesz zrobić z samochodem, który został do połowy zmodyfikowany. Będziesz go rozbierał do zera, żeby dostać jedną pieczątkę i móc z powrotem wyjechać na miasto, gdzie zostaniesz znowu wpisany w kartoteki policyjne, i oni będą wiedzieć, że masz nielegalny samochód, kiedy cię tylko zobaczą.

– Wracając do bezpieczeństwa, znajdź sobie statystykę, ilu niedzielnych kierowców było kiedykolwiek na torze, żeby pojeździć. Większość osób, która buduje w sobie zajawkę, przynajmniej kilka razy była na takim zamkniętym obiekcie, doświadczają tego, jak ich samochód skręca i jak hamuje. To buduje w nich inny poziom świadomości, co samochód może na drodze, a co nie ma prawa się udać. Poznają granice.

A jak to jest z tymi dragami i alkoholem, napędzacie się tak?

– Jeszcze nie widziałem, żeby komuś alkohol i narkotyki pomogły podczas jazdy po miejscówkach. Prędzej zadałbym pytanie, ilu kierowców tirów na długich trasach jeździ naćpanych, gdzie dla nich jest to sposób na opadające powieki. Co ma to dać ludziom, którzy na szpilkach czekają cały dzień, żeby się spotkać i sobie na luzie pośmigać. Ściecha i jazda na miasto? – zupełnie bez sensu. 

– Jednak bujdą na największych resorach, jakich nie ma żadna bryka na spotach, jest to, że ścigamy się przede wszystkim dla adrenaliny, ryzyka i po to, by łamać prawo.

No to po co?

– Może to zabrzmi dziwacznie, ale z czystej ciekawości. Projekt samochodu, który nadaje się do czegoś ciekawego, nie powstaje w miesiąc, to nie jest kupno pięciu części, złożenie tego do kupy, wyjechanie na ulicę i kozaczenie. Znam samochód, który jest budowany od trzech lat i jeszcze nie wyjechał na ulicę.

– Po wszystkim, kiedy auto jest gotowe, chcesz spotkać się z ludźmi i poznać ich opinię. Jeżeli zamontowałeś jakiś zajebisty wydech, to chcesz usłyszeć, jak działa, i z chęcią posłuchasz sugestii innych. Kiedy podbijasz na spot, wierci cię, żeby się przekonać, jak to jest z tymi autami naprawdę. Czy to jest takie szybkie, jak mówili. Czy ta bryka jest szybsza od tej. Dawaj, spróbujemy, sprawdzimy, jak to jedzie. Dawaj, sprawdzimy, komu się lepiej zbiera.

– Możesz wierzyć albo nie, ale tak naprawdę część wyścigowa to tylko 15–20% z naszej zajawki, cała reszta to przede wszystkim siedzenie w garażu, kilkugodzinne pogadanki na spotach i weekendowe wypady na motofesty.

Moje miasto, a w nim…

Ktoś poszedł w cug, do kogoś wraca dług, do kogoś karma
Skrajny pas, duszę gaz, nie słucham, mordo, ballad

PRO8L3M, „V8”

Jak wyglądają twoje przygotowania do uderzenia na spot, pindrzysz się? – zagajam Karola, kiedy pomykamy zakopianką.

– Haha, coś w tym jest. Przychodzi wieczór, zakładasz wygodne buty, tematyczną koszulkę lub bluzę, następnie zabierasz kluczyki i schodzisz do garażu. Odpalasz samochód, przez pierwsze kilka minut czekasz na odpowiednie rozgrzanie. Nie marnujesz tego czasu, gdy silnik gra swoje pierwsze melodie, ustawiasz telefon w uchwycie, do schowka chowasz portfel i resztę drobiazgów, żeby nie latały ci po samochodzie podczas jazdy. Lecisz na stację zatankować świeżą porcję oktanów, ale nie full, bo pełen bak to jakby dodatkowa osoba w samochodzie, a masa wrogiem przyspieszenia – do połowy wystarczy w zupełności.

Kolejny krok to myjnia – koniecznie bezdotykowa, nie chcemy rysować swojego samochodu szczotkami, ale musi dobrze wyglądać podczas przejazdu lub ustawiony wraz z innymi na parkingu. Po wszystkim samochód należy wytrzeć, aby woda wywiewana spod elementów nie rozpływała się po karoserii. Przychodzi czas na spotkanie z innymi, jeżeli znacie się od dłuższego czasu, to tak jak za dawnych czasów, spotkanie zawsze odbywa się „pod trzepakiem” i nikomu nie trzeba mówić, gdzie to jest i o której godzinie – po prostu jedziesz tam i masz pewność, że kogoś spotkasz.

Natomiast jeżeli nastąpi zmiana planów, to z pewnością dostaniesz wiadomość z nazwą innego miejsca lub sam już wiesz, do kogo należy napisać, aby taką informację dostać. Przez przypadkowe osoby przyklejające się do spotów ta druga opcja jest coraz częstsza.

– Patrz, kurde, na to mondeo przed nami, zaraz gościowi odpadnie zderzak. Wyjedzie na ekspresówkę albo autostradę i rozwali siebie oraz kilka innych samochodów – ucina swój wywód Karol.

Podjeżdżamy na mały spot – stacja benzynowa przy wylocie z Krakowa, nasz kierowca ma odebrać pieniądze za części od jednego z kumpli.

Na miejscu stoi kilka samochodów, a przed nimi wianuszek konwersujących zajawkowiczów. Trwa werbalna przeplatanka.

– Wszyscy na Janosiku, kurwa.

– No kurwa!

– Kiedyś przeleciałem na Wiedeń, tak im dokupili tych radiowozów, dawniej na całej trasie z Krakowa dwa czy trzy były, a teraz dziewięć mają i jeżdżą cały czas pojebani.

– Gdzie jeździsz na myjkę?

– Opitoliłem szybko koło Lidla na Mogilskim, ale on myje jak dziecko ręką. Przyjdzie z tą gąbką i ujebaną wodą…

– Jak chcesz przejechać 150 kilosów na myjkę, to ja ci powiem gdzie…

– Taka prawda, że żeby sobie porządnie odpicować brykę, to czasem na samą chemię na raz stówę przewalisz.

– Dzieje się jeszcze coś w tym mieście?

– Ponoć Blacki wczoraj stały. Na Bonarce Madzia z Pawłem są.

– Ładne masz balony, co będziesz zmieniał.

– A to zimóweczki. Cichutkie sobie kupiłem, 69 decybeli i A klasa na deszcz. Ale jak jest ciepło, ciut na plusie, to się śmigać nie da. Tak jakbyś po cieście jeździł. Jak patrzyłem po rankingach, to na pierwszym miejscu były. Do 260 na nich dobiłem, ale wiadomo, przy 180 już je słyszysz, bo mają symetryczny bieżnik.

– Mówiłem Arcziemu, żeby sobie kupił nowy zestaw hamulców, taki jak ja, ani razu jeszcze ich nie zajebałem. Raz mi się tylko zapaliły, jak z Hasem, on na moto, jechałem, z Futury tutaj, ale do końca je miałem. A on sobie wymyślił, że wsadzi hamulce od RS-a do golfa, kurwa. Pięć koła dałbyś za hamulce? Co z tego, że będzie miał kabel żyleta, jak go opona nie puści…

– Musisz, Piter, dalej auto stawiać, bo z daleka wydaje się czyste, hahaha.

– Spokojnie, ile jeszcze? Pół godzinki? Czekamy na promocję.

– Jaka promocja jest?

– No jak to jaka, od 23.30 drugie tyle czasu dostajesz na myjce.

– Dobra, walić promocję, jedziecie do Maca? Bo my zawijamy.

– Nie tym razem, trzymajcie się.

I z powrotem siedzimy w RS-ie.

– Sam widzisz, że ludzie przyjeżdżają różnymi samochodami – rzuca Karol, przekręcając kluczyk.

– Jeśli ktoś przyjeżdża czymś śmiesznie zrobionym, to nie inaczej, śmiejemy się, że coś takiego fajnego zrobił.

– Czyli zajawka jest miejscem, gdzie zawartość portfela jest nieważna? – dopytuję.

– Trzeciorzędna, czwartorzędna… nikt nikomu nie liczy, ile wydał na furę i jaką jeździ, ważne jest, że jest zajawiony. Liczy się to, ile włożyłeś, ale czasu, poświęcenia, pomysłowości. Oczywiście im więcej masz kasy, tym więcej możesz zrobić, ale to nie znaczy, że z automatu jesteś lepszy.

– Taka anegdota, gościu z bmw E36, stary klasyk do „upierdalania gruzem”, wsadzony silnik 4.0 litra, V8, 600 koni. Przygotowany do profesjonalnych występów driftowych (konkurencja polegająca na jak najdłuższej jeździe w warunkach kontrolowanego poślizgu). No i ten ziomek pojawia się na nocnych pojeżdżawkach, ale często jest mocno spóźniony, bo moc jego silnika w drodze na spot urywa mu wał, śruby itd.

– I co wtedy?

– Laweta, garaż, tej samej nocy potrafi dwa razy pod rząd naprawić samochód, poskręcać te rzeczy i pojawić się na spocie. Samochodem za mniej więcej 40 tys. zł opieprzał bryki warte 300–350 tys. Nikt mu nie mówił: „Wypieprzaj tym złomem, ja mam droższe tarcze hamulcowe od tego czegoś”.

– Chciałbyś jeszcze coś obalić, w sensie nie butelkę, bo to, jak już wspomniałeś, nie pomaga, ale jakieś obiegowe opinie?

– No jest taki wątek, mianowicie kwestia dziewczyn. Wydaje się ludziom, że jak goście przyjechali zajebistymi furami, to tam będzie pełno dup, wiesz, takich żywcem wyrwanych z „Need for Speeda”, spódniczki, bikini, a potem jazda po mieście kończy się jakąś orgią. Tak nie jest. Wiadomo, ludzie zabierają znajome, koleżanki i pojawiają się z nimi na spotach, ale nigdy nie działa to na zasadzie wyrywania dziewczyn na samochody.

– Znam kilka dziewczyn, które świetnie sobie radzą za kółkiem. Znam się bardzo dobrze z jedną, która jeździła moim RS-em i bardzo dobrze sobie radziła, pomimo tego, że wcześniej nie miała styczności z automatem, tylko śmigała manualem. Ma dopiero 21 lat, a wyobrażenie jazdy na poziomie bardzo doświadczonego, dojrzałego kierowcy. No i dziewczyny na równych zasadach biorą udział w poganiankach,

– Wszystkich przyjmujecie z otwartymi rękami?

– Nie. Nie ma tolerancji dla dzbanów, którzy przylepiają się do spotów, żeby się ponapinać, przyszpanować samochodami starych. To ten typ z parkingów przed supermarketami. Do nich nie docierają żadne argumenty. Mówią: „To idźcie sobie dalej stać na swój parking i gadać całą noc, a my tu będziemy sobie śmigać na ręcznym”. I robią to o 22, kiedy pod sklepem jest jeszcze mnóstwo ludzi, którzy przyjechali na zakupy, a nie po to, żeby się oglądać, czy zaraz ich ktoś nie przejedzie. Wpada policja i leci kartoteka, że udaremnili nocne wyścigi po mieście, gdzie później my wyjeżdżamy, chcemy sobie pośmigać i wszystko jest obstawione, bo oni sobie wcześniej cyrk zrobili.

– Pamiętam, jak kiedyś miałem taką akcję. Przyjechał mój kumpel do Krakowa. Jechaliśmy na miejscówkę, ale najpierw podbiliśmy do hipermarketu, żeby sobie coś kupić. I wpada nagle rzesza tych wesołków, autem starych, jakąś skodą octavią, i gość zaczyna bokiem latać… Zatoczyli taki łuk, że postrącaliby nas tam wszystkich jak pachołki. Nie mieli zielonego pojęcia, co próbują zrobić. Totalny brak wyobraźni. Później idzie informacja, że na jakimś nielegalnym nocnym spocie doszło do wypadku, w którym ucierpiało ileś tam osób. Ale o tym już przewijaliśmy.

– Zaznacz w tekście, że ludzie, którzy znają się z nocnych jazd, trzymają się razem również poza nimi, np. spędzają razem na wakacje. To są mechanicy, handlowcy, członkowie zarządu w firmach, jest programista, operator koparki, zawodowi synowie (pracujący w firmach rodziców). Spotykasz wszystkich, w pewnym momencie się orientujesz, że możesz załatwić bardzo dużo.

Wyjeżdżamy z parkingu, elektryczny szmer lamp jeszcze chwilę pozostaje w głowach, z kolei gołębie się już ewakuowały, opuściły swoją wygodną miejscówkę na rurze od klimatyzacji, po uderzeniu z wydechu.

– O kurde, ale ktoś zahaczył o latarnię, ciekawe, co się tu odwaliło…

Jesteśmy z powrotem na drodze.

Szybki i wściekły na…

Nigdy za szybki, patrzę na licznik psy?
Nie chcę widzieć, jest leniwie
Lubią tu suszyć, wlokę się cierpliwie
Toczę się, nagle wręcz przeciwnie
2,8 pod machą jest, więc chciwie

PRO8L3M, „Kickdown”

Uważasz się, uważacie się za buntowników? – rzucam wgnieciony w fotel kopnięciem 400 koni.

– Buntowaliśmy się nieraz, hehe. Oczywiście, że buntujesz się, kiedy przyjeżdżasz się spotkać z kumplami wieczorem na miejscówkę i od razu wszystko jest obstawione – cztery radiowozy na bombach i inne cztery krążące dookoła po cywilu, a przecież nikt nic nie zrobił. Jesteś wkurwiony. Wysiada policjant i zaczyna chodzić między wami i robić zdjęcia. Przychodzi i mówi: „Macie, panowie, 20 minut na opuszczenie tego miejsca, a jak nie, to coś znajdziemy”. Co to, kurwa, jest, już nie można w tym kraju sobie postać z kumplami?!

– Zaczynacie grać na nosie?

– Tak, coś w stylu: „Jeśli wam się wydaje, że dacie nam radę, to tak na pewno nie będzie”. Zbieramy się potem wszyscy razem, żeby zrobić przejazd przez miasto. I jest pięć razy tyle huku, pięć razy tyle zamieszania, niż gdyby dali nam spokój, żeby sobie postać i po prostu pogadać.

– A jak dobieracie miejscówki do poganianek?

– Ulice, na których nie ma 10 przejść dla pieszych, nie ma skrzyżowań, świateł czy innych miejsc, które same w sobie zapraszają problemy. Były takie lokacje na obrzeżach Krakowa, wręcz idealne – kawałek asfaltu położony w sferze przemysłowej pod hale, które dopiero mają zostać wybudowane, więc droga zasadniczo prowadząca nigdzie. Z jednej strony ślepa, z drugiej dojazd do głównej drogi. W takim miejscu ludzie się spotykali, parkowali samochody, no i jeździli. Kończyło się to regularnymi nalotami policji, bo wystarczyło zablokować wyjazd i siedzisz tam, dopóki cię nie wypuszczą – łatwy kąsek. Nie każdemu uśmiechało się czekać do 3 w nocy, aż policjanci stwierdzą, że jednak nie ma się do czego przyczepić, albo i się coś znalazło. Inna tego typu miejscówka: kawałek obwodnicy bez pełnego ciągu, zupełnie pusta, i analogiczna sytuacja – kontrola za kontrolą.

– Ale mamy swoje sposoby, żeby się odegrać. Jednego lata był taki motyw, że wszyscy kołowali cienkasy (fiaty cinquecento). Im ten cienkas bardziej chujowo wyglądał, tym była większa jazda – zdarta farba, cały zardzewiały, każdy element w innym kolorze, na chama pomalowane sprayem. Były sprawne technicznie – jeździły i hamowały.

Oczywiście gasły, jak chciały, bo dorąbane silniki kupione za drobne pieniądze, stan tuż przed zezłomowaniem. Jedziemy kolumną przez miasto, wokół ciebie sześć cienkasów, miały zrobione odcięcie zapłonu na przycisk, więc strzelały z wydechu „puf puf puf” (hahaha). Festyn. Wyobraź sobie, że jedziesz o jedenastej w nocy przez miasto i „puf puf puf” (hahaha). Ludzie mieli prawo się wkurzać, ale to nie było nic groźnego, tylko zabawa, trochę kolorytu w smutnym jak… mieście. Kiedyś policja wpadła, a cienkasy jeb przez pole, przez park, pojechały, gdzie chciały, a stróżowie prawa zostali, przecież nie wpieprzą się do fosy.

– To była jednorazowa akcja?

– Nie, dobrych parę tygodni trwało opalanie tych cienkasów – nie jeździmy tymi sportowymi, nie ścigamy się, tylko toczymy się cienkasami. Oczywiście, powpychane wszędzie głośniki, napierdziela muza, im bardziej obciachowa, tym lepiej: Cypis, Szmitek. A na dachu taki orzeł, jakbyś z posągu zajumał. Beka.

Epilog, czyli stygnięcie

Powrót na Podwawelskie. Silnik stygnie. Jest po 2.00. Karol mówi, że to normalka i że go nie wymęczyłem.

– Często takie siedzenie na miejscówce do którejś tam w nocy kończy się wypadem do KFC czy McDonalda i dalszym gadaniem. Wraca się na mieszkanie o 5.00, 5.30, kiedy o 9.00 trzeba być w pracy. Oczywiście w zombie stanie, ale mnie to nie obchodzi. Obchodzą mnie te chwile w nocy i tworzący je ludzie. To jest życie po zmroku, praca w dzień jest tylko paliwem do jego napędzania.

Później, kiedy się już rozstaliśmy i nastał nowy dzień, poprosiłem go o komentarz do następującego prawa natury: droga hamowania rośnie z kwadratem prędkości. Wynika z niego np., że samochód rozpędzony do 150 km/h zatrzyma się dopiero dziewięć razy dalej niż samochód rozpędzony do 50 km/h. Nie odpisał, więc można przypuszczać, że fizyka jest dla niego niewygodna.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on linkedin
LinkedIn
Paweł Konar

Paweł Konar

Notorycznie zwlekający, siebie z łóżka i z wypełnianiem terminów, dziennikarz. Wcześniej nie mniej to robiący copywriter. Interesuje się m.in. hip-hopem oraz kognitywnym podejściem do kultury, sztuki i języka. Wierzy, że dzięki rychłej rewolucji kluczy, którą wesprą ślusarze i programiści, znów będziemy palić herbatę w szałasach. Korespondent z Katalonii.